Nasza Polska: Przekręt dwudziestolecia
W ubiegłym roku OFE, zamiast zarabiać na przyszłe emerytury, traciły nasze pieniądze na giełdzie
Rok temu rozgorzała wielka dyskusja wokół Otwartych Funduszy Emerytalnych. Były protesty, spory i pamiętna debata telewizyjna Rostowski-Balcerowicz. Po czym rząd przeforsował własne rozwiązania i temat zniknął z mediów. Zastąpiły go inne. Ale czy ważniejsze? Wydaje się jednak, że istnienie OFE to jeden z najbardziej kluczowych problemów polskiego życia gospodarczego, tyle że mocno niedocenianych.
Wystarczy spojrzeć na liczby. Do Otwartych Funduszy Emerytalnych należy dziś 15,5 mln Polaków, czyli zdecydowana większość pracujących. Na koniec stycznia br. aktywa netto wszystkich 14 OFE łącznie wynosiły 233 mld zł. Dla porównania: w tegorocznym budżecie państwa zaplanowano dochody na kwotę 293 mld zł, a wydatki – 328 mld zł. Zatem suma, jaką dysponują Fundusze, powoli zbliża się do tej, którą co roku zbiera i wydaje całe państwo.
Z ZUS do OFE, z OFE do ZUS
Skąd pochodzą te pieniądze? Oczywiście z naszych składek, które płacimy na ZUS. Np. 8 lutego ZUS poinformował, że przekazał OFE 96,4 mln zł, a od początku lutego – 390,8 mln zł. Natomiast od początku br. przekazał 776 mln zł. W całym roku 2011 ta kwota wyniosła 15,1 mld zł. Dzieje się to w sytuacji, gdy ZUS co roku zmuszony jest brać dotacje z budżetu państwa w wysokości kilkudziesięciu miliardów złotych (na 2012 r. zaplanowano – podobnie jak w roku poprzednim – 40 mld zł), a nawet zaciągać kredyty w bankach, by mieć pieniądze na bieżące wypłaty rent i emerytur.
A co Otwarte Fundusze robią z naszymi składkami? Ponad połowę z tych pieniędzy lokują w papierach skarbowych, około 1/3 w akcje spółek giełdowych, resztę w bankowe papiery wartościowe, pozaskarbowe instrumenty dłużne lub po prostu trzymają jako depozyty bankowe.
Przyjrzyjmy się konkretnym liczbom: na koniec stycznia br. OFE posiadały papiery skarbowe na kwotę ponad 120 mld zł. W praktyce oznacza to, że Fundusze pożyczyły ponad 120 mld zł państwu polskiemu. Temu samemu państwu, które od 1999 r. przekazuje im składki ściągane pod przymusem od swoich obywateli. Oczywiście nie jest to działalność charytatywna, gdyż obligacje i bony skarbowe są oprocentowane (obecnie na ponad 5 proc.). A do tego Fundusze pobierają opłaty za obracanie pieniędzmi, jakie otrzymują z ZUS (obecnie 3,5 proc.). Płacimy więc OFE za to, że państwo przekazuje im nasze składki, a następnie zadłuża się u nich – choćby po to, by mieć na bieżące wypłaty z ZUS. Trudno o większy absurd, który bez przesady można nazwać przekrętem dwudziestolecia III RP.
Hazardziści z naszymi pieniędzmi
A co z resztą środków, jakimi dysponują Fundusze? Na początku br. pojawiła się informacja, że w roku 2011 OFE “wypracowały ujemne stopy zwrotu” i “przeciętny wynik inwestycyjny ukształtował się na poziomie minus 4,8 proc.”. Znów przetłumaczmy to na język konkretu: Fundusze, których celem miało być przecież pomnażanie naszych oszczędności, w ubiegłym roku zamiast zarobić – straciły. Oczywiście nie straciły na papierach skarbowych, bo to akurat pewny interes. Straciły na giełdzie, która w ubiegłym roku nie przynosiła zysku inwestorom. Podobnie jak w roku 2008, gdy OFE również zanotowały straty – średnio 13,9 proc.
Giełdowe szaleństwo nie opuszcza jednak zarządzających Funduszami. Na koniec stycznia br. mieli ulokowane w akcjach prawie 77 mld zł – o 7 mld zł więcej niż miesiąc wcześniej. W styczniu bowiem indeksy warszawskiej giełdy ruszyły nieco w górę i to wystarczyło, by gracze z OFE odzyskali pewność siebie. To, że giełda w każdym momencie znów może runąć, w ogóle ich nie obchodzi. Przecież grają nie swoimi pieniędzmi, więc sami nic nie tracą. Ich dochody są pewne. Za ich zabawę tak czy inaczej zapłacimy my, podatnicy…
Sztuczki Rostowskiego
Nigdy dość przypominania, kto wprowadził ten chory system: ekipa Jerzego Buzka i Leszka Balcerowicza. Dziś duża część tej ekipy znalazła miejsce w PO. Ale następne rządy – zarówno lewicy, jak i prawicy – również nie są bez winy, gdyż nie odważyły się wprowadzić jakichkolwiek zmian w tym systemie. Dopiero dramatyczna sytuacja finansów publicznych zmusiła w ubiegłym roku ekipę Tuska do przeforsowania obniżki składki, jaką ZUS przekazuje OFE – z 7,3 do 2,3 proc. Ale to tylko księgowa sztuczka, dzięki której ministrowi Rostowskiemu jakimś cudem udało się dopiąć zeszłoroczny budżet. Nie zmienia to jednak istoty problemu. Podobnie jak przedstawiony w niedawnej debacie budżetowej kolejny pomysł ministra finansów – by w OFE oszczędzali tylko młodzi, a pieniądze starszych stopniowo przenoszone były do ZUS.
Problem polega bowiem na tym, że prywatne Fundusze, w większości należące do kapitału zagranicznego, otrzymują pieniądze ściągane pod przymusem od polskich obywateli. Kilkaset lat temu taka forma gospodarki nazywała się pańszczyzną – dziś wmawia się nam, że to wolny rynek. Dopóki więc przynależność do OFE będzie przymusowa, wszelkie zmiany i reformy tego systemu stanowić będą jedynie kosmetykę.
Pańszczyzna trzyma się mocno
Taki sam przymus zniósł na Węgrzech premier Victor Orban, co spowodowało faktyczną likwidację Otwartych Funduszy. Bowiem ludzie, mając do wyboru perspektywę emerytury od państwa lub od Funduszu, który gra ich pieniędzmi na giełdzie, wolą to pierwsze. Emerytura jest zobowiązaniem państwowym i tylko państwo może się z niego wywiązać (choć oczywiście – ze względu na sytuację demograficzną – będzie to coraz trudniejsze).
Czy polski rząd pójdzie drogą Orbana? Raczej należy w to wątpić. Nie tylko dlatego, że są w nim ludzie – jak minister Michał Boni – którzy sami brali udział w przygotowaniu fatalnej reformy z 1999 r. Także dlatego, że likwidacja OFE oznaczałaby poważny konflikt na skalę międzynarodową, na co ekipa Tuska nigdy się nie zdecyduje. Zwłaszcza teraz, po grudniowym wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który uznał za niezgodny z prawem unijnym limit na inwestycje zagraniczne dla OFE, wynoszący 5 proc. Co prawda dotąd Fundusze inwestowały za granicą znacznie mniej niż wynosił ten limit, a ich szefowie deklarują, że Polska nadal jest atrakcyjnym miejscem do inwestowania (czemu trudno się dziwić!), ale z drugiej strony sami domagali się podniesienia 5-procentowego progu. W końcu sytuacja w Europie jest niepewna, a dla zagranicznych właścicieli OFE Polska stanowi taki sam rynek, jak każdy inny kraj. Dla nich to żadna różnica, gdzie i na czym zarobią, więc jeśli Polska przestanie im się opłacać, przeniosą swoje pieniądze gdzie indziej.
Paweł Siergiejczyk
Artykuł ukazał się w najnowszym numerze "Naszej Polski" Nr 7(850) z 14 lutego 2012 r.
Rok temu rozgorzała wielka dyskusja wokół Otwartych Funduszy Emerytalnych. Były protesty, spory i pamiętna debata telewizyjna Rostowski-Balcerowicz. Po czym rząd przeforsował własne rozwiązania i temat zniknął z mediów. Zastąpiły go inne. Ale czy ważniejsze? Wydaje się jednak, że istnienie OFE to jeden z najbardziej kluczowych problemów polskiego życia gospodarczego, tyle że mocno niedocenianych.
Wystarczy spojrzeć na liczby. Do Otwartych Funduszy Emerytalnych należy dziś 15,5 mln Polaków, czyli zdecydowana większość pracujących. Na koniec stycznia br. aktywa netto wszystkich 14 OFE łącznie wynosiły 233 mld zł. Dla porównania: w tegorocznym budżecie państwa zaplanowano dochody na kwotę 293 mld zł, a wydatki – 328 mld zł. Zatem suma, jaką dysponują Fundusze, powoli zbliża się do tej, którą co roku zbiera i wydaje całe państwo.
Z ZUS do OFE, z OFE do ZUS
Skąd pochodzą te pieniądze? Oczywiście z naszych składek, które płacimy na ZUS. Np. 8 lutego ZUS poinformował, że przekazał OFE 96,4 mln zł, a od początku lutego – 390,8 mln zł. Natomiast od początku br. przekazał 776 mln zł. W całym roku 2011 ta kwota wyniosła 15,1 mld zł. Dzieje się to w sytuacji, gdy ZUS co roku zmuszony jest brać dotacje z budżetu państwa w wysokości kilkudziesięciu miliardów złotych (na 2012 r. zaplanowano – podobnie jak w roku poprzednim – 40 mld zł), a nawet zaciągać kredyty w bankach, by mieć pieniądze na bieżące wypłaty rent i emerytur.
A co Otwarte Fundusze robią z naszymi składkami? Ponad połowę z tych pieniędzy lokują w papierach skarbowych, około 1/3 w akcje spółek giełdowych, resztę w bankowe papiery wartościowe, pozaskarbowe instrumenty dłużne lub po prostu trzymają jako depozyty bankowe.
Przyjrzyjmy się konkretnym liczbom: na koniec stycznia br. OFE posiadały papiery skarbowe na kwotę ponad 120 mld zł. W praktyce oznacza to, że Fundusze pożyczyły ponad 120 mld zł państwu polskiemu. Temu samemu państwu, które od 1999 r. przekazuje im składki ściągane pod przymusem od swoich obywateli. Oczywiście nie jest to działalność charytatywna, gdyż obligacje i bony skarbowe są oprocentowane (obecnie na ponad 5 proc.). A do tego Fundusze pobierają opłaty za obracanie pieniędzmi, jakie otrzymują z ZUS (obecnie 3,5 proc.). Płacimy więc OFE za to, że państwo przekazuje im nasze składki, a następnie zadłuża się u nich – choćby po to, by mieć na bieżące wypłaty z ZUS. Trudno o większy absurd, który bez przesady można nazwać przekrętem dwudziestolecia III RP.
Hazardziści z naszymi pieniędzmi
A co z resztą środków, jakimi dysponują Fundusze? Na początku br. pojawiła się informacja, że w roku 2011 OFE “wypracowały ujemne stopy zwrotu” i “przeciętny wynik inwestycyjny ukształtował się na poziomie minus 4,8 proc.”. Znów przetłumaczmy to na język konkretu: Fundusze, których celem miało być przecież pomnażanie naszych oszczędności, w ubiegłym roku zamiast zarobić – straciły. Oczywiście nie straciły na papierach skarbowych, bo to akurat pewny interes. Straciły na giełdzie, która w ubiegłym roku nie przynosiła zysku inwestorom. Podobnie jak w roku 2008, gdy OFE również zanotowały straty – średnio 13,9 proc.
Giełdowe szaleństwo nie opuszcza jednak zarządzających Funduszami. Na koniec stycznia br. mieli ulokowane w akcjach prawie 77 mld zł – o 7 mld zł więcej niż miesiąc wcześniej. W styczniu bowiem indeksy warszawskiej giełdy ruszyły nieco w górę i to wystarczyło, by gracze z OFE odzyskali pewność siebie. To, że giełda w każdym momencie znów może runąć, w ogóle ich nie obchodzi. Przecież grają nie swoimi pieniędzmi, więc sami nic nie tracą. Ich dochody są pewne. Za ich zabawę tak czy inaczej zapłacimy my, podatnicy…
Sztuczki Rostowskiego
Nigdy dość przypominania, kto wprowadził ten chory system: ekipa Jerzego Buzka i Leszka Balcerowicza. Dziś duża część tej ekipy znalazła miejsce w PO. Ale następne rządy – zarówno lewicy, jak i prawicy – również nie są bez winy, gdyż nie odważyły się wprowadzić jakichkolwiek zmian w tym systemie. Dopiero dramatyczna sytuacja finansów publicznych zmusiła w ubiegłym roku ekipę Tuska do przeforsowania obniżki składki, jaką ZUS przekazuje OFE – z 7,3 do 2,3 proc. Ale to tylko księgowa sztuczka, dzięki której ministrowi Rostowskiemu jakimś cudem udało się dopiąć zeszłoroczny budżet. Nie zmienia to jednak istoty problemu. Podobnie jak przedstawiony w niedawnej debacie budżetowej kolejny pomysł ministra finansów – by w OFE oszczędzali tylko młodzi, a pieniądze starszych stopniowo przenoszone były do ZUS.
Problem polega bowiem na tym, że prywatne Fundusze, w większości należące do kapitału zagranicznego, otrzymują pieniądze ściągane pod przymusem od polskich obywateli. Kilkaset lat temu taka forma gospodarki nazywała się pańszczyzną – dziś wmawia się nam, że to wolny rynek. Dopóki więc przynależność do OFE będzie przymusowa, wszelkie zmiany i reformy tego systemu stanowić będą jedynie kosmetykę.
Pańszczyzna trzyma się mocno
Taki sam przymus zniósł na Węgrzech premier Victor Orban, co spowodowało faktyczną likwidację Otwartych Funduszy. Bowiem ludzie, mając do wyboru perspektywę emerytury od państwa lub od Funduszu, który gra ich pieniędzmi na giełdzie, wolą to pierwsze. Emerytura jest zobowiązaniem państwowym i tylko państwo może się z niego wywiązać (choć oczywiście – ze względu na sytuację demograficzną – będzie to coraz trudniejsze).
Czy polski rząd pójdzie drogą Orbana? Raczej należy w to wątpić. Nie tylko dlatego, że są w nim ludzie – jak minister Michał Boni – którzy sami brali udział w przygotowaniu fatalnej reformy z 1999 r. Także dlatego, że likwidacja OFE oznaczałaby poważny konflikt na skalę międzynarodową, na co ekipa Tuska nigdy się nie zdecyduje. Zwłaszcza teraz, po grudniowym wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, który uznał za niezgodny z prawem unijnym limit na inwestycje zagraniczne dla OFE, wynoszący 5 proc. Co prawda dotąd Fundusze inwestowały za granicą znacznie mniej niż wynosił ten limit, a ich szefowie deklarują, że Polska nadal jest atrakcyjnym miejscem do inwestowania (czemu trudno się dziwić!), ale z drugiej strony sami domagali się podniesienia 5-procentowego progu. W końcu sytuacja w Europie jest niepewna, a dla zagranicznych właścicieli OFE Polska stanowi taki sam rynek, jak każdy inny kraj. Dla nich to żadna różnica, gdzie i na czym zarobią, więc jeśli Polska przestanie im się opłacać, przeniosą swoje pieniądze gdzie indziej.
Paweł Siergiejczyk
Artykuł ukazał się w najnowszym numerze "Naszej Polski" Nr 7(850) z 14 lutego 2012 r.
![]() | ![]() |
Komentarze
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.



