BLONDYNKA I SENATOR Stanisław Srokowski
data:22 sierpnia 2011     Redaktor: Barbara Chojnacka

Kolejny fragment nowej powieści Stanisława Srokowskiego " Barbarzyńcy u bram"


net
BLONDYNKA I SENATOR
(Kolejny fragment nowej powieści" Barbarzyńcy u bram")


Stanisław Srokowski 

W drugiej połowie października, w małej galeryjce w centrum miasta, zjawiła się  o godzinie  17,30 cała śmietanka towarzyska Wrocławia, włącznie z Prezydentem, Dyrektorem Wydziału i jego zastępcami oraz całym areopagiem politycznych person i ich asystentów.
Było podniośle, niezwykle i wyjątkowo.  
Hucuł wystawił dwadzieścia jeden obrazów.
Nie w tej liczbie jednak doszukujemy się sensacji, lecz w podziale na  mniejsze jednostki. Otóż artysta zażyczył sobie, by prace tworzyły siedmiocyfrowe  bloki. Na dodatek układ schodkowy, z góry na dół.  Jeden obraz. Dwa obrazy. Znowu jeden. Znowu dwa. I  jeden. Przedziwny układ. Sam w sobie robił wrażenie. Dodajmy do tego środki wyrazu, barwy, tony, struktury, idee, metafory, napięcia, tropy i  jest się nad czym zastanawiać.     
Artysta  był ubrany skromnie, w niebieskiej kurtce i dżinsach, bez krawata, ze szklącymi oczami i tajemniczym uśmieszkiem na twarzy.  Stał z boku i obserwował napływające elity, które pokazywały przy wejściu zaproszenia, ponieważ wystawa przeznaczona była tylko dla koneserów sztuki, czyli dla śmietanki towarzyskiej.
Sala wystawowa napełniła się elegancją, modnymi ciuchami i gwarem rozmów. Każdy, kto wszedł, od razu poczuł dziwne drżenie powietrza i wewnętrzne napięcie. Niby nic szczególnego, zawsze  tak się dzieje, gdy mamy do czynienia z dziełem ekscytującym i wybitnym. Ale tu w grę wchodziło  coś innego. Pewna tajemnica, która od progu porażała.  Wybrańcy bogów odczuwali podwyższony stan emocjonalny, niepokój i przetłaczający lęk, ponieważ wydarzenie  poprzedzone zostało falą sensacyjnych doniesień o nadzwyczajnym talencie przybysza z Ukrainy i magicznym działaniu jego obrazów. I oto rezultat.
Niektóre paniusie poczuły zmącenie wzroku. Inne musiały natychmiast usiąść, ponieważ wydało  im się, że z obrazów płynie, jak określały,  nadzwyczajny blask, który je  osłabia, więc siadały i czuły, jak mocno  biją im serca.
Panowie o szerokim spojrzeniu na świat nagle zamierali, bo widzieli płótna, które się na ich oczach otwierały, a postacie w nich osadzone, jakby  wychodziły poza ramy. Niby chciały się oderwać od świata fikcji i przejść do świata realnego, powędrować po sali, pogadać z ludźmi albo po prosu uciec. Niektóre siadały wśród gości i zadawały kłopotliwe pytania. Ale przecież, Wysoki  Sądzie, to się  nie mogło wydarzyć. Bo byłoby to niezgodne z logiką. I bez sensu. A Wysoki Sąd doskonale się orientuje, że wszystko, co istnieje, musi mieć logikę i sens.  Toteż panowie z miejsca zrozumieli, że to iluzja, trik artystyczny, słowem, imaginacja,  czy coś podobnego. Bo gdy ze spokojem spojrzeli na te same obrazy po raz drugi, nikt z nich  nie uciekał, a nawet nie dotykał ram. Panowie odzyskiwali poczucie realizmu i racjonalizmu.
Ktoś jednak dostrzegł, że w płótnie zatytułowanym "Syn marnotrawny", bohaterowie dzieła, więźniowie  tańczący dookoła choinki, mieli kpiące miny i szydzili  ze zgromadzonych  na areopagu piękności. Ale nie było to prawdą. Dokładnie sprawdziliśmy ten obraz. I widzieliśmy, Wysoki Sądzie,   tańczących więźniów, ale oni wcale nie szydzili, tylko zaciskali zęby i byli wściekli. O czym to świadczy? O tym ? co urzędowi interpelatorzy wyjaśnili natychmiast -  że sztuka zmienia w nas perspektywę widzenia, przeobraża i rozwija fantazję. Niby nadal jesteśmy tymi samymi, którymi byliśmy przed chwilą, ale już i kimś innym. Taki paradoks, tłumaczyli ze znawstwem.  I ten paradoks   nazwali właśnie paradoksem  Hucuła. Pojawił się, naturalnie, bo jakże by inaczej, problem czasu. Bo zawsze problem czasu pojawia się w nowoczesny dziele  artystycznym. Jaki czas malarz przedstawia?  Linearny,   kulisty, retrospektywny, introspektywny, a może relatywny, czy nawet globalny. Same zagadki.  Najtęższe mózgi,  fizycy i chemicy zastanawiali się, czy nie mamy tu do czynienia z narodzinami nowej kosmologii sztuki. Czy przypadkiem Hucuł nie odciska w malarstwie mocnych śladów  kreacji i lepkości, scenariusza inflacji, kompleksu marginesu, a być może  i metafizyki zasad antropogenicznych. Brane też były pod uwagę pojęcia wielkiego uczonego:  rozszerzająca się pustka, piana przestrzeni, dwukierunkowe pytania i żonglerka prawdopodobieństwami, nie wspominając o apologii wieloświatowej, hiperprzestrzeni życia i prawdopodobieństwie niczego. Mędrcy nauk ścisłych łamali sobie zęby, jak wytłumaczyć w tych obrazach pojęcie fałszywej alternatywy i kłopotów z osobliwościami.   
Może Hucuł maluje nieznaną a zbliżającą się katastrofę? ? wpadła do głowy jednemu z mędrców światła myśl.
Kiedy galeria się już napełniła,  Prezydent osobiście powitał malarza i wygłosił krótki, ale zwięzły panegiryk, wynosząc artystę na szczyty kultury.  Padały takie określenia jak : "ekscytujący",  "eminentny",  "fascynujący",  "nieziemski".  Nawet już był bliski wymówienia  słowa "boski", ale w ostatniej chwili zrozumiał, że palnąłby głupstwo, toteż szybko zamienił je na bardziej prawomyślne,  "rewelacyjny".
- Ach, tak! Rewelacyjny! ? zaklekotały  oświecone paniusie.  I już  z ust Prezydenta piły miód.  
- Rewelacyjny!- ćwierkały, otwierając ufarbowane dziobki.
-  Pełen blasku! ? wołał Prezydent, a chór piękniś powtarzał:
- Pełen blasku!
- Odważyłbym się powiedzieć, Prezydent kończył przemówienie, że mamy do czynienia z ? - zamilkł na chwilę, obejmując galerię obrazów, z których każdy świecił swoim własnym blaskiem, a jeden wręcz zalewał oczy ogniem. Było to dzieło zatytułowane "Wrocławski walc", na którym kot tańczył z egzotyczną damą w masce wokół bijącego z ziemi płomienia,  przyglądało mu się stado krasnali, a kruki biły brawa. Zaś z boku kłaniał się, o dziwo, duży  biały szczur i szeroko się uśmiechał. Gdy Prezydent dokładniej mu się przyjrzał, zatrząsł się z gniewu. Bo proszę sobie wyobrazić, Wysoki Sądzie,  zobaczył swoją własną twarz. Na karku szczura widniała twarz Prezydenta,  na domiar  złego z fajką w gębie i dużymi, przekrwionymi oczami. Na dodatek z kieszeni fraku, bo szczur był we fraku, wyzierała butelka "czystej wyborowej".  Prezydent poczuł, że uginają się pod nim nogi. A pot zalewa mu czoło. Ale na tym nie kończył się dramat.  Spod maski  egzotycznej damy wylazła nagle  twarz jego małżonki, aż strach powiedzieć, dość ohydna, w krostach, ponura i gnuśna. Szybko wyjął chusteczkę i przetarł oczy.  Po tym przetarciu stał się cud. Na obrazie nadal tańczyła egzotyczna dama z maską, szczur się uśmiechał i był szczurem, choć, przyznajmy, dość osobliwym i nieprzyjemnym, rzec nawet można,  gburowatym i tępym w wyrazie, ale szczurem, a nie nikim innym.
"Chyba wczoraj jednak za dużo wypiłem" ? skonstatował Prezydent i natychmiast wytłumaczył sobie chwilę zwątpienia. Akurat po naradzie kadrowej,  otrzymał  potwierdzenie wiadomość od samego Rudego Lisa, że jest niemal pewne, iż dostaje posadę ministra infrastruktury, albo nawet obrony narodowej w nowym rządzie.  I z tej okazji się spił. Ale nie z radości, tylko ze smutku, bo mierzył znacznie wyżej. I nie zamierzał ustępować. Mściwie miotał złe spojrzenia i czynił plany, jak wygryźć kontrkandydata na stanowiska wicepremiera. Ale na razie pił z rozpaczy. Słowem, użyjmy tu tego, niestety, dość wulgarnego słowa, schlał się jak  świnia i ledwie się dowlókł do domu.  Naturalnie, w domu porządnie oberwał, jak to się mówi,  po ryju, od swojej ukochanej małżonki, która  miała już dosyć jego łajdactw.
" Za dużo piję, stanowczo za dużo" ? wycierał teraz twarz i szyję.  I wpatrywał się w nieszczęsnego szczura. Nic szczególnego w nim nie dostrzegł. Może poza gęstymi, zakręcanymi do góry wąsami. "Ale i wąsy pewnie są złudzeniem" ? szybko zinterpretował.
Wielbicielki zamarły, widząc walkę wewnętrzną Prezydenta. Były pewne, że szuka najwłaściwszego słowa dla oddania wielkości zagranicznego gościa.  Ion rzeczywiście  szukał. Uznał, i słusznie,  że nawet ta chwila zamroczenia dowodzi, iż sztuka Hucuła jest potężna. Postawił na niego i musiał odnieść sukces. Dlatego wrócił do przerwanego wątku i  powtórzył:
? Tak więc, proszę państwa,  odważyłbym się powiedzieć, że mamy do czynienia ? nabrał tchu i wyrzucił - z  geniuszem!
- Och, geniuszem, geniuszem!  - zaćwierkał chór panienek.
- Geniuszem, geniuszem  ?  poniosło się hasło po galerii. A wszystkie oczy były wpatrzone w Prezydenta. Z boku zaś wyfrunęła niemal na skrzydłach właścicielka galerii, jak wiadomo, prywatnie, małżonka Prezydenta, elegancka, wysoka,  szczupła i niebieskooka blondynka, a nie żaden koczkodan, jak wieść gminna niosła i zdumiała Prezydenta. Nigdy jej tak pięknej nie widział. No, nie, te obrazy działają cuda, pomyślał.  I od razu się przeraził, że zbyt mocno wdepnął na grunt fideizmu, używając tak niemodnego pojęcia,  dlatego natychmiast się wycofał. Ona po prostu jest piękna! ? ogarnął  małżonkę czułym wzrokiem  i poczuł ucisk w sercu. A małżonka wręczała już skrępowanemu artyście kwiaty i szeptała:
- Jestem zachwycona, wprost zauroczona ?  obejmując go omdlewającym spojrzeniem.
Na co on odpowiedział  czymś w rodzaju:
- Brrr ? i schylił głowę. I dodał: - Glll.
A Prezydent huknął:
- Wznieśmy toast za mistrza!  - Sięgnął po lampkę wina, które czekało na osobnym stoliku, a wokół Prezydenta błyskawicznie zaleźli się dyrektorzy wydziałów na czele z Dyrektorem Cezarym Baryłą, naczelnicy,  prezesi  i inni dostojnicy w mieście, w tym areopag lokalnych pisarzy, malarzy, muzyków, architektów i dam do towarzystwa. W rozmowie słyszało się, jak towarzystwo piło z ust  Prezydenta samą słodycz, a dziobki się nie zamykały, paniusie  zaś wzdychały, szepcząc: 
- Jest pan rewelacyjny, panie Prezydencie, znawco sztuk wszelkich..
Po tych zasłużonych słowach, na znak Prezydenta goście poczęli oblegać obrazy i podziwiać dzieła artysty. W tym czasie Hucuł korzystając z zamieszania, powoli przesuwał się wzdłuż ściany i niezauważony zniknął w wyjściu.
A wśród ekspertów od malarstwa toczyła się żywa dyskusja o nowym zjawisku w mieście. Poza samymi obrazami, ich zawartością, barwami, kompozycją, niepojętą ekspresją, najbardziej bulwersowała zgromadzonych liczba obrazów i ich numeryczny układ. "Trzy razy siedem, dwadzieścia jeden" ? niosły się szepty. I już wiadomo było, że  to liczba zagadkowa. 
Natychmiast zebrało się lokalne koło miłośników numerologii, znawców liczb magicznych i jednoznacznie ustaliło, że w liczbie  21 najistotniejsza jest siódemka. W tym momencie Bystry Czytelnik mrugnie oczkiem i powie: "Jakaś niekonsekwencja w szeregach wiodącej partii, której awangarda intelektualna właśnie ogląda obrazy. Z jednej strony pełny racjonalizm i otwarcie na Europę, a z drugiej numerologia i kabalistyka".  Ale niesłusznie tę jakby dwoistość Łaskawy Czytelnik wychwycił. Bo to nie żadna dwoistość. Tylko dialektyka, Szanowny Czytelniku. Dialektyka znaczeń. Nie ma ona nic wspólnego z kabałą, wróżbami i czarami oraz innymi  obrzydliwymi praktykami. To poważna, wywodząca się z najgłębszych pokładów racjonalizmu wiedza o świecie.  Posłuchajmy zresztą, w jaki sposób argumentuje ją tutaj  wielka lokalna poetka, Ewelina Sarna
- Proszę państwa ? mówiła z emfazą ? ludzkość od zawsze zdobywała wiedzę, czym jest świat i jak należy go  rozumieć, naturalnie, w kategoriach naukowych interpretacji. 
Zwrócili Państwo uwagę, jak wielka poetka jednoznacznie określa  bieg swoich myśli i jak przestrzega zasad racjonalizmu. Ani chrzty ciemnogrodu i innych idiotycznych zachowań. Sam rozum.   Więc mówiła:  - Ludzkość  - proszę też zauważyć Łaskawy Czytelniku, że nie pojedynczym człowiekiem się wspomaga, ale całą ludzkością, co znacznie podnosi poziom uniwersalizmu. ? Ludzkość ? głosiła  ? bada wszelkie przyczyny zjawisk i dokonuje analizy skutków, czyli wszystko przebiega w naturalnym procesie dialektycznym dziejów, od greckiego słowa, dialeho, co znaczy, wybieram, naukowo uzasadniała. ? Właśnie - uniosła śliczną rączkę - w procesie dialektycznym dziejów - podkreśliła. Temu służą nauki przyrodnicze,  matematyka, fizyka  i chemia. W tym przypadku mamy do czynienia z matematyką, królową nauk. I na niej opieramy swoje racje. Władza nad liczbami to władza nad światem ? stwierdziła.  - Doświadczali tego już ? wykazywała się głęboką znajomością tematu-  Chaldejczycy,  Egipcjanie, Hebrajczycy i Grecy. A  wiadomo, że te ludy zgromadziły w swoich zasobach potężne owoce  racjonalizmu. Czyż nie tak?
- Ależ tak, Ewelinko ? pisnęła żona Prezydenta. ? Jak ty znakomicie wyjaśniasz istotę rzeczy ? wpatrywała się w z nią z nabożna czcią. Choć nie wiemy, czy to przestarzałem słowo "nabożną" oddaje głębię jej spojrzenia.
- Czyli wysoko oceniasz te dzieła ? upewnił się Prezydent.
- Są rewelacyjne! ? była pod wrażeniem.
- A więc sukces!  - prezydent zacierał ręce.
- Tak, Bon, sukces. Twój wielki sukces ? usłyszał to, co chciał usłyszeć. 
I w ten sposób Hucuła okrzyknięto geniuszem. Wystawa wstrząsnęła opinią publiczną. Znawcy zachodzili w głowę, co się tu dzieje. Nigdy czegoś podobnego  nie widzieli. Wydarzenie artystyczne! Fenomenalny talent! Europejski  projekt! - krzyczały nagłówki gazet. Prasa, radio i telewizja bębniły o tym przesz kilka dni. Geniusz sztuki! Władca wyobraźni! Klejnot  artyzmu!-  wołały szpalty gazet, radioodbiorniki i srebrne ekrany. Kolejne tytuły w mediach wrzeszczały na cały świat, że nadeszła nowa era w mieście. Zapalił się wielki znicz sztuki.   Obrazy promieniowały. Zyskiwały nieziemską poświatę. Widzowie dostawali nagłych zawrotów głowy. Niektóre panie mdlały. Inne dostawały orgazmu i  wiły się w rozkoszy.  Ludzie tracili poczucie czasu i rzeczywistości. Doznawali nagłych olśnień albo zagubień.  Nie wiedzieli, co się z nimi dzieje. Kobiety, które nigdy życiu  nie mogły zajść w ciążę, wkrótce były brzemienne. Zanotowano kilka uzdrowień. Słowem, działy się cuda, jeśli rzecz jasna, to słowo, wiadomo? A Hucuł  z daleka tylko się uśmiechał.
Każdy, kto był na wystawie i widział obrazy, wcześniej czy później został jakoś przez nie dotknięty. 
Zaczęły pojawiać się także głosy trwożliwe i pełne jadu. Ktoś, kto prowadził dostatnie i błogie życie, raptem załamywał się, popadał w tarapaty i tracił majątek. A w nocy jawiła mu się postać z obrazu i szyderczo szeptała:
- Myślałeś gadzie, że nigdy twoje złodziejstwa, malwersacje i machlojki nie wyjdą na wierzch? 
Bogaczowi dech zapierało w piersiach i mruczał pod nosem, że nie on jeden kradł, pomagał mu w tym dyrektor departamentu, poseł na Sejm i kilku radnych. I zaczął po kolei wszystkich sypać. Byle swoją skórę ocalić. A gdy otwierał oczy, nikogo nie widział. "Cholera, niedobrze ze mną", myślał. "Prześladują mnie widma".
Z  kolei znany z powagi i dystyngowanego zachowania  redaktor naczelny " Rzeka Piór", w nocy się spocił, gdy obsiadło go siedem panienek i rzuciło się na niego z pięściami, wyjąc z wściekłości, że każdą z nich zdradzał z pozostałymi, choć każdej z osobna  przysięgał wierność i dozgonną przyjaźń. Na dodatek przedwcześnie wróciła z zagranicy i po cichu zakradła się do jego sypialni sucha jak szczapa żona i przyłapała go w objęciach nagich lasek. Dostała ataku szału i zaczęła do niego strzelać, wołając: - Ty psie! Perfidna gnido! Odstawiłeś mnie od łoża, by z tymi krowami się gzić. -  I pach, pach - waliła do niego z pistoletu. - Ty karykaturo! ? mściwie syczała. ? Hieno! Knurze bez umiaru! Myślałeś, że się skryjesz przede mną, kanalio! -  I dobijała go. A on konając, widział nad sobą wystraszone twarze kochanek, które nagle poczęły szczekać. ? Dorwę i was! ? już wyła sucha matrona i nie tylko  z pistoletu, ale i automatu, który nie wiadomo, w jaki sposób znalazł się w jej ręku,  waliła w nich. Aż wszystkie padły trupem.  A gdy mąż rano się obudził, usłyszał jak zasuszona żona go pyta:
- Dlaczego Anzelmie tak krzyczałeś w nocy?
Wszystko zwalił na stan wojenny, który do dzisiaj go nęka, ale ona dziwnie mu się przyglądała.
Takich wypadków było więcej.
Postaci z obrazów Hucuła po nocach mieszkańców miasta  nawiedzały. Rozmawiały z nimi. Coś polecały, kiwały paluszkami, groziły, a nawet, o paradoksie, dusiły. Jedni uznawali wizje za skutek nadmiernego wyczerpania pracą, inni bali się do nich przyznać, by nikt ich nie  posądził, że zwariowali. Lokalni znawcy zbiorowej halucynacji natychmiast wytłumaczyli, że nieraz sztuka ma taką siłę rażenia i oddziałuje na nasze emocje, porządkuje je i systematyzuje, cokolwiek by to nie znaczyło. Ale nie jest groźna.  
Pozostał wszakże do wyjaśnienia jeden szczególny przypadek, który zresztą nie dotarł do masowej wyobraźni, lecz zamknął się w kółku najbliższego otoczenia pana Prezydenta.  Jego osobisty przyjaciół, znany  biznesmen, Laluś Kurzajka, zwany też  Czarusiem, właściciel kilku nocnych lokali i  niejawnych burdeli w mieście,  nawiasem mówiąc,   dopiero co wybrany senator z partii "Kariera i Sukces",  był na wernisażu i też został wstrząśnięty obrazami. A krążąca wokół niego śliczna blondynka z krowimi oczami tak się zapatrzyła w jedno z płócien, że nie mogła oderwać od niego oczu. Widniał na nim półnagi mężczyzna z owłosionym  torsem, ze świecą w ręku,   kogutem u nogi  i  księżycem na ramieniu. ? Kup mi go, Laluś  - błagała, wdzięcząc się. ? Kup, kochany.  Taki piękny. Niezwykły! ? klarowała. -  Powieszę nad wielkim naszym łożem i kąpiąc się w okrągłym basenie na środku salonu, będziemy na niego patrzeć. A obraz będzie świecić. Bo taką ma aurę ? z głęboką mądrością, o dziwo,  nagle napływającą do pustych oczu, zachęcała. Kochanek się opierał, ale blondynka nalegała, aż w końcu dobrze się obrazowi przyjrzał i rzekł: - Nie uważasz, perełko, że jakiś dziwny żar od niego bije?  - Owszem, Lalusiu ? odparła skromnie, opuszczając  niewinne, krowie oczka - właśnie ten tak żar mnie zagarnia. - Tak  mu powiedziała. - Tak mnie  zagarnia. ? Skoro tak, królewno, to ci go kupię, postanowił. Ale nie kupił. Bowiem Hucuł nie sprzedawał obrazów. On je tylko pokazywał. Biznesmen tego nie mógł przewidzieć. Przecież wszystko jest na sprzedaż. Jak się ma pieniądze, to się jest królem świata, nie dopuszczał do siebie, że coś jest nie do zdobycia. Do tej pory wszystko, co chciał, zdobywał,. Kasa robiła swoje. Piął się po drabinie kariery z szybkością światła. I nic nie było go w stanie zatrzymać. Kasa i kumple, wszystko załatwią. To była jego dewiza życiowa. Toteż nie chcąc się skompromitować przed kochanką, obiecał jej, że kupi obraz, gdyby nawet malarz postawił przed nim żelazną bramę. Bo cios zadany przez artystę, bardzo go zabolał. Tym bardziej, że miał już wrażenie, iż obraz wyciąga ku niemu ręce. Jakby go chciał objąć.  Wprawdzie w realności było to niemożliwe, bo jak  wiadomo, obrazy nie obejmują,  niemniej jednak powstał  pewien problem.  Następnego dnia, a właściwie następnej  nocy, by się uwolnić od przygniatającego wrażenia, że  obraz czegoś od niego chce, postanowić odwrócić swoją uwagę od fikcji i zająć realnymi sprawami życia. Przyrzekł swojej muzie, że zanim kupi obraz,  sprezentuje jej willę nad morzem. A miał właśnie na oku pewną działkę  w okolicach Świnoujścia.  Szkopuł w tym, że należało sporo nakombinować, by ją posiąść. Ale od czego są kolesie. Tym bardziej, że nagle ich przybyło. W parlamencie aż zaroiło się od złotego koloru, który stał się kolorem przodującej partii. A w ławach znaleźli się sami jego znajomi. Z nimi tę grę ugram! ? podjął śmiałą decyzję. I nakręcił  senatora znad morza, by pogadał z miejscowym wójtem, który władał terenem. Kolega senator się zgodził, wójt mrugnął oczkiem, że da się zrobić, tylko wymaga to  smaru, bo,  wiadomo, tryby są zardzewiałe i trzeba je naoliwić, by maszyna ruszyła,  co natychmiast  bystry umysł senatora pojął i błyskawicznie dokonał rachunku zysków i strat, rzucając sumę: 500 tyś. zł. Złotowłosa lalunia aż jęknęła. ? Nie martw się, żabko ? słodko odparł. - Stracę pięć baniek, a zyskam trzysta. Na tej parceli pobuduję dzielnicę mieszkaniową i zarobimy krocie. I postanowił działać. Rzecz w tym, że miał sen. A we śnie zjawiła się postać z obrazu  i rzekła:
- Nie kombinuj, Kurzajka, bo pójdziesz za kraty.
Senator zbladł i zaczął się trząść. Nie tyle się bał groźby, ile faktu, że postać z obrazu zwróciła się do niego po nazwisku. I znała jego zamiary. Skąd mogła wiedzieć, że się nazywam Kurzajka, myślał intensywnie, wszakże ona,  znaczy, postać z obrazu,  jest fikcją, bytem wymyślonym, a ja  istnieję realnie. Przecież byty wymyślone nie przenikają do  naszej rzeczywistości, argumentował logicznie. Ale  dziwna sytuacja  zastanowiła go  i zmartwiła.  Jego myślenie było głębokie i poważne.  Skoro, rozważał,  takie  zjawy wiedzą o moich zamiarach, to znaczy, że i ich twórca, może znać tajemnicę. Rozstrzygał dwie wersje. Albo wykradnie obraz, który mówi,  albo załatwi artystę.  Bo zaczął podejrzewać, że i Hucuł wie o nim zbyt wiele i macza palce w tej sprawie. To oczywiste, nastawił negatywnie postaci przeciwko  niemu,  a więc to wróg, mściwie zacisnął zęby. Bo pojął, że nikt inny tak dokładnie , jak Hucuł,  nie znal jego machlojek i ciemnych transakcji. Może to szpieg Moskwy, Kijowa albo Tel Awiwu?  - zastanawiał się. - KGB czy  Mossad? ? intensywnie myślał. Szpiegostwo przemysłowe. Chcą mnie namierzyć, zbadać, prześwietlić i wykończyć. A  ten malarz, to wcale nie malarz, tylko jeden z agentów obcych wpływów i uczestniczy w spisku, analizował, wygląda dość osobliwie, przypominał sobie niechlujny wygląd artysty na wernisażu i w ten sposób odwraca uwagę od  rzeczywistych zamiarów, ale muszę go mieć na oku.  I podjął decyzję. Wiem, jak się go pozbyć. Już całkiem realnie chciał wciągnąć  malarza w pułapkę, nasłać na niego zbirów i zatrzeć wszelkie ślady. By tylko mieć spokój. Nawiasem mówiąc, poinformował  o całym zdarzeniu z obrazem kilku zaufanych posłów i senatorów, którzy tak samo jak on, kombinowali i pytał ich o radę.  Wszyscy się bardzo sprawą przyjęli, a niektórzy nawet przerazili, zastanawiając się, czy i oni nie są w kręgu podejrzeń.  Przerazili się przede wszystkim tego, że informacja o ich udziale w podobnych przedsięwzięciach, mogła przedostać się do mediów i kazali koledze natychmiast coś z tym fantem zrobić. Bo, uświadamiali sobie, skoro Laluś widzi takie zjawy, to i inni mogli je widzieć. A zjawy przekazywały światu  najtajniejsze informacje. Więc zjawy, czy nie zjawy, muszą zniknąć. I szykowali już zlecenie. Bo to wcale nie musiały być zjawy, tylko infiltracja obcych agentów, przy wykorzystaniu najnowszych zdobyczy nauki, które, jak już wiadomo, przy pomocy tajnej, z dala sterowanej  aparatury, potrafią wejrzeć w głąb człowieka.   
Laluś nie zdążył jednak swoich planów doprowadzić do końca, ponieważ postać się znowu pojawiła i ostrzegła go, by tego nie robił, bo jeśli jeszcze raz przyjdą mu do głowy takie myśli, czeka go wieczna ciemność i strach, a jego lalunia się z innymi puści.  Czuje Wysoki Sąd cały absurd tej sytuacji.  A senator, racjonalista przecież, jednak zdarzeniem się  przejął.  Wiedział już, że sprawy zaszły za daleko. Zadzwonił do  kumpla, pułkownika  policji, byłego esbeka, by pod jakimkolwiek pozorem obrazy Hucuła zamknął w pace, a artystę  zwinął, najlepiej, dla postrachu, zamknął za kratkami, albo ciachnął w ciemności, jak to już nie raz robił, gdy trzeba się było pozbyć niewygodnych świadków. Kiedy zdawało mu się, że sprawy idą w dobrym kierunku, na drodze napotkał nie lada kłopoty, z których najważniejszym był ten, że nie można było znaleźć  paragrafu, by  obrazy aresztować. Ale portfel miał gruby i szybko uporał się z biurokracją.  Miał jednak i kolejnego pecha. W biały dzień, powtórzmy to jasno i wyraźnie, w biały dzień, siedząc w swoim  biurze przy Oławskiej 171 ? c,  zobaczył coś, co był niemożliwe.  Otworzyły się drzwi i do jego gabinetu wszedł nie kto inny, tylko, proszę uważnie, Wysoki Sądzie, posłuchać,  kogut z obrazu Hucuła, wielki, ciemny, z czerwonym grzebieniem  i ostrzegawczo zapiał.
? A ty czego? ? trzeźwo krzyknął biznesmen.  
- Uprzedzałem! ?  wychrypiał kogut. ? Chcesz artystę zakatrupić, badylarzu?! Ty  gnojku! Gnido parszywa! ? zaczął kląć.
- Wpraszam sobie! ? jęknął  biznesmen i nagle zaczął się dusić. Zobaczył bowiem drugiego koguta, tym razem  białego, który przemówił grubym głosem:
- Chciałeś sztukę aresztować, świnio! ? runął na bladego jak śmierć senatora. A senator, zasłaniając się rękami, poczuł jak wali mu serce. Na dodatek zauważył kątem oka,  jak w powietrzu zbliża się do niego zapalona świeczka. I to bez żadnej ręki. Lekko zachybotała i nagle jak nie wrzaśnie:
- Ty szmato! Kurewskie nasienie! Gnido  podła!
Wyobraża to sobie Wysoki Sąd. Nie człowiek gada, a świeczka. Tego już senator nie wytrzymał.  Dostał ataku serca, a na dokładkę wylewu krwi do mózgu. I skonał. 
Innemu biznesmenowi, który zagarnął cały majątek po zmarłym ojcu, fałszując testament i zdzierając skórę z kilku braci i sióstr,  pokazał się kruk z obrazu Hucuła,  zakrakał falsetem i spytał:
- I co, łachudro,  myślałeś, że nikt nigdy nie dojdzie do twojego oszustwa?
I zaczął go dziobać.
Obywatel słusznej tuszy, uciekając przed zjawą,  przekręcił się i spadł ze schodów. Po kilku dniach odbył się pogrzeb.
Trzecie zdarzenie miało miejsce w biurze samego posła Martyny, jak wiadomo, kandydata na wicepremiera. Otóż gdy poseł rozmawiał przez telefon z redaktorem naczelnym swego radia "Złote myśli", i ustalali strategię skonfliktowania szefa "Partii Dolin"  z jego otoczeniem przy pomocy kłamstw, plotek i insynuacji, nagle  usłyszał obcy głos, które mówił:
- Nie waż się, kundlu?
- Co jest?- poseł odsunął na moment słuchawkę od ucha i począł się jej dokładnie przyglądać. Ale zaraz krzyknął:
- Wacek, co się dzieje? Głupie kawały się ciebie trzymają?!
Wacek, to był naturalnie naczelny radia. Wacek Kapral. Ale Wacek się nie odezwał, tylko ten sam głos huknął: - Twoje wice premierostwo będzie trwać, gnido, krótko. Bo twoje  nowe machlojki już się odkrywają. A jak trzeba będzie, naród się dowie o starych?
- O jakich? ? mechanicznie spytał.
- No, choćby o  drukowanych meczach, przekupstwach sędziów, ustawianiu wyników?
- Ale ja ?skąd ty to wiesz? ? . - już zaczął rozmawiać z duchem, gdy nagle  uświadomił sobie, że to absurd. Rozmawiał z kumplem, a włączył się jakiś idiotyczny głos... Zdenerwowany krzyknął do słuchawki: - Wacek, jesteś tam?
- No, jestem? A co?
Nie bardzo wiedział, jak odpowiedzieć. Przecież nie mógł się przyznać, że rozmawiał z niewidzialną zjawą. Na wszelki wypadek spytał;
- Sam jesteś?
- Tak, sam ? zaskoczony odparł naczelny radia "Złote myśli".
- Na pewno sam?
- Na pewno, Gabriel. Możesz mówić śmiało?
Poseł jednak przerwał rozmowę, burknął, że zadzwoni później, bo zrozumiał, że jest na podsłuchu. To było dla niego jasne jak słońce. Tajne służby dotychczasowego rządu już się do niego dobierają. ? Skurwysyny! ? syknął mściwie.- Ja już wam pokażę. Pozwalniam co do jednego? - I wtedy Martyna przeraził się już porządnie. Bo oto stanął ni stad ni zowąd naprzeciwko niego  duży, szary szczur i wykrzywiając pysk, burknął:
- Nie niszcz, baranie, nowych służb, bo ci nogi z dupy powyrywam.
Stał sparaliżowany. A szczur bezczelnie wlazł na  biurko i syczał:
- Jeszcze jedna taka myśl, a policzę się z tobą ? burknął, zeskoczył z biurka i unieważnił się.
Poseł przecierał oczy, ale szczura już nie zobaczył.
Za wiele, jak na jeden dzień ? skonstatował i postanowił  pójść do najbliższego baru, by strzelić sobie kielicha. Po drodze wciąż słyszał nieznośny głos gryzonia. Pomyślał, że nadmiernie jednak przeciąża się obowiązkami. Bo przecież to wszystko, co przeżył, było trudne do zaakceptowania. Żona dawno go ostrzegała, że to się źle skończy.  Nagle zaczęły się dziać z ludźmi, którzy  oglądali obrazy Hucuła, niewytłumaczalne  rzeczy. A poseł Martyna oglądał.  Stawały im przed oczami postaci z dzieciństwa, o których pamięć dawno zaginęła. Słyszeli głosy zmarłych, dziadów i pradziadów. Niekiedy widzieli na moment kochanków i wspólników od niegodnych  interesów, którzy w rzeczywistości się dawno przekręcili, ale tutaj, jakby nigdy nic,  pojawiali się przed nimi, siadali w fotelach i w milczeniu się im przyglądali.  A kiedy rozeszła się wieść o śmierci senatora i bogacza od podrobionego testamentu, oraz o niejasnym zachowaniu posła Martyny, bo naturalnie i ta wiadomość wyciekła na światło dzienne,   nieoczekiwanie wielu zasłużonych dla miasta obywateli zaczynało się  przyznawać swoim małżonkom i partnerom do zdrad, kłamstw  i sprzeniewierzeń. W mieście zaroiło się od plotek, że obrazy Hucuła z jednej strony posiadają ozdrowieńczą  moc oczyszczania od zła, ale z drugiej strony, odsłaniają mroczne tajemnice ludzkiej duszy, które prowadzą ku katastrofie. Powstał popłoch. Ni stąd ni zowąd, wiele rzeczy dotychczas ukrytych przed obywatelami, zaczęło wychodzić na jaw. Niektóre machlojki i szachrajstwa władzy ujrzały światło dzienne. Pewne tajemnice alkowy odsłoniły się i wydostały na zewnątrz. 
Hucuła zaczęto się bać.

www.srokowski.art.pl

Od redakcji:
Pan Stanisław Srokowski był gościem miniwykładów; w trakcie spotkania poruszał m.in. temat odradzającego się faszyzmu na Ukrainie. Relacja z tego interesującego spotkania znajduje się tu:
http://solidarni2010.pl/n,348,8,miniwyklad-300511-spotkanie-ze-stanislawem-srokowskim.html





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.