Sławomir Matusz: Tęcza Instytutu Literatury
data:16 sierpnia 2023     Redaktor: Agnieszka

„Komisja selekcyjna” (mnie się ta nazwa kojarzy z rampą kolejową w obozie koncentracyjnym) postanowiła dofinansować trzy oddziały Stowarzyszenia Pisarzy Polskich (Warszawa, Kraków i Lublin) kwotami od 70 do 110 tys. złotych, Wydawnictwo Biblioteki Sląskiej i trzy fundacje, z których jedna jest wydawcą Patryka Kosendy. Można się spodziewać, że jeszcze w tym roku ukaże się trzeci tomik bluźnierczych wierszyków, za które otrzyma on pokaźne honorarium z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Co się dzieje z Instytutem Literatury?

bój bejów, lej lujów

 

Zadmij w padół, a lof nadzieje kastracyjne się wyprężą:

wstydzisz się jak pierdolony krezus.

[Oho: dobra krew tańczy, zła krew charczy, klimatyczna klusko].

Daily dzika fia i drzewo motłochowe.

Co wzrusza bardziej niż szczerbaty opat wyjący:

ZŁAPAAAŁEM PAAANA BOOOGA ZA KUUUŚKEE!

 

Jak cud po celebraciach,

jak cud po celebraciach,

jak inkubator dla reniferka.

 

Z postury taki menelakant z całą kopiałką durów. Z symetrii

bardziej szlafmyca z zajadami lub żylasty Mokujin. Z chwastyki

mocniej papu uwiera. Granulowałem waszych ojców z miłości.

Ich karmazynowe popiersia z odgryzionymi sutkami

spoczną w moim leju.

 

Mam świadomość, że powyższy tekst to bełkot. Ten tekst jednak to „wiersz” z tomiku Patryka Kosendy (pracownika Instytutu Literatury, instytucji narodowej) Robodramy w zieleniakach (Koproracja Ha!Art, 2019), zaczerpnięty ze stron Instytutu Literatury, będącego narodową instytucją kultury. Z tego bełkotu da się jednak odcyfrować niektóre znaczenia. Zdaję sobie sprawę z oburzenia Czytelników, ale ja też jest zniesmaczony i oburzony, dlatego muszę to opisać i wyjaśnić.

„Pierdolony krezus” – to aluzja do Jezusa. Wydaje się, że przesadzam, ale czytajmy dalej, a znajdziemy potwierdzenie religijnych konotacji i kluczy.

"Dobra krew tańczy, zła krew charczy, klimatyczna klusko” – to ma być aluzja do Hostii. „Drzewo motłochowe” jest oczywistym nawiązaniem do Krzyża i modlącego się pod nim „motłochu”.

„Szczerbatego wyjącego opata” objaśniać nie trzeba. „Jak cud po celebraciach” – słownym nowotworem powstałym z połączenia celebracji i gaci (cud w celebraciach, czyli cud w gaciach w czasie „celebracji”). „Inkubator dla reniferka” – to aluzja do Żłobu Pańskiego. „Chwastyka – czyli połączenie chwastu i swastyki, złamanego krzyża. Nie wiem jak rozumieć ciąg słów, który ma tworzyć zdanie: „Z chwastyki/ mocniej papu uwiera”. „Menelakant” pochodzi od biblijnej przepowiedni Mane, tekel, fares – zbitka dwóch pierwszych słów tworzy obraźliwe słowo „menel”, a Mokujin wydaje się aluzją do Mojżesza. Jest to postać z gry komputerowej. Są to szyderstwa z chrześcijańskich świętych, jakoby nawiedzonych meneli, zarażonych durem lub innymi chorobami… „Spoczną w moim leju” – to aluzja do Grobu Pańskiego i Raju. Tytuł tego „wierszyka” da się odczytać jako „bój gejów, lej chujów”.

Tak wygląda szopka lub stajenka w ujęciu Patryka Kosendy, członka „komisji selekcyjnej” Instytutu Literatury, zamieszczona na stronach tejże instytucji, która decyduje o rozdziale środków na wydawanie książek i o tym, jaką literaturę będziemy czytali w 2023 roku i latach następnych. Patryk Kosenda to autor, który ma 30 lat i wydał zaledwie dwa tomiki podobnych wierszyków. Wraz z nim w skład tej bardzo ważnej dla kultury polskiej „komisji selekcyjnej” wchodzi jeszcze drugi poeta w podobnym wieku, również z dorobkiem dwóch tomików, studentka studiów doktoranckich, jeszcze jedna pani o której nic nie wiadomo, a przewodniczy tej komisji dyrektor IL, dr hab. Józef Maria Ruszar. Czworo członków tej komisji to początkujący autorzy i autorki. Ich publikacje z zakresu krytyki literackiej razem wzięte liczą nie więcej niż liczba palców u jednej osoby.

„Komisja selekcyjna” (mnie się ta nazwa kojarzy z rampą kolejową w obozie koncentracyjnym) postanowiła dofinansować trzy oddziały Stowarzyszenia Pisarzy Polskich (Warszawa, Kraków i Lublin) kwotami od 70 do 110 tys. złotych, Wydawnictwo Biblioteki Sląskiej i trzy fundacje, z których jedna jest wydawcą Patryka Kosendy. Można się spodziewać, że jeszcze w tym roku ukaże się trzeci tomik bluźnierczych wierszyków, za które otrzyma on pokaźne honorarium z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

W ramach zadania „Program wsparcia współczesnej literatury niekomercyjnej przez Instytut Literaturykomisja selekcyjna postanowiła jeszcze dofinansować wydanie 49 książek autorów wymienionych z imienia i nazwiska. Komisja postanowiła dofinansować tomiki wierszy dziesięciu poetów z oddziału SPP w Łodzi, poza Izabelą Kawczyńską i Grzegorzem Tomickim znanych jedynie lokalnie. W lewicowej Łodzi obrodziło wieszczami. Członkowie komisji będą mile widzianymi gośćmi. Dotacje na pięć książek dostanie Wydawnictwo Adam Marszałek, w tym na tomik poetycki współpracownika i konsultanta SB Marka Wawrzkiewicza. Autora przez wiele lat w różny sposób wspierała Służba Bezpieczeństwa, teraz wspiera Instytut Literatury.

Nie wiem jakie były inne pozycje, które zgłoszono do programu, ale jedną z nich była książka „Apollo i Marsjasz. Portrety Żołnierzy Wyklętych i obraz terroru w poezji polskiej”. Połowa książki jest poświęcona poezji Zbigniewa Herberta, a kilkanaście szkiców z niej było wcześniej publikowanych na łamach takich czasopism jak „Arcana”, „Kurier Wnet” i „Topos”. Są to przełomowe interpretacje wierszy Herberta.

Jednak od Herberta, zdaniem „komisji selekcyjnej”, ważniejsze okazały się wydumane „Hieroglify w Sekwanie” Ewy Filipczuk. Dotację na książkę otrzyma Mikuła Zofia (Po trzykroć mgnienie), znana z czasopism „Kozi Rynek”, „Angora” i „Własnym Głosem”, którą też wyda Wydawnictwo Adam Marszałek. Bardzo mnie cieszy, że „selekcję przeszedł” Jan Polkowski i niedługo zobaczymy jego nowy tom wierszy, ale pani Filipczuk, pani Mikuła, czy pan Wawrzkiewicz raczej się razem nigdy nie spotkali. Jan Polkowski nie drukował w „Kozim Rynku” i na pewno nie wysyłał swoich wierszy do Marka Wawrzkiewicza i wątpię, by życzył sobie spotkania z nim. Świadczy to o tym, że w Instytucie Literatury nie ma żadnych kryteriów artystycznych ani literackich. Można wspierać ubeków, lewacką i lewicową literaturę, promować opacznie pojmowaną tolerancję, hołubić wolność seksualną w miejsce właściwej wolności, tolerować wybujałe bluźnierstwa o satanistycznym podłożu.

Od Herberta ważniejszy okazał się tom przekładów wierszy nieznanego poety rosyjskiego w tłumaczeniu Mariana Kisiela, członka Rady Programowej IL, a w przeszłości absolwenta Akademii Spraw Wewnętrznych, znanego rusofila i apologety telewizji TVN. Po ujawnieniu przez IPN akt IPN BU 1510/1624 pana profesora, z mocy ustawy usunięto go ze wszystkich stanowisk na jego macierzystej uczelni. Hojność Instytutu Literatury i zażyłość relacji dyrektora IL Józefa Ruszara z Marianem Kisielem można tłumaczyć tym, że były funkcjonariusz przez kilka lat był jego naukowym mentorem i opiekunem, dlatego obawiam się o zawartość i rzetelność książek poświęconych historii „Solidarności”, które ma wydać Wyd. A. Marszałek, które jednocześnie wspiera byłych współpracowników SB i wydaje im książki.

Obawiam się też o to, jakie inne ważne książki „komisja selekcyjna” pominęła lub puściła po prostu z dymem.

Instytut Literatury ma kilka kanałów na Youtube. Znalazłem tam dyskusję pt. „Rozmowa o poezji - roczniki siedemdziesiąte”. Rozmawiają Roman Honet (alkoholik, pracownik IL), Joanna Mueller – lewicowa aktywistka, współautorka „Manifestu neolingwistycznego („Zsyłamy do piekła wiersze. Jest tekst… Wiersze służą do niszczenia poezji… Chcemy obnażać język. Zostawić w krótkich majteczkach.”), Edward Pasewicz (gej) i Joanna Lech (lewicowa aktywistka gender, znana z internetowych napaści). Zaznaczę, że w nawiasach niczego uczestnikom nie wypominam, bo sami w taki sposób się opisują. W rozmowie narzekają, że Polacy mało czytają lub że nie czytają wcale poezji. Tylko kto chce czytać wiersze o szczegółach intymnego życia gejów czy osób trans lub bełkotliwe i bluźniercze teksty Patryka Kosendy? Na innym kanale IL sami autorzy czytają swoje teksty. Przeciętna oglądalność jest na poziomie 20-40 wyświetleń w ciągu 8 miesięcy, a nawet 3 lat. Niektórzy autorzy mają nieco większą oglądalność, na poziomie 100 wyświetleń w ciągu trzech lat, a tylko kilkoro w tym czasie przekroczyło 500 wyświetleń. Niechlubnym rekordzistą okazał się Wojciech Brzoska. Jeden z jego wierszy w ciągu trzech lat wyświetlono 8 razy. Inny „liryk”, Waldemar Jocher, może pochwalić się 12 wyświetleniami w ciągu trzech lat. To tytuł jednego z jego chorych „wierszy”: „chwilowo ciepłe projekcje połykam jak własne odzienie okrywające: głowę, klatkę i stopy”. Sensu w tym nie ma żadnego, bo nie wiem, jak można połykać „projekcje” i własne odzienie, ale przywołany obraz kojarzy się z całunem. Jest to religijne szyderstwo „doprawione” pornografią. Inny Jochera „wiersz” kończy się takim odkrywczym dwuwierszem: „menstruację matki wieńczy wahadło na końcu/ pępowiny”. W naszej kulturze matki raczej nie wprowadzają synów w tajemnicę menstruacji. Syn to nie partner do takich rozmów. Oba teksty można znaleźć na stronach IL.

W przywołanej rozmowie uczestnicy zdawkowo mówią o poezji lat ‘90 i ‘80, generacji Nowych Roczników. Edward Pasewicz zachwyca się „Wierszami zebranymi” Juliana Korhausera i przypisuje poetę do Nowych Roczników, poetów urodzonych w latach ‘50. Pasewicz nawet mówi o roku pięćdziesiątym którymś, jako dacie urodzenia J. Kornhausera… Tylko, że Kornhauser jest przedstawicielem pokolenia starszego, znanego jako Nowa Fala, a urodził się w 1946 roku w Gliwicach. Kardynalny błąd – inne pokolenia, inne programy, inne zainteresowania poetyckie, tradycja itd. To jakby Jana Kasprowicza zaliczyć do Skamandrytów, a Jana Polkowskiego do pokolenia „bruLionu”. Dyskutanci narzekają, że Polacy nie czytają, a sami wykazują się brakiem elementarnej wiedzy i oczytania. Nikt z uczestników rozmowy go nie poprawił: Joanna Mueller – która mieni się literaturoznawcą, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, Roman Honet – pracownik IL, który prowadzi zajęcia z kreatywnego pisania w Studium Literacko-Artystycznym na Uniwersytecie Jagiellońskim, ani Joanna Lech – ukończyła Podyplomowe Studium Literacko-Artystyczne Uniwersytetu Jagiellońskiego. Nie dość, że się skompromitowali, to w poczuciu własnej pychy jeszcze to opublikowali.

Przywołany Patryk Kosenda w rozmowie z Mateusze Górniakiem o jego debiutanckiej książce Trash story (Korporacja Ha!art, 2022) nie przebiera w słowach obnażając swój „krytyczno-literacki warsztat”, pytając – cytuję: „czy będziesz się wkurwiał, jak będą cię porównywali do Masłowskiej?”. Ręce opadają. Nie mam sił słuchać, oglądać i czytać wszystkiego. W innych nagraniach i rozmowach, opatrzonych logo Instytutu literatury, Kosenda nie tylko nie stroni od wulgaryzmów, ale często zakłada nogę na nogę i macha nią tuż przed kamerą. Jakby nikt nie mógł mu zwrócić uwagi, by usiadł inaczej, albo nikt nie mógł inaczej ustawić kamery i wybrać odpowiedniego kadru. W nagraniach nie widać żadnego profesjonalizmu.

Zacząłem od Patryka Kosendy i jego debiutu w Korporacji Ha!art w 2019 roku, roku, w którym powołano Instytut Literatury. Nie wiem czym urzekł dyrektora Józefa Marię Ruszara wiersz cytowany na początku, że zatrudnił Kosendę w Instytucie. I tak zatoczyliśmy koło, by wrócić do Korporacji Ha!art.

Ruszar tworząc Instytut Literatury bezkrytycznie oparł się na bardzo młodych autorach, dyletantach bez wiedzy i doświadczenia, a obecnie wspiera wszystko, co w literaturze lewackie, antypolskie, tęczowe. Ci młodzi autorzy piszą historię literatury polskiej dopisując Juliana Kornhausera do Nowych Roczników, decydują kogo skreślić, kogo w niej przemilczeć, kogo i co promować – literaturę gejowską, niską, inną, ideologicznie „atrakcyjną i kolorową”, niosącą „nowe idee”, postulującą obyczajowe przemiany. Książka o Herbercie przepadła, bo zespół IL nie chce takiego Herberta ani Żołnierzy Wyklętych. Nie dowiem się, jakie książki jeszcze nie zostaną wydane w 2023, jakie „komisja selekcyjna” skazała na nieistnienie, wysłała do pieca.

Parafrazując Kosendę można włożyć w jego usta słowa: „ZŁAPAAAŁEM PAAANA DYREKTOOORA ZA KUUUŚKEE!" Młodzi dyletanci doją podatników i rozdają pieniądze komu chcą, decydując o tym, jaka ma być polska literatura. Nie wiem, czemu służy Instytut Literatury, bo z pewnością nie literaturze i nie ma on nic „narodowego” w programie. Nie wiem, co należy zrobić z obecnie z tą instytucją. Nie wiem, czy jest sens ją reformować. Uważam, że jej pierwszy dyrektor powinien być jej ostatnim. Może w miejsce Instytutu lepiej by było przywrócić Polską Akademię Literatury, jako instytucję autonomiczną, konserwatywną i wolną od ideologii oraz dawnych esbeków?

Zobacz równiez:





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.