Współczesne dyscypliny sportu, takie jak choćby siatkówka, cechują się taką dynamiką akcji, że często sędziowie mają poważne problemy z rzetelną oceną sytuacji. Piłka zagrana przez najlepszych siatkarzy leci nierzadko z prędkością ponad 100 km/godz. Jeśli piłka trafia w boisko, sytuacja jest jednoznaczna. Jeśli jednak piłka spada poza polem gry, kluczową jest ocena sędziego kto ostatni dotknął piłki. Jeśli atakujący to oczywiście punkt przyznawany jest drużynie broniącej – atak był bowiem autowy. Jeśli jednak piłka dotknęła któregoś z zawodników broniących to punkt należy się drużynie atakującej. I tu pojawiają się problemy w ocenie, ponieważ dotknięcie piłki może być zaledwie jej muśnięciem, piłka może zahaczyć o koniuszek palca broniącego zawodnika. To przy wysokiej dynamice akcji może być trudne, a wręcz niemożliwe do wychwycenia przez najbardziej doświadczonego sędziego.
Problem stał się szczególnie jaskrawy w dobie współczesnych transmisji telewizyjnych, kiedy to widzowie mogą obejrzeć powtórki z różnych ujęć, także w zwolnionym tempie. Doprowadziło to do paradoksalnej sytuacji, że miliony ludzi przed telewizorami mogły zobaczyć jak było na prawdę, tylko kluczowa osoba, a więc sędzia, był pozbawiony tej możliwości, a zatem możliwości zmiany błędnej decyzji. Dlatego też z czasem wprowadzono tzw. wideoweryfikacje. Mecz jest przerywany na kilkadziesiąt sekund, a sędziowie w tym czasie sprawdzają i analizują sporną sytuację. Ale czynią to wtedy, gdy któryś z trenerów zgłosi oficjalnie zastrzeżenie do podjętej przez sędziego decyzji. Aby jednak trenerzy nie nadużywali prawa do wideoweryfikacji mogą to uczynić tylko dwukrotnie podczas seta. Jeśli jednak po weryfikacji spornej sytuacji decyzja sędziego zostanie zmieniona na korzyść wnioskującej drużyny, to liczba należnych tej drużynie wideoweryfikacji nie jest zmniejszana.
Podobnie jak sędzia, tak i zawodnicy oraz trener drużyny atakującej mają czasem problem z właściwą oceną, czy piłka przed opuszczeniem boiska musnęła któregoś z zawodników przeciwnej drużyny. Dlatego trenerzy kalkulują czy na danym etapie meczu warto ryzykować utratę prawa do wideoweryfikacji, jeśli sami nie są do końca pewni, czy decyzja sędziego była słuszna czy nie. Tak naprawdę jedyną osobą, która bez wideoweryfikacji wie jak było naprawdę, jest zawodnik drużyny przeciwnej, który bronił piłki. Komentator polskiej telewizji powiedział podczas jednej z transmisji, że wielokrotnie pytał zawodniczki drużyny reprezentacyjnej, czy czują jak piłka je muśnie, jak lekko zahaczy koniuszek ich palców. Zawsze odpowiadały, że zawodnik zawsze to czuje. Dochodzimy tu do sedna problemu tego felietonu, do uczciwej gry, do gry fair play. Skoro zawodnik czuje, że piłka go dotknęła to przecież wystarczy się przyznać.
Ale wiadomo, gra się często o wysoką stawkę, emocje potrafią być tak silne, że ambicja bierze górę nad uczciwością. Dlatego FIVB - Międzynarodowa Federacja Piłki Siatkowej postanowiła premiować grę fair play. Podczas tegorocznych finałów Ligi Narodów wprowadzono tzw. zielone kartki. Jeśli zawodnik przyzna się do dotknięcia piłki to sędzia nagradza go zieloną kartką a drużyna, która uzbiera najwięcej zielonych kartek podczas finałowego turnieju otrzyma niebagatelną nagrodę finansową w wysokości 30 tys. dolarów. Wydawać by się mogło - piękny pomysł, godny pochwały. W praktyce okazało się jednak, że sędziowie premiowali zielonymi kartkami wyłącznie tych zawodników, którzy przyznali się do dotknięcia piłki już po zarządzonej wideoweryfikacji. Za kilkadziesiąt sekund i tak będzie wiadomo, wszyscy to zobaczą na ekranach telewizorów, że zawodnik dotknął piłki. Przyznanie się w takim momencie trudno uznać za przejaw uczciwości. To raczej marketingowy ukłon wobec stacji telewizyjnych, dzięki czemu sam mecz jak i transmisja telewizyjna nie będą niepotrzebnie przedłużane. Zostanie więcej czasu na reklamy. Szokujące było to, że zawodnik, który przyznał się do dotknięcia piłki w sytuacji, w której przeciwnicy nie oponowali, bo sami tego nie dostrzegli lub mieli już wyczerpany limit należnych im wideoweryfikacji, a więc zawodnik, który wykazał się postawą prawdziwie godną ducha fair play, nie był przez sędziów nagradzany, nie otrzymywał zielonej kartki.
Działacze Międzynarodowej Federacji Piłki Siatkowej jak widać nie rozumieją, co to jest gra fair play. Podobnie jak urzędnicy wielu unijnych instytucji, nie rozumieją podstawowych pojęć, oczywistym dla wszystkich słowom i określeniom nadają swoimi decyzjami nowe, kuriozalne znaczenia. Ale może jestem niesprawiedliwy w swojej ocenie, może jest inaczej. Może działacze wprowadzając takie zasady dali zawodnikom do zrozumienia, że jeśli nikt nie protestuje, jeśli nikt nie dostrzegł, że mieli kontakt z piłką, to nie ma potrzeby przyznawać się, bo to nie jest uczciwość, to nie fair play, ale zwykłe frajerstwo. Ale jeśli zgłoszona wideoweryfikacja i tak wszystko ujawni, to wtedy warto się przyznać, może nie będzie sprawiedliwiej, ale szybciej, a czas to pieniądz więc i nagroda finansowa będzie.
„Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. W dobie globalizacji słowa Jana Zamoyskiego można sparafrazować: taki będzie świat i taka będzie Europa jakie ich młodzieży chowanie. A młodzież otrzymuje przekaz: jeśli nikt cię nie widział, jeśli nie było kamer monitoringu, nie bądź frajerem, nie przyznawaj się. Jeśli jednak zostałeś nagrany, twój czyn został zarejestrowany, nie czekaj, przyznaj się od razu. Nie tylko unikniesz napiętnowania, ale będziesz nawet nagrodzony tytułem uczciwego oszusta.
Marcin Bogdan