Iza S.: Pielgrzymka za wolną Polskę
data:22 lipca 2023     Redaktor: Redakcja

Rok 1982 był szczególny w naszej historii. Trwał stan wojenny. W tym roku przypadało 600 - lecie obecności Obrazu Matki Bożej na Jasnej Górze, ale ówczesne władze nie zgodziły się na pielgrzymkę Ojca Świętego. Odbyła się rok później. Papież rozpoczął ją powitaniem: „Pokój tobie, Polsko, Ojczyzno moja!”
Pamiętnik z pielgrzymki na Jasną Górę w roku jubileuszu przypomina realia i atmosferę tamtych dni. Był to czas nadziei.


Warto zauważyć, że w tamtej epoce nie wszystkie lokalne pielgrzymki uzyskiwały pozwolenia.
Dlatego większość pątników decydowała się dołączyć do najstarszej, Warszawskiej Pieszej
Pielgrzymki. W akademickich „siedemnastkach”, prowadzonych przez ks. Tadeusza Uszyńskiego, szły
także grupy zagraniczne. Oto kilka migawek z tamtej, 271 Warszawskiej Pieszej Pielgrzymki.


MODLITWA
Msze Święte w Pielgrzymce były najpiękniejsze. Odprawiane gdzieś na rżysku lub łące,
czasem na terenie przykościelnym. Poranne, przy dopiero co rozbudzonym słońcu, zdającym się
zapowiadać miły, ciepły, albo upalny dzień, lub wieczorne, na które szło się po króciutkim
odpoczynku, koniecznie z latarką, aby w drodze powrotnej nie zabłądzić w nieznanej wsi. Przerywane
co chwila okrzykami: „Lekarz potrzebny! Lekarz potrzebny!” Ozdobione śpiewem w języku tej grupy,
która akurat miała dyżur „przy liturgii”. Przy ołtarzu stawały znaki pielgrzymkowe. Ewangelię czytano
przynajmniej w ośmiu językach, ,,Ojcze nasz” odmawiano po łacinie, na znak pokoju podawano sobie
ręce. Komunię Świętą przyjmowali prawie wszyscy. Uniesione dłonie wskazywały kapłanom, gdzie
jeszcze należy pójść. Na zakończenie Ojciec Przewodnik życzył dotarcia do bazy przed zachodem
słońca. „Idźcie, ofiara spełniona” znaczyło: „Idźcie do Wodzicznej, Skórkowic, Zachorzewa czy
Zawady, idźcie na Jasną Górę”. Kulminacją tych Mszy była uroczysta suma 15 sierpnia, pod szczytem
jasnogórskim, zakończona stanowczym i spokojnym „Boże, coś Polskę”.
Dzień rozpoczynały prastare, rycerskie „Godzinki”. Jego rytm wyznaczał różaniec, którego
każda tajemnica, jak gałąź obarczona owocami, dźwigała tyle intencji, ilu było pątników. Intencje te
były jednocześnie osobiste i wspólnotowe, jak np. za internowanego brata, za ukrywających się, za
Ankę, która oczekuje na wyrok, o szczęśliwe zbiory, o powołanie: „Matuchna Najświętsza, spraw,
abym dobrze się uczył i poszedł na księdza”. O 21 oczywiście Apel Jasnogórski.


PIELGRZYMKOWA PROZA
Najtrudniejsze były noclegi. Miłość bliźniego obowiązuje, ale miejsce w stodole to coś
niezwykle elastycznego. Przede wszystkim potrafi się zwężać. Zdarzyło się spać pod zadaszeniem, o
którym gospodarz powiedział, że to tylko deski umocowane prowizorycznie na drucie. Miały spaść,
gdyby ktoś wszedł na górę. Kiedy indziej ćmy wykropkowały wszystkich – łącznie ze śpiworami i
bagażami – na czarno. Czasami trzeba było samemu wyciągać słomę lub lucernę z sąsieków i mościć
sobie legowisko. Uszyte na pielgrzymkę śpiwory były wciąż oblepione źdźbłami. W stodole zawsze
pojawiał się pewien dwunastoletni chłopiec. Wyprzedzał grupę i zajmował miejsce dla swojej licznej
rodziny. Wszyscy go lubili. To stary pielgrzym; szedł już po raz piąty, bo jego mama ofiarowała się z
nowenną. Zabrała w drogę najmłodszego, sześciomiesięcznego pątnika i dlatego zazwyczaj
znajdowała nocleg w domach.
W pielgrzymce jadło się własne zapasy, czyli np. smalec. Kuchnia polowa oferowała kawę.
Oprócz „zawodowych” kucharzy służbę pełnili w niej także ochotnicy, każda grupa miała dyżury przy

kotłach. Nie obyło się bez kłopotów, gdy np. bracia Francuzi nie mogli się dogadać z polskim

kuchmistrzem…
Realia roku 1982 miały swoją specyfikę. Należały do niej nie tylko noclegi w stodołach, ale i
własnoręcznie wykonane worki na bagaż, czy pękające w szwach, nie zawsze szczelne, plandeki
ciężarówek wypchane pakunkami pielgrzymów. Nie istniały wygodne walizki na kółkach, ani lekkie
polary. Stąd zanotowany obrazek: wśród rozrzuconych na trawie pakunków jakiś chłopiec mówi z
dziwnym spokojem: „Mam złe przeczucie, znalazłem tylko sweter, który był w środku plecaka”.
Pielgrzymkową przychodnię tworzył wielki namiot – dar londyńskiej parafii. Wszystkie leki
pochodziły z zagranicznych darów. Na materacach leżeli chorzy. Inni siedzieli mierząc temperaturę.
Te ciężkie, dmuchane, gumowe materace służyły zresztą także podczas noclegu. Nie istniały karimaty.
Do realiów epoki należy też zaliczyć burczącą obecność latających całkiem nisko i
niedyskretnie różnokolorowych helikopterów. Przypominały, że „nie będziemy nigdy sami”… To
niejedyny zastanawiający incydent. Już pod samą Jasną Górę, 14 sierpnia wieczorem pojawiło się
mnóstwo typów. Byli niechlujni, brudni, w postrzępionych ubraniach z wypisanymi jakimiś hasłami.
Palili papierosy (czy zwykłe?), snuli się wśród pielgrzymów i spoglądali błędnymi oczami. Dlaczego
takie zatrzęsienie ich w tym miejscu i tego dnia?


ENTUZJAZM
Entuzjazm pielgrzymów wydawał się nie do pokonania. Wielu z nich nigdy nie zaznało takiego
zmęczenia jak w tej drodze. Dopiero tu poznali, że można je zwyciężać w tak pięknym stylu. Oto
ostatni etap, tuż przed noclegiem. Grupa wlecze się, rozciąga. Trzeba przyspieszyć, dobić do znaku.
Zrywamy się. Ze śpiewem. Tuby biegną. Ludzie skaczą z tamburynami i klaszczą w ręce. W radosnym
pędzie prą „piętnastki”. Trzeba utrzymać tempo, nie można zostać w tyle, więc wszyscy dają się
porwać. Szaleństwo i pielgrzymkowa piosenka: „Pytasz, skąd ja mam ten entuzjazm?” Dzień się
kończy, wraz z dniem siły, a jednak skaczemy, biegniemy, śpiewamy i wykrzykujemy: „Radość, miłość,
pokój, szczęście, wszystko mają ci, których Panem jest Bóg!”


LUDZIE NA TRASIE
Tego roku pielgrzymkę przyjmowano gościnniej niż w latach poprzednich, chociaż wsie
cierpiały przez pątników, którzy opróżniali i tak już wysuszone studnie. Niektóre były już zupełnie
puste. Pielgrzymi padliby w kurzu i piachu, nie mając nawet czym zwilżyć gazy zasłaniającej usta,
gdyby nie solidarność ludzi. Wystawiali skrzynki owoców, wynosili wodę kubłami. Nie polegało to na
jednorazowym wystawieniu wiadra, ale na ciągłym dopełnianiu go kolejnymi litrami przynoszonymi
ze studni. Owszem, niektórzy próbowali na pielgrzymach zarobić – to, ci którzy towarzyszyli
pielgrzymce na całej trasie, sprzedając np. napoje, czy słomiane kapelusze (najtańszy za 200zł). Sami
mieszkańcy miejscowości mijanych przez pielgrzymkę byli bardzo serdeczni. Pozdrawiali idących.
Witali chlebem i solą, dzieci wręczały bukiety kwiatów. W jednej z miejscowości chór chłopięcy
śpiewał „Bogurodzicę”. Pod Wodziczną dwoje młodych pielgrzymów zatrzymało się, aby zagrać i
zaśpiewać kołysankę trzymanemu przez matkę dziecku. Można powiedzieć, że na spotkanie pątników
wychodzili wszyscy; od biskupów po niemowlęta. W jednej z miejscowości, urzeczony widokiem
idących, ksiądz wznosił ręce i mówił: „Pamiętajcie, to za wolną Polskę ta pielgrzymka, pamiętajcie”.


DOJŚCIE
Pod Częstochową krajobraz zmienia się. Widać wzgórza i spływające z nich strumyczki
różnych pielgrzymek. Te wszystkie sznureczki ciągną w jednym kierunku. W mijanych wioskach
można dostrzec ich ślady np. pozostawione tabliczki. Pielgrzymka kończy się na Przeprośnej Górce.

Wkraczamy. Tryumfalnie, ale inaczej niż zwykle. Bez śpiewów. Wszelkie flagi i transparenty
pochowane. Zostają tylko znaki i krzyże. Pielgrzymka jest przede wszystkim pokutna. To nie ten czas,
kiedy każda z grup wchodziła z inną pieśnią, każda wyróżniała się wyglądem, kolorem kwiatów,
bukietami ziół. Dlaczego? „Nie nasza to wina, że na sześćsetlecie zgotowano naszej Ojczyźnie stan
wojenny”. Kiedyś wkraczaliśmy w pełnym słońcu, teraz nawet niebo jest szare.
Mieszkańcy miasta są zaskoczeni tą powagą. Witają nas gestami, transparentami, ale przede
wszystkim swoją obecnością. Pielgrzymka wchodzi już dziewięć godzin, a witających ciągle nie
brakuje. Od sześciu godzin stoi w Alei Najświętszej Maryi Panny Ksiądz Prymas z biskupami. Od
kościoła św. Zygmunta odmawiamy różaniec; już bez rozważań, bez intencji. My wiemy i Bóg wie. Jest
już wpół do siódmej wieczór, a za nami jeszcze 31 grup. Wchodzimy na Jasną Górę Zwycięstwa!
Pielgrzymów było tylu, że zabrakło miejsc noclegowych. Ci, którzy z tego powodu
zdecydowali się wracać od razu, nie mieścili się w przepełnionych pociągach. Zdumiewająca okazała
się gościnność mieszkańców Częstochowy: sami zgłaszali się do parafii, przyjmowali pielgrzymów
bezinteresownie w prywatnych mieszkaniach, podejmowali ich, dzielili się jedzeniem. Mówili, że
każda pielgrzymka jest dla nich męcząca i nie robi wielkiego wrażenia. Ta jednak była zupełnie
wyjątkowa. Ludzie wychodzili, że by się jej napatrzeć do końca, chociaż trwało to bardzo długo.
Wejście tej pielgrzymki było tak niesamowite, że otworzyło częstochowianom serca. Zdumieni
zawiadamiali siebie nawzajem: „Na kolanach idą”. Potem mieszkańcy Częstochowy dzielili się z
gośćmi – pątnikami swoimi wrażeniami. Wspominali razem pielgrzymkę Ojca Świętego oraz czas, gdy
chciano wykopać tunel pod Aleją Najświętszej Maryi Panny, aby utrudnić wejście pielgrzymek.
Częstochowianie pełnili wówczas dyżury dniem i nocą, aby nie przeprowadzono żadnych robót.
Podczas uroczystej sumy odczytano z wałów liczbę pielgrzymów: 55 tysięcy z Warszawy, 15
tysięcy z Wrocławia, a razem 120 tysięcy pątników pieszo. Powracano pociągiem. W wagonie, w
którym jechało czoło całej 271 WPP z chorągwiami i tablicą, pielgrzymkowa pielęgniarka prowadziła
różaniec i koronkę do Miłosierdzia Bożego…


PO LATACH daje się odkryć znaczenie tego, co zostało wówczas zdobyte w sposób
niewidzialny, modlitwą i ofiarą.

Iza S.






Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.