Warto wrócić do wspomnień o inaczej pojmowanej nauce i edukacji oraz przydatności nauczyciela. Rozumiała to matka Juliusza Słowackiego, autora dzieła Narodowego Czytania w 2020 roku, którą pobyt we Lwowie natchnął pomysłem, by w mieście, gdzie Syn tak często w marzeniach lat ostatnich przebywał, stworzyć fundację celem wspomagania młodzieży kształcącej się w historii literatury polskiej. Wydział Filozoficzny uniwersytetu lwowskiego z odsetków fundacji macierzyńskiej wypłacał co lat kilka zasiłki młodym polonistom, wybierając z szeregu podań najgodniejsze. Szło tu nie tyle o wysokość skromnej zapomogi, ile o zaszczyt - pisał Stanisław Wasylewski, stypendysta i asystent Zakładu Narodowego (polskiego) im. Ossolińskich we Lwowie.
Wniosłem podanie i ja, referentem sprawy był prof. Wilhelm Bruchnalski - w rezultacie stypendium Słowackiego otrzymał kolega Stefan Vrtel, znany później w nauce jako Stefan Wierczyński , który w przyszłości jako bibliograf i profesor bibliografii miał położyć większe zasługi dla polonistyki niż ja. Był sierotą, utrzymywał się lekcjami, więc i z tego powodu zasługiwał na pierwszeństwo.
(…) Tu był mój właściwy uniwersytet. Donośniejsza od głosu szanownych preceptorów była wymowa starych szpargałów, które odzywały się z tłoku białych półek w wielkiej książnicy. Wychowywała mnie atmosfera murów i ludzi. Ton souvive ma iait poete (Twój uśmiech uczynił mnie pisarzem) - mówi literat doby romantyzmu mając na myśli Francję.
Powiem to samo o sobie, mając na myśli Ossolineum - wspominał Wasylewski mający już w szkole absolwentów polonistyki, filozofii, teologii, a nie pielęgniarzy – terapeutów, przygotowujących uczniom zalecane na szkoleniach SCWEW proste zdania pisane drukowanymi literami z piktogramami, niczym instrukcję WC - zamiast dzieł Mickiewicza, Krasickiego, Sienkiewicza.
Stanisław Wasylewski : Wśród tych spływów i nalotów, które złożyły się na moje uformowanie się, wśród tradycji szlacheckich, mieszczańskich, urzędniczych zaważyła też smuga wrażeń zaznanych Pod Kopułą w młodości, która „choć sama przemija szparko, cios jej dłuta wiecznotrwały".
Tutaj nauczyłem się pisać, chłonąc rozmaitych Mochnackich, Orzechowskich czy Ludwików Jabłonowskich. Kustosz Czarnik, który świadom był moich wcale mizernych początków, czytywał później z uznaniem pierwsze felietony i rozprawki naukowe.
Książkę Pod kopułą Lwowskiego Ossolineum kończą noty biograficzne ze wstępem:
Noty obejmują ułożone alfabetycznie nazwiska i zwięzłe informacje biograficzne dotyczące osób występujących w tekście. Pominięto nazwiska twórców działaczy powszechnie znanych, np. Mickiewicz, Byron, Żeromski itp.
Tymczasem od czasu cenzury Jakuba Bermana (1951 r.) jest inaczej i nic nie zapowiada zmiany. Dostarczana nam wiedza o twórcach nauki i kultury polskiej pomija ułożone alfabetycznie nazwiska, a do upowszechnienia dopuszcza zatwierdzone przez reprezentantów mniejszości narodowych nazwiska Mickiewicza, Żeromskiego, Szymborskiej, Schulza, Korczaka, Pileckiego (a nie Generała Fieldorfa Nila) itp.
Na każdej z 20 stron 18 zwięzłe informacje biograficzne dotyczą Abrahama, Anczyca, Antoniewicza, Baczewskiego, Balickiego, Balzera, Bełzy, Bema, Bernackiego, Wilczewskiego, Brucknera, Czartoryskiego, Czołowskiego, Drexlera, Kaliny, Kleinera, Konopczyńskiego, Krechowieciego, Małeckiego, Makuszyńskiego, Pawlikowskiego, Rutkowskiego, Petry, Pilata, Skoczylasa, Tretiaka, Ujejskiego, Wilda, Zybilkiewicza, Zamoyskiego – kilkanaście nazwisk z około 360.
Dar Litwy dla Ossolineum
Gdy rozpoczynałem mój staż Pod Kopułą, skończono właśnie zwozić piękny i bardzo zasobny dar zbieracza z Litwy.
Była to wielotysięczna kolekcja dzieł oprawnych zbytkownie wprost w zielone i brunatne półskórki safianowe. Magnat rolny na Żmudzi, Jan Nargielewicz, gromadził z uporem Litwina książki z zakresu geografii, etnologii, podróżoznawstwa w językach angielskim, francuskim, najmniej niemieckim. Polonika trafiały się rzadko. Wyłączone chyba już w Wilnie, w znikomej ilości przybyły nad brzeg Pełtwi. Trochę czasopism i druków, które wymieniono od razu w miejsce nadto już spracowanych oryginałów ossolińskich.
Jaką drogą i jakim sposobem biblioteka Nargielewiczów znalazła się we Lwowie? Dokładnie nie wiem, przypuszczam, że nieobcy tej darowiźnie był krajan ofiarodawcy, kustosz muzeum Lubomirskich, dożywający już sędziwych lat na emeryturze Edward Pawłowicz. Zwiezione księgi umieszczono osobno w kilkunastu białych regałach w dużej książnicy, przeznaczając dla nich w inwentarzu sygnatury 115 000 - 120 000. Praca katalogowania trwała około dwóch lat. Całość wywierała duże wrażenie jako jednolita zielono- brązowo-złocista smuga barw. Budziła też zaciekawienie gości zwiedzających zbiory ossolińskie.
Na widocznym miejscu jednego regału polecił dyrektor Kętrzyński umieścić podobiznę fotograficzną obojga ofiarodawców i sam ułożył i wydrukować kazał następujący napis:
Jan Nargielewicz i Jego Wdowa ofiarowali swe zbiory książek Bibliotece Z.N. i. Ossolińskich we Lwowie.
Było nieco zastrzeżeń z powodu tej stylizacji. Uważaliśmy, że raczej „wdowa po”, ale któż by śmiał czcigodnemu Kętrzyńskiemu uwagę zwrócić.