Marcin Bogdan: Tylko prawda da ukojenie bliskim tych, którzy zginęli pod Smoleńskiem
data:17 kwietnia 2023     Redaktor: Redakcja

Tylko prawda da ukojenie bliskim tych, którzy zginęli pod Smoleńskiem...

 

                Śmierć osoby bliskiej jest zawsze traumatycznym przeżyciem. Czas nie leczy tych ran. To co daje rodzinie i bliskim pewne ukojenie, to pełna jasność co do okoliczności zgonu. Trudniej pogodzić się z utratą bliskiej osoby, gdy ktoś ukrywa zaniedbania np. błąd lekarski. Trudniej pogodzić się z utratą bliskiej osoby, gdy mówi się o nieszczęśliwym wypadku a wszystko wskazuje na morderstwo.  Drugim równie ważnym czynnikiem, szalenie istotnym dla bliskich, jest świadomość skali cierpienia jakiego doznała umierająca osoba. Im bardziej śmierć była nagła tym większa szansa, że zmarłemu oszczędzone były cierpienia, nie tylko te czysto fizyczne, ale także te związane z samą świadomością umierania.

                Wiele mediów i wielu polityków podnosi kwestię cierpienia rodzin i bliskich ofiar katastrofy smoleńskiej, nie biorąc w ogóle pod uwagę opisanych powyżej dwóch kluczowych czynników mających wpływ na ukojenie tego cierpienia. Media te i ci politycy uważają, że w imię szacunku dla cierpienia bliskich należy zaniechać wszelkich badań, że należy zaniechać poszukiwania i odkrywania prawdy o tym, co się naprawdę wydarzyło pod Smoleńskiem. Czy jednak nie jest dokładnie na odwrót? Czy propagowanie raportów Anodiny i Millera, które są sprzeczne z elementarnymi prawami fizyki z poziomu nauczania w szkole podstawowej nie jest właśnie zadawaniem dodatkowego bólu rodzinom i bliskim? Czy nie jest tak, że trudniej im pogodzić się ze śmiercią bliskich, ponieważ mają świadomość, że prawda jest ukrywana? Że próby dochodzenia do prawdy są sabotowane? Że wmawia się im, że był to nieszczęśliwy wypadek a wiele ogólnodostępnych dowodów wskazuje, że był to zamach?

                Jeszcze bardziej dramatyczna w skutkach jest podejmowana przez niektóre media polityczna gra, w której na szali kładzie się cierpienie ofiar związane z domniemaną świadomością zagrożenia i zgrozą zbliżającej się śmierci. Tu trzeba w sposób stanowczy odwołać się do faktów. Lot z Warszawy do Smoleńska przebiegał bez żadnych zakłóceń. Załoga podjęła rutynową decyzję o zejściu do wysokości decyzyjnej i w przypadku niesprzyjających warunków atmosferycznych o odejściu na drugi krąg, a w konsekwencji o skierowaniu się na lotnisko zapasowe. Nie ma żadnych dowodów ani nawet poszlak, że cokolwiek zakłócało taki przebieg lotu i zwiastowało jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Po komendzie odejścia na drugi krąg, gdy samolot zaczął bezpiecznie wznosić się do góry, nastąpiła eksplozja w lewym skrzydle. To był pierwszy moment, w którym pasażerowie zorientowali się o jakimkolwiek niebezpieczeństwie. Po utracie kolejnej części skrzydła samolot zaczął obracać się wokół własnej osi, co spowodowało słyszalne na nagraniach dźwięki przemieszczających się bagaży i przedmiotów oraz krzyk pasażerów. To były zaledwie pojedyncze sekundy, po których najprawdopodobniej czujnik żyroskopowy wyzwolił eksplozję głównego ładunku wybuchowego umieszczonego w centropłacie samolotu. Efekt eksplozji, fala uderzeniowa związana z wyzwolonym wysokim ciśnieniem, wysoka temperatura oraz fragmenty rozerwanego na strzępy samolotu doprowadziły do natychmiastowej śmierci wszystkich pasażerów. Takie są fakty. Śmierć pasażerów, choć w dramatycznych okolicznościach, była nagła i natychmiastowa. Zagrożenie związane z urwaniem skrzydła było nagłe a czas od pierwszej eksplozji do chwili śmierci był tak krótki, że mógł nie wyzwolić w pasażerach pełnej świadomości możliwych skutków tego zagrożenia.

                Wbrew tym faktom od samego początku, wręcz od pierwszych minut po katastrofie, Rosjanie oraz usłużne im „polskie” media podawały fałszywe informacje typu: „samolot podchodził czterokrotnie do lądowania”. Nie sposób tu nie zacytować Ewangelii wg Św. Mateusza: „Ci więc wzięli pieniądze i uczynili, jak ich pouczono. I tak rozniosła się ta pogłoska między Żydami i trwa aż do dnia dzisiejszego”. Także w przypadku tragedii smoleńskiej wiele osób, szczególnie w Europie zachodniej po dzień dzisiejszy jest przekonanych o czterech podejściach do lądowania. Szczytem bezczelności było podanie przez jedną z prywatnych stacji telewizyjnych informacji o odczytaniu z zapisu rejestratorów słów pierwszego pilota, rzekomo wypowiedzianych kilkadziesiąt sekund przed tragedią: Jak nie wylądujemy, to mnie zabiją”. Wspólnym mianownikiem wszystkich tego typu fake newsów, oprócz oszukiwania polskiego społeczeństwa, było wmawianie bliskim ofiar, że na pokładzie samolotu był jakiś spór, jakaś dramatyczna kłótnia, że na siłę dokonywano nieudanych prób lądowania. A to wszystko musiało przecież w pasażerach budzić poczucie ogromnego zagrożenia, traumę zbliżającej się nieuchronnie śmierci. Sugerując cierpienie pasażerów związane ze świadomością zagrożenia podający tego typu informacje skazywali na bezmiar cierpienia rodziny i bliskich ofiar. Nie ma na to żadnego usprawiedliwienia, ale ktoś może tłumaczyć, że w pierwszych miesiącach a szczególnie w pierwszych dniach po katastrofie źle pojmowana chęć pozyskania i opublikowania przez niektóre media najnowszych ustaleń, prowadziła do błędów, przekłamań i w efekcie do publikowania także fałszywych informacji. Czy rzeczywiście był to efekt pośpiechu czy może jednak w pełni świadome działanie?

                Kilka dni temu minęło 13 lat od tej tragedii. W różnych mediach pojawiło się sporo artykułów pozornie nie odnoszących się do samej katastrofy, raczej o charakterze wspomnieniowym, przybliżającym osoby, które zginęły, szczególnie te mniej znane, mniej popularne, jak choćby członkowie załogi samolotu. I tak największy portal informacyjny zarządzany przez niemiecki kapitał opublikował wspomnieniowy artykuł o stewardesach. A w nim, gdzieś w środku tekstu autorzy napisali o jednej ze stewardes: „14 minut przed katastrofą podeszła do dyrektora protokołu MSZ, prosząc: Panie dyrektorze, wróćmy. Czy ktoś z czytających tę informację zastanowił się, w jaki sposób ci „dziennikarze” ustalili przebieg opisanego przez nich zdarzenia i jak pozyskali treść zacytowanej wypowiedzi stewardesy? Zapewne niewielu, ale za to większość czytających została utwierdzona w narracji wskazującej, że pasażerowie lecieli w poczuciu wielkiego zagrożenia, w poczuciu zagrożenia zdrowia i życia.  I tylko nieliczni jak ta odważna stewardesa próbowali zapobiec nieuchronnej tragedii.

                Można być tak naiwnym, żeby wierzyć w moc pancernej brzozy, można być dziennikarzem opłacanym przez obce media i pisać teksty pod założone z góry tezy pasujące mocodawcom. Ale jaką trzeba być hieną, jakim łajdakiem, jak nisko trzeba upaść, by 13 lat po tragedii zadawać rodzinom ofiar taki ból i takie cierpienie. Co jeszcze gotowi są położyć na szali kłamstwa, by przeważyć ją na swoją stronę? Ale kłamstwo nas nie wyzwoli, tylko prawda nas wyzwoli i tylko prawda da ukojenie i spokój bliskim tych, którzy odeszli.

Marcin Bogdan






Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.