W grach zespołowych, podobnie jak w pracy w firmie czy w instytucji, podobnie jak w działalności lokalnej na poziomie samorządowym czy też na szczeblu ogólnokrajowym, kluczem do sukcesów jest współpraca w grupie, podział obowiązków, odpowiedzialność, zaangażowanie, wzajemne zaufanie i właściwe przywództwo. Trener i selekcjoner kreuje grę drużyny tak jak kierownik, dyrektor czy prezes kreuje pracę firmy, tak jak prezydent czy premier kreują życie i rozwój miasta, regionu czy też całego kraju.
W eliminacjach do piłkarskich mistrzostw świata trenerem polskiej reprezentacji był Europejczyk, Paulo Sousa z Portugalii. Przed decydującymi o awansie do finałów rozgrywek meczami barażowymi Sousa zdezerterował zrywając obowiązujący kontrakt. Wtedy, na krótko przed decydującymi meczami, trenerem mianowany został Czesław Michniewicz. W jednym z wywiadów nowy trener powiedział: „Znak krzyża jest dla nas czymś oczywistym. Dla nas, katolików. Nie wstydzę się swojej wiary. Moi rodzice to są repatrianci z ziem wschodnich. To jakie miałbym mieć wartości? Tradycja, rodzina, kościół, ojczyzna, otwartość. Tak mnie wychowali”. Czesław Michniewicz jest Polakiem i wie, że ma polskie obowiązki. Dlatego po bestialskiej agresji Rosji na Ukrainę wspierany przez Prezesa PZPN Cezarego Kuleszę odmówił gry z reprezentacją Rosji. Choć był tylko trenerem stał się dla środowisk totalnej opozycji - niczym polityk - wrogiem numer jeden. Lewackie media pisały, że podzielił Polskę. Po wygranym w przekonywujący sposób meczu ze Szwecją, dającym Polsce upragniony awans do finałów mistrzostw świata, Czesław Michniewicz ukląkł na murawie stadionu i ze łzami w oczach ucałował polską ziemię. A na pomeczowej konferencji powiedział: „Przez głowę przeszły mi różne obrazki z całego życia i kariery: wszystkie wzloty i upadki aż do momentu, w którym znalazłem się teraz. Musiałem pokonać sporo trudności, by od małego chłopca, przez studia, trochę kariery zawodniczej i trenerskiej, dotrzeć do miejsca, w którym cała Polska nam kibicuje”.
Jakie to było zaściankowe, zabobonne i nienowoczesne. Klękać i całować Polską Ziemię. Jak papież, jak Ojciec Święty Jan Paweł II. Żeby jeszcze Michniewicz zrobił to tak jak Marek Siwiec, w stanie upojenia alkoholowego, z kpiną i pogardą dla Ojca Świętego i Polski, czyli po europejsku. Ale całować Polską Ziemię szczerze, ze łzami w oczach? To jak wydanie na siebie wyroku. Po kilku miesiącach w pamiętnych mistrzostwach rozgrywanych w Katarze Polska zajęła w swojej grupie 2 miejsce i po raz pierwszy od blisko 40-stu lat awansowała do dalszej fazy rozgrywek. To był niewątpliwy i długo wyczekiwany sukces. W meczu decydującym o awansie do ćwierćfinałów przegraliśmy po bardzo dobrej grze z aktualnym mistrzem świata i późniejszym finalistą katarskich mistrzostw, z reprezentacją Francji. W Katarze nie było słabych zespołów. Przegraliśmy dwa mecze, oba z późniejszymi finalistami rozgrywek a więc Argentyną i Francją. Ale pomimo ewidentnego sukcesu sportowego na trenera Czesława Michniewicza zaczęto wylewać kubły z pomyjami, że gra była bojaźliwa, że głównie staraliśmy się utrudniać grę przeciwnikom nie kreując własnej, miłej dla oka gry ofensywnej. Oliwy do ognia dodał kapitan reprezentacji (skąd inąd wybitny piłkarz) Robert Lewandowski mówiąc po mistrzostwach, że chciałby odczuwać radość z gry a styl grania reprezentacji nie daje mu takiej radości.
I tak w atmosferze medialnego linczu Czesław Michniewicz został odwołany z funkcji trenera polskiej reprezentacji. I znów, wbrew wcześniejszym doświadczeniom, trenera zaczęto szukać poza granicami Polski. Ponownie zatrudniono Europejczyka, Fernando Santosa. Znany i doświadczony trener zapowiedział przed pierwszym meczem z Czechami, że polska drużyna nie będzie koncentrować się na destrukcji, że to my będziemy kreować grę, pokarzemy nowoczesny, ofensywny futbol. Deklaracje nie wydawały się wygórowane, Czesi to drużyna przeciętna, która nie awansowała do ostatnich mistrzostw świata przegrywając wyraźnie w barażach ze Szwecją, którą my potem pokonaliśmy. Czesi w zeszłym roku wygrali zaledwie 2 mecze, przegrywając aż 6. Można było więc liczyć jeśli nie na łatwe zwycięstwo, to na pewno na wyrównany i ciekawy mecz z odmienioną polską reprezentacją pod wodzą europejskiego trenera. A stało się coś czego w futbolu na poziomie reprezentacyjnym chyba nie było nigdy w historii. Już w 26 sekundzie meczu straciliśmy pierwszą bramkę a w 2 minucie i 10 sekundzie a więc po 130 sekundach było już 0:2. Tym co nie interesują się sportem należy wyjaśnić, że w piłce nożnej sędziowie nie zatrzymują zegara, okres między 26 a 130 sekundą wypełniony był fetowaniem przez Czechów zdobytej bramki. Można więc stwierdzić, że w ciągu pierwszej minuty faktycznej gry straciliśmy dwa gole. Nie wiem czy taki styl gry dał satysfakcję Robertowi Lewandowskiemu i wszystkim krytykom Czesława Michniewicza, ale można z sarkazmem przyznać, że w ciągu pierwszych 3 minut meczu Lewandowski był aż 3 razy przy piłce bez presji ze strony przeciwnika. Raz przy rozpoczęciu meczu a dwa razy przy wznawianiu gry ze środka boiska po utraconych bramkach. Potem było tylko gorzej, gdyby naszym przeciwnikiem była lepsza drużyna skończyłoby się dwucyfrowym pogromem. Na szczęcie Czesi nie trafiali do pustej bramki. A Wojciech Szczęsny widząc mentalną absencję obrońców i pomocników wykopywał piłkę spod polskiej bramki bezpośrednio do osamotnionego Roberta Lewandowskiego, który zamiast czerpać oczekiwaną radość z gry popadał znowu w frustrację.
Nie potrafiliśmy obronić naszego Premiera, który stawiał kluczowe pytanie: „Czyja będzie Polska”. Nie potrafiliśmy obronić naszego Prezydenta, który ostrzegał Polskę, Europę i świat przed odradzającym się rosyjskim neoimperializmem. Nie potrafiliśmy obronić trenera piłkarskiej reprezentacji, poniewieranego i obrzucanego błotem pomimo osiąganych sportowych sukcesów. Nie potrafimy bronić Ministrów, którzy rozwijają gospodarczo Polskę i wzmacniają jej militarne bezpieczeństwo. Nie potrafimy bronić Prezesów Spółek Skarbu Państwa, którzy poprzez rozwój kierowanych przez siebie podmiotów przynoszą dochód do polskiego budżetu a w zamian są odsądzani od czci i wiary. Nie potrafimy bronić haniebnie atakowanego Świętego Jana Pawła II, który był i jest Orędownikiem naszej Wolności.
Nie wszyscy interesują się sportem a w szczególności piłką nożną. Ale warto przyjrzeć się aspektom współpracy w grupie i roli dobrego przywództwa. I wyciągnąć właściwe wnioski. Bo jeśli za kilka miesięcy, po zbliżających się wyborach parlamentarnych, premierem rządu zostanie Europejczyk, który obowiązki będzie miał europejskie a nie polskie, to podobnie jak w meczu rozegranym w Pradze, może nie po 130 sekundach ale po 130 dniach okaże się, że Polska przegrała, że Polski już nie ma. Że z rozwijającego się, dobrze rządzonego kraju pozostanie jak to określił prominentny polityk PO „chu.., du… i kamieni kupa”. Że staniemy się pośmiewiskiem dla całego świata. Bezbronni, zagubieni, pozbawieni woli walki, tak jak piłkarze, którzy znaleźli się na ostatnim miejscu w tabeli, za Wyspami Owczymi liczącymi 52 tys. mieszkańców. Czyli tam gdzie możni tego świata widzą nasze miejsce.
Czy potrafimy obronić Polskę, czy będziemy powtarzać za Wyspiańskim: „Miałeś chamie złoty róg”.
Marcin Bogdan