Można by tę wypowiedź puścić mimo uszu, darować sobie jakikolwiek komentarz. Ale paradoksalnie Tusk zwrócił uwagę na bardzo istotny problem - w jakim stopniu wiara determinuje, czy też powinna determinować, nasze postawy i decyzje, także te przy urnie wyborczej. I nie chodzi tu o ocenę programów gospodarczych czy o politykę zagraniczną. Chodzi przede wszystkim o aspekt moralny dokonywanych wyborów.
W czasach PRL-u sytuacja była paradoksalnie prostsza. Osoby zaangażowane czy też uwikłane w działalność komunistyczną dystansowały się od Kościoła i od wiary w Boga. Samo uczestnictwo w obrzędach religijnych skutkowało bowiem brakiem awansu, utratą apanaży, zamknięciem drogi do kariery. Byli wprawdzie tacy, którzy próbowali zapewnić Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek i jeździli do odległych parafii, by ochrzcić swoje dzieci. Bo tam ich nikt nie znał. Ale uczestnictwo we Mszy Św. w swojej parafii było swego rodzaju świadectwem postawy danego człowieka. Pamiętam, gdy jako dziecko wychodziłem po Mszy z kościoła w dużej wielkomiejskiej parafii, często słyszałem, jak rodzice mówili do siebie: zobacz, ci z sąsiedniej ulicy byli w kościele – o, to są porządni ludzie. Osoby chodzące do kościoła, uczestniczące w nabożeństwach, były odbierane jako osoby o podobnej wrażliwości i kierujące się tym samym systemem wartości.
A jak jest teraz? Czy osoby, które w czasie pandemicznych obostrzeń zakładały w kościele maseczki ze znakiem nienawiści, jakim jest czerwona błyskawica, kierują się tym samym systemem wartości, którym stara się kierować człowiek wierzący? Czy osoba wierząca może głosować na polityka, który uczestniczy w demonstracjach pod hasłami „jeb.. PiS”, „jeb.. kler” jeb.. drugiego człowieka, swojego bliźniego? Czy osoba wierząca może głosować na polityka partii, która chce „opiłowywać katolików” z rzekomym przywilejów, tak żeby nie mogli podnieść głowy? Czy osoba wierząca w Boga może głosować na polityka, który wyraża pogardę dla drugiego człowieka, mówiąc „chu… tam z Polską wschodnią”? Na polityka, który wyraża pogardę dla swoich rodaków mówiąc, że w Unii Europejskiej „odseparuje się od tego planktonu, od tego folkloru, od tego syfu” jaki jest w Polsce?
I nie chodzi tu o ocenę czy pouczanie drugiego człowieka za jego osobiste przywary, wszyscy jesteśmy grzeszni. Ale tu chodzi o zachowania publiczne, o głoszenie haseł i propagowanie wartości, które dla osoby wierzącej powinny być antywartościami. Gdy widzę na ulicy ludzi, którzy publicznie wrzeszczą „wypierd….”, a potem widzę ich w kościele jak gorliwie klęczą przed Najświętszym Sakramentem, to zadaję sobie pytanie, co nas łączy? Got mit uns? Z nimi czy z nami? To bolesne, ale najwyższy czas zadać to pytanie!
Czas zadać to pytanie także księżom, siostrom zakonnym i osobom konsekrowanym. To oni prowadzą nas do Boga i mówią, by nie ulegać złu, by czynić dobro. Ale gdy błogosławiony ksiądz Jerzy Popiełuszko mówił „zło dobrem zwyciężaj”, to wszyscy zgromadzeni w kościele i wokół kościoła Św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu wiedzieli, co jest złem, a co jest dobrem. Teraz słowom nadano inne znaczenia, ludzie są zmanipulowani, już nie wystarczy im powiedzieć, by zło dobrem zwyciężali. Trzeba im przede wszystkim wyjaśnić, co jest dobrem, a co złem. I nie można się bać posądzenia o mieszanie się do polityki. Bo nawoływanie do „jeba…” zwolenników innego ugrupowania, bo nawoływanie, by jacyś silni ludzie wyprowadzili kogoś siłą z jego gabinetu, by kogoś odspawali od demokratycznie obsadzonego stanowiska, to nie jest polityka. To jest anarchia i barbarzyństwo, to stoi w sprzeczności z wiarą w Boga.
Niektórzy księża w swoim nauczaniu uciekają przed problemem mówiąc, że każdy kiedyś na Sądzie Ostatecznym odpowie za swoje czyny. Inni prześlizgują się po temacie, mówiąc, że chrześcijanin powinien czynić dobro, a unikać zła, ale współcześnie coraz więcej osób czyni zło uważając je za dobro. Utracili zdolność rozróżniania, zagłuszyli głos sumienia. A przecież Chrystus stawiał sprawę jasno, gdy „w świątyni napotkał siedzących za stołami bankierów oraz tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie”, nie wahał się ani chwili, „sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś co sprzedawali gołębie rzekł: «Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska! »”. Jak ważna i istotna to scena, świadczy fakt, że opisana została przez wszystkich czterech Ewangelistów. Co więcej, św. Marek przytacza dodatkowo jakże mocne słowa Jezusa: «Czyż nie jest napisane: Mój dom ma być domem modlitwy dla wszystkich narodów, lecz wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców».
Uczynili ze świątyni jaskinię zbójców, czyli – jak tłumaczą bibliści - jaskinię ludzi złych i grzesznych, trudniących się rabunkiem i zabójstwami, rozdzielających między sobą łupy zdobyte w nieuczciwy sposób. Ale współczesny świat posuwa się jeszcze dalej. Przytoczona na wstępie wypowiedź Tuska dowodzi, że diabeł już ubrał się w ornat i ogonem na mszę dzwoni. A wielu niestety nie potrafi odróżnić Mszy Św. od czarnej mszy. Deklarują, że gorliwie wierzą w Boga, a w działalności publicznej służą szatanowi. A przecież Św. Michał Archanioł ma bronić nas w walce z Lucyferem, księciem ciemności, a nie dążyć do jedności i tolerancji.
Czy można milczeć w takiej sytuacji? Czy w obliczu publicznego zgorszenia księża powinni przymykać oczy w imię budowania fałszywie pojmowanej wspólnoty? Jezus przecież powiedział: „Gorliwość o dom Twój, Boże, pochłania mnie”. (J 2,17)
Marcin Bogdan