Kornel Makuszyński  „Uśmiech Lwowa” cz.5.
data:28 kwietnia 2022     Redaktor: Redakcja

"Uśmiech Lwowa" został wydany w 1934 r. i był dwukrotnie wznawiamy do wybuchu wojny. Komunista Jerzy Borejsza umieścił tę książkę w 1951 roku w wykazie książek do kasacji. Wznowiona dopiero po 1989 r.
Makuszyński zawarł w niej najgorętsze uczucia do Lwowa, na końcu pisząc: „Jakżeż nie miłować tego miasta, które ma serce jak pożar, a oczy jak słońce?”
Lektura na obecne czasy - ważne świadectwo polskości Lwowa.
-----------------------------------------------------
Redakcja portalu proponuje lekturę "Uśmiechu Lwowa"  w odcinkach w kolejne soboty.

UŚMIECH LWOWA

Opowiedziałem panu Kolińskiemu o wszystkim, co dzisiaj widziałem, i o miłym spotkaniu ze studentem. Nie zataiłem, że był głodny.
- Na Boga! - zawołał. - Gdzież on być może w tej chwili?
Ponieważ wiedziałem, że był w parku, pan Koliński wybrał się tam natychmiast wraz ze mną nagląc do pośpiechu. Znaleźliśmy mojego przyjaciela na jednej z ławek. Pan Koliński podziękował mu za opiekę nade mną i niby, o niczym nie wiedząc, zaprosił na obiad. Student stropił się i zaczął robić przezabawne ceremonie; twierdził, że go dozorca nie wpuści na schody, że służba na jego widok dostanie konwulsji, że po jego pobycie trzeba będzie poświęcać mieszkanie i że psy na jego widok zaczną wyć w całym domu. Zabraliśmy go przemocą i usadowili przy stole. To jest najśmieszniejsze, że jedno z jego proroctw całkowicie się sprawdziło. Kiedy gruba, rykiem grzmotów napełniona, Józefowa wniosła wazę z zupą, stało się nieszczęście. Spojrzała zdumionym wzrokiem na nowego gościa i chciała krzyknąć, ale jej coś odebrało głos. Wypuściła tedy z rąk wazę z zupą, aby sobie odbić nagłą niemotę.
- Masz babo placek! - mruknął student. - Ą mówiłem, że będzie nieszczęście.
Tymczasem Józefowa zdołała chwycić oddech, jak żagiel chwyta wiatr, i wrzasnęła:
- Ta co ten batiar tutaj robi?
- Józefowa! - krzyknął pan Koliński.
Należy wiedzieć, że "batiar" nie jest w lwowskiej mowie komplementem i podaje w wątpliwość honor tak osobliwie nazwanego młodzieńca. Student, pragnąc wyjaśnić burzliwą sytuację, rzekł z wesołym uśmiechem:
- Nic nie szkodzi, proszę pana, to moja ciocia.
- Ta to prawda, na moje nieszczęście! - zawodziła potężna kobieta.
Zanim oliwa uspokoiła wzburzone morze i zanim zdumienie Józefowej spłynęło w strudze łez, wiele minęło czasu.
Pan Koliński miał dłuższą konferencję w kuchni i grzmoty ucichły.
Student opowiadał wybornie o rodzinnych zatargach w łyczakowskiej dzielnicy, słynnej z gorących temperamentów i burzliwych serc. Miano mu tam za złe, że zamiast jąć się sprawiedliwego rzemiosła, sam skazał się na głód, byle ukończyć Politechnikę. Słuchaliśmy jego bujnej opowieści z wesołym zaciekawieniem. Jedno było dziwne: student mówił, a myśmy słuchali, równocześnie on zjadł dwa razy tyle, co my we dwóch. Niech mu pójdzie na zdrowie! Pan Koliński patrzył na niego z przyjemnością i rad był bardzo. Zaprosił go od razu na dzień następny,
- A ciocia mnie nie otruje? - zapytał student,
- Ona pana bardzo kocha - zaśmiał się pan Koliński. -
Spotkanie było zbyt nieoczekiwane i, jak twierdzi, żółć się w niej poruszyła.
Po obiedzie wybraliśmy się we trzech na zwiedzanie miasta. Mój nieznany przyjaciel nie dawał znaku życia, wiedząc, że dobre otaczają mnie serca. Istotnie, nie mogłem marzyć o czulszej przyjaźni. Pan Koliński poza tym był człowiekiem wspaniale wykształconym i niezmiernie dobrym; ze słodyczą w słowach nauczał mnie i objaśniał mi wszystko.
Asystentem tego cudownego profesora stał się student, żarliwy lwowianin. Gdybym sto książek o Lwowie przeczytał, nie mógłbym dowiedzieć się więcej niż od nich. Oni umieli z kamiennego natłoku miasta wybrać wszystkie jego klejnoty i w pełnym ukazać je blasku. Dziś, kiedy obejrzałem każdy kamień Lwowa, wiem, że trzeba te klejnoty wyszukiwać, gdyż zasypane są rumowiskiem szarym i mało pięknym. Panorama tego miasta jest przepyszna, wnętrze jego jest jednak zatłoczone tysiącami domów pospolitych, wśród których wyrasta, jak promienista niedziela wśród szarych, pracowitych dni tygodnia, jakieś cudo. Spróbuję uczynić takie porównanie:
Lwów wygląda jak żelazny, bez połysku pas rycerski, w który wprawiono kilka bezcennych kamieni, diamentów i rubinów. Takim klejnotem nieporównanej piękności tego miasta jest katedra Św. Jura, którą budował w 18 wieku Jan de Witt, komendant Kamieńca Podolskiego. Wieńczy ona zielone wzgórze jak korona. Napatrzyć się jej nie mogłem, tak samo jak kaplicy Boimów, zbudowanej w samym początku siedemnastego wieku, jak cerkwi Wołoskiej, co wieżę ma prześliczną, jak kościołowi Dominikanów, też budowanego przez de Witta. A katedra Ormiańska, jakiż to skarb ukryty wśród zaułków! Boże, jaka piękna. Katedra rzymsko-katolicka, potężna, surowa, w gotyckim budowana porządku, prześliczne mająca kaplice, mieści się w samym sercu Lwowa i pamięta czasy Kazimierza Wielkiego. W niej to, przed głównym ołtarzem, Jan Kazimierz, król wielki i nieszczęsny, czwartego kwietnia 1656 r. składał swoje śluby i Najświętszą Pannę Królową Polski obwołał. Wielka sędziwość mieszka w tych murach. Wielkie dzieje śpią wśród nich. Wieki mają tu swoje nagrobki. Jest w nich majestat i dostojeństwo. Patrzyliśmy na te domy boże ze czcią i z podziwem, jak na pomniki dawnej chwały, kiedy Lwów bogaty, zapobiegliwy i złoty, budował swoje przybytki. Nie mógł zbudować więcej, gdyż z czasem zubożał, przeszły przez miasto pożary, krew z niego toczyły najazdy i oblężenia. Ostały się te klejnoty, a wśród nich jeden, który nie tylko, że jest dumą Lwowa, lecz i jego ukochaniem. Jest tam jeden kościół, w którym ludzie modlą się chyba goręcej, na który patrzą z niezwykłym rozrzewnieniem: kościół Bernardynów. Wyjaśnił mi pan Koliński, że wśród wielu kościołów lwowskich jest on najpiękniejszy.
O, tak! A musi być bardzo ukochany, tyle w nim złota, tyle bogatej strojności, jakby go złotą chciano przystroić pieszczotą. Opowiadają, że Lwów nie mógł doczekać się jego ukończenia i skrzyknięto się przed setkami lat, aby wspólnym wysiłkiem przyśpieszyć budowę. Lwowianie to gorący naród i niecierpliwy! Skoro idzie o to, by miasto ozdobić, każdy do najcięższej gotów jest pracy. Lwowianin bowiem może zapomnieć o sobie, nie zapomni Jednak nigdy o swoim mieście. Rozczula się nim i wzrusza. Pan Koliński i student mówią o nim tak, że ich słowo jest drżące. Znają każdą starą cegłę, każdą ozdobę starego muru, historię i legendę. Wzruszenie to i mnie ogarnęło. Czułem, że się w moim sercu rodzi miłość do tego miasta, którego historia jest pełna porywów, wzlotów i klęsk, po wielkim bogactwie, pożartym przez czas i przez wojny, przychodziło ubóstwo znoszone mężnie i z otuchą. Lwów tym się odznacza, że nigdy nie upadł na duchu.
Zawsze miał w oczach pogodę, a żarliwą nadzieję w sercu.
Mieszczanin lwowski nie jest powszednim, pospolitym mieszczaninem: był on świetnym kupcem, kiedy handlował z całym Wschodem, byt on znamienitym żołnierzem, kiedy go wołano na wały miejskie, a zawsze był w swoim mieście bez pamięci rozmiłowany. Tu było jego szczęście, tu było jego serce, tu było wszystko jego.

Łatwo jest obejrzeć w każdym mieście to, co jest jego kamiennym ciałem; łatwo jest poznać jego zabytki i odczytać ze zmurszałych śladów jego historię; można znać miasto obce nawet z wizerunków, z książek i opowiadań. Trudno jest ujrzeć duszę miasta. Ukazuje się ona tym tylko, którzy je miłują. Nie wiedziałem o tym wtedy jeszcze, smyk i mikrus, jak powiadał student, dzisiaj jednak, kiedy to piszę, rozumiem dobrze pana Kolińskiego, który miłował Lwów gorącą miłością i chciał mi ukazać jego duszę.
Wywiódł nas na Wysoki Zamek, skąd się roztaczał widok tak szeroki, że wiatr, który tu się rodzi i leci ku lesistym widnokręgom, długo musi lecieć, zanim dopadnie sinych lasów. Miasto modliło się w dole nieprzerwanym szmerem i podniosło ku słońcu swoje wieże, jak wzniesione błagalnie ramiona.

Pan Koliński mówił nam o jego duszy. Ponieważ słuchałem zachłannie, więc dobrze prawie każde pamiętam słowo:

- Lwów miał zawsze duszę radosną i rozśpiewaną. Przewalały się ponad nim burze, rude przewalały się pożogi, żelaznym zębem wojna gryzła jego mury, gromy biły w jego wieże, a jego dusza jakąś żarliwą wiarą przepojona zawsze śpiewała. Ledwie przygasła łuna pożarów, co go ognistym otaczała wieńcem, ledwie ucichnął tumult i szczekający krzyk wojny, z niego już biła łuna radosnej dumy, że oto raz jeszcze, nie wiadomo który, spełnił swój rycerski obowiązek; że postawiony na straży u kresów Rzeczypospolitej nigdy nie zasnął, jak gdyby powiek nie miał u oczów, lecz czuwał: żuraw czujny, pies wierny, zagończyk nieporównany! Stroiły się inne miasta w marmury i malowania, w pałace i kolumny, jemu zaś jako rycerzowi surowemu starczyło zębatych, srogich murów, legowiska szarych domów. Bogu jedynie wznosił cudownie piękne przybytki. Powoli stał się kamienną jaskinią, w której zamieszkał lew z jego herbu. Nigdy nie gnuśniał i nie zaznał odpocznienia. Wieczyście przeciwko burzy wysunięty patrzył ze swoich wzgórz w sine dale, w niezmierne połacie, skąd pełzał niszczący ogień albo zbałwaniony walił potop. Przetrwał wszystko i dlatego jest i był radosny! Nigdy nie czynił konszachtów, nigdy w hańbiące nie wchodził układy. Na kryształowym swoim sumieniu - słuchajcie, chłopcy! - nie ma ani cudzej krzywdy, ani ucisku, ani wyzysku. Czynił dobro, słabych osłaniał, bronił niemocnych. I dlatego jest radosny. W chwilach wytchnienia radował się bujnym czynem, kiedy był bogaty, budował kościoły, cerkwie i meczety, braterstwo świadcząc każdemu, co się w sprawiedliwej zgodzie schronił za tarczą jego murów. Jest to jasny rycerz, co na klejnot rycerski sobie przysiągł, że nikogo nie skrzywdzi, toteż z wież tego miasta padał blask na wszystkie okoliczne ziemie. Wielka napełniała je radość, kiedy się w nim skupiły nacje rozmaite, najróżnorodniejsze, a on, gród lwi, każdej dał dach nad głową i noc jej dał spokojną. Tak, tak, moi drodzy! Czyste sumienie, nieskazitelność serca i wzniosłość ducha napełniły to miasto jasnością. Dlatego, choć takie szare, takie jest śliczne! Nie ma w Rzeczypospolitej miasta bardziej promienistego, choć wiele jest w niej miast bohaterskich z Warszawą na czele, która umiała w najcudowniejszym porywie każdy wylot zaułka na Starym Mieście wydłużyć w szyję armaty. Nie ma miasta bardziej gotowego do śmiertelnej ofiary, do zaparcia się aż do ostatniego tchu. Czy się teraz dziwicie, że je duma rozpiera? Że w oczach ma radość i że śpiewa? Jest to miasto Polską obłąkane. Duszy swojej nie ukrywa, więc ją każdy ujrzeć może, jak rozkwitłą czerwoną różę. Czaruje nią i zniewala. Rozkochać potrafi każdego swoim uśmiechem, jasnym, szczerym i rzewnym.

- O, tak, tak! - wtrącił cichutko student. Pan Koliński patrzył rozmiłowanym spojrzeniem i wodził nim w krąg, bo miasto obsiadło górę i otoczyło ją ze wszech stron. Potem mówił:
- Ludzie przysięgają mu najwierniejszą miłość. Jego imieniem wiążą się jak łańcuchem. Wierni swojemu miastu tworzą jakby bractwo tajemne, a dlatego tajemne, że sami o tym nie wiedzą, jak bardzo sprzęgli się sercami, jak się połączyli uściskiem na wieki wieków. Poznają się na najdalszych krańcach ziemi, a to czarodziejskie słowo "Lwów" - tryska łzą rozczulenia, co się zaraz w jasność uśmiechu zamieni. To długie wieki przeorały tak serca, że natychmiast kwitną, pokropione jedną kropelką łzawej rosy. To miliony ludzi, co przewędrowały przez to miasto od bramy narodzin aż do bramy śmierci, syciły tę miłość jak miody. Lwowscy ludzie, zaprawieni w srogich przeciwnościach, pełni mocy i pędu, krwi rozszumiałej i zapału, poznają się wszędzie po powadze w spojrzeniu i po uśmiechu na ustach. Widziałeś już, Michasiu, lwowskich ludzi. Prawda, że człowiek ze Lwowa zawsze się uśmiecha? Ten uśmiech to jego zdobycz wspaniała, zdobywana przez całe wieki! To rodzinne znamię... Gdyby nie ten radosny uśmiech, mogłoby się zdarzyć, mój chłopcze, że przez szczelinę, którą smętek żłobi, weszłoby w lwowskie serce zwątpienie albo kropelka goryczy. Wiele bowiem było takich czarnych chwil, kiedy gorycz lała się strumieniem, a ten uśmiech Lwowa przecie rozegnał ciężką, mętną mgłę, jak słońce to czyni o wschodzie, kiedy się noc jeszcze włóczy tuż przy ziemi zgnilizną oparów. Lwów uśmiechał się, ramię wydłużał w miecz, w szpadę zamieniał spojrzenie, a serce przetapiał na kulę. Uśmiechał się walcząc, bo był w swoim żywiole, uśmiechał się niemal konający, "bo słodko jest umierać za Ojczyznę". Kiedy mu zaś uśmiechu było za mało, wtedy słodka i prosta dusza tego miasta zaczynała śpiewać. Nie ma takiej na świecie biedy, której by we Lwowie nie umiano zamienić w piosenkę! Czy piosenką nie można oszukać głodu?
- Można! - szepnął student z głębokim przekonaniem.
- Czy nie można nią zdumieć samej śmierci? I teraz mi powiedzcie: jakżeż nie miłować tego miasta, które ma serce jak pożar, a oczy jak słońce? Jak nie tęsknić do niego, jak go nie wielbić? "Lew mieszka w sercu tego giaura", a w jego duszy mieszka miłość... O, miasto moje, o najdroższe moje miasto!
Ostatnie jego słowa były pełne tak wielkiej miłości, że drżały ze wzruszenia. Nie śmieliśmy przemówić. Student coś szeptał bezgłośnie, a ja patrzyłem na to miasto najdziwniejsze, ale jak gdyby przez mgłę. Ich miłość nauczyła mnie miłości. W tym mieście okazano mi tylko dobroć. W tym mieście nie pozwolono mi się smucić. Byłem sierotą, a wśród tych kilku ludzi, których dotąd spotkałem, czułem się jak wśród najbliższych.
Obudził mnie z zamyślenia cichy głos:
- Cóż to, chłopcze drogi, jesteś wzruszony?
- Nie wiem - odpowiedziałem również cicho.
Istotnie nie wiedziałem tego, bo kiedy otarłem oczy ręką, uśmiechnąłem się.
- Ach! - zaśmiał się pan Koliński.
- Ta i jego już Lwów opętał! - zawołał nagle student.
"Ta" mam wrażenie, że to "takoj" prawda - jak mówią we Lwowie, którego duszę ukazano mi w słońcu. Jakim sposobem dowiedział się o tym mój nieznany przyjaciel, tego dojść nie mogę. Wkrótce po powrocie do domu wręczono mi kartkę z tymi słowami: Widziałem twoje wzruszenie. Jesteś dobry i masz czyste serce. Czas, bym ci się ukazał. Bądź jutro w świętym miejscu Lwowa!
Zdumiałem się. List był pisany zwyczajną prozą,

 

cdn






Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.