Kornel Makuszyński „Uśmiech Lwowa” cz.4.
data:28 kwietnia 2022 Redaktor: Redakcja
"Uśmiech Lwowa" został wydany w 1934 r. i był dwukrotnie wznawiamy do wybuchu wojny. Komunista Jerzy Borejsza umieścił tę książkę w 1951 roku w wykazie książek do kasacji. Wznowiona dopiero po 1989 r.
Makuszyński zawarł w niej najgorętsze uczucia do Lwowa, na końcu pisząc: „Jakżeż nie miłować tego miasta, które ma serce jak pożar, a oczy jak słońce?”
Lektura na obecne czasy - ważne świadectwo polskości Lwowa.
-----------------------------------------------------
Redakcja portalu proponuje lekturę "Uśmiechu Lwowa" w odcinkach w kolejne soboty.
MÓJ PRZEWODNIK JEST GŁODNY, LECZ WESOŁY
Mieszkam sam jeden w obszernym pokoju! Byłem taki znużony, że po krótkiej rozmowie z moim nowym znajomym spałem, jakbym był zabity przez piegowatego chłopca. Obudziłem się jednak bardzo wypoczęty i rześki. Mój nowy przyjaciel zjawił się w moim pokoju, przyjrzał mi się serdecznie i rzekł:
- Tak się dziwnie zdarzyło, że mam u siebie chłopięce ubranie... Na twoją miarę... Twoje ubranko jest już mocno zniszczone... Nie obraź się, chłopcze, i wdziej to, prawie nowe...
Zarumieniłem się.
- Jakże ja mogę, proszę pana...
- Prosiłem cię, abyś się nie obraził... Jestem starym człowiekiem i nie mam nikogo na świecie... Możesz mi zaufać i uwierzyć mi, że cię nie chcę dotknąć... Człowiek musi pomagać drugiemu człowiekowi... Weźmij to, drogi chłopcze!...
Mnie to na nic i tylko się zmarnuje, a tobie... To piękne ubranie.
Zdumiałem się, bo głos mu zadrgał, drżały jego ręce, a oczy jego były wyraźnie wilgotne. Czyżby mu aż tak było żal tego ubrania? Ale nie! Coś innego go tak wzrusza. Przycisnął je do piersi, jak gdyby je tulił, ale patrzy na mnie tak czule i tak serdecznie, że i ja zaczynam drżeć. Czuję, że mi się w sercu robi dziwnie ciepło, że coś mnie popycha ku temu smutnemu człowiekowi. Nie wiedząc, czemu to czynię, wyciągnąłem ku niemu ręce, a on mnie objął i do serca przycisnął. Później dopiero poweselał, a kiedy jedliśmy śniadanie, rozmawiał ze mną z ożywieniem i czasem się uśmiechnął. Wtedy nie mogąc się powstrzymać całą moją odkryłem mu tajemnicę.
- Ależ to nadzwyczajna historia! - zawołał. - I zaufałeś temu dziwakowi?
- Z całego serca - odrzekłem. - To jakiś przezacny człowiek.
- Może być, może być!... - mówił pan Koliński (tak się nazywał). - A co tam, pani Józefowa?
- List do jakiegoś Michasia! - wielkim grzmotem oznajmiła gruba kucharka.
- Do mnie! To od niego! - krzyknąłem.
Czytaliśmy razem:
Jesteś, miły Michasiu, pod dobrą opieką,
A ja jestem przy tobie, bardzo niedaleko.
Jeśli cię pan Koliński zatrzyma przy sobie,
Przy nim bądź, nim o mojej dowiesz się osobie.
Teraz miasto obejrzyj, lecz ci się nie uda,
Byś w dniu jednym mógł wszystkie jego ujrzeć cuda.
Niech patrzy twoje serce, a nie tylko głowa,
A może zdołasz ujrzeć dumną duszę Lwowa.
Wtedy ciebie powitam, nie kryjąc się wcale.
A teraz cię pozdrawiam, drogi chłopcze. Vale!
Oddaje mi ciebie pod opiekę - zawołał wesoło pan Koliński. - Cóż ty na to?
- Cieszę się! - rzekłem serdecznie. - Ale jak ja mogę korzystać z pańskiej dobroci?
- Możesz, możesz! Nie mówmy o tym... Ależ cię prędko odnalazł! Bardzo jestem rad, że biorę udział w tej wybornej awanturze. Dziwny to jakiś człowiek!
- Ale czemu, proszę pana, on pisze wierszami?
- Czemu wierszami? - zamyślił się pan Koliński. -
Mój drogi! Każdy ma jakąś słabość. Przebaczmy mu te wiersze...
Umocniony na duchu przez zacnego pana Kolińskiego napisałem przede wszystkim list do państwa Borowińskich.
Zdaje się, że zabrakło atramentu w kałamarzu, więc wlałem do niego trochę łez. Potem doskonale odziany poszedłem zwiedzać Lwów.
Szedłem spadającą w dół ulicą, nad którą wznosi się brzydka, czerwona jakby od wiecznej irytacji, dawna austriacka cytadela, brzuchata, okrągła, patrząca podejrzliwie szparami strzelniczych okienek. Nagle ktoś mnie gwałtownie potrącił. To ten wesoły student, co mi pokazywał Politechnikę! Zatrzymał się zdyszany i krzyknął na mój widok:
- A coś ty się tak wystroił? Żenisz się?
Zaśmiałem się serdecznie i pytam;
- Czemu pan tak pędzi?
- Ach, to cała historia... Wyobraź sobie, chciałem jechać tramwajem, a w tramwaju żądają ode mnie pieniędzy. Śmieszne, co? Bo ja znowu nie mam ani grosza. Wylali mnie z tramwaju, a ja sobie powiadam: owszem, pójdę piechotą, ale tak będę biegł, że prześcignę tego czerwonego bęcwała, ten tramwaj. Ja będę z niego się śmiał, a nie on ze mnie.
I dlatego tak biegłem! Czego ryczysz?
- Bo pan też ryczy!
- Prawda. Od dwudziestu trzech lat proszą mnie wszyscy, abym się przestał śmiać, a ja nie mogę. Dokąd pan hrabia zdąża?
- Zobaczyć Lwów! I strasznie się cieszę, że pana spotkałem.
- Spodziewam się, że się cieszysz. Możesz mnie oglądać za darmo, a mnie powinni pokazywać za pieniądze. Co chcesz najpierw zobaczyć?
- Wszystko! - zawołałem wesoło.
- Tylko małpa potrafi od razu wszystko zobaczyć. Jesteś cokolwiek małpiszon, ale tego nie potrafisz. Gadaj, co chcesz zobaczyć, a ja ci pokażę. Mądrzejszej głowy nie znajdziesz, choćbyś długo szukał. Dobrze, że się teraz nie śmiejesz! Znam Lwów jak własną dziurawą kieszeń. Jak ci na imię?
- Michaś.
On zawył nagle tak, że przechodnie zaczęli odwracać głowy.
- To nadzwyczajne! - krzyknął. - Ja też jestem Michał.
Cha! cha! "Spotkały się dwa Michały, jeden duży, drugi mały".
Czekaj, jeszcze jest jedno powiedzonko: "Haładrała do Michała!" Pytaj więc Michale Michała, a Michał będzie ci rozum do głowy wpychał? Potrafisz tak do rymu? Nie potrafisz, chocieś Michał.
- Proszę pana - zapytałem przypomniawszy sobie nagle dręczącą mnie zagadkę. - Czy Jest rzeka we Lwowie?
- A cóżeś ty myślał? Pewnie, że jest! Śliczna rzeka, wspaniała rzeka.
- Wiem, Pełtew...
- Jeśli wiesz, to czemu pytasz i męczysz pytaniami dostojną osobę?
- Wiem, ale czegoś nie wiem. Proszę pana! Czy można zobaczyć tę rzekę?
Student znowu ryknął i przestraszył śmiertelnie dwa wróble.
- Widziałeś własne ucho? - śmiał się serdecznie. - Chociaż nie! Ucho możesz zobaczyć, bo masz niepomiernie długie słuchy. Czy widziałeś własny żołądek?
- Nie widziałem, chociaż mam bardzo wielki żołądek.
- Nie widziałeś? To i naszej rzeki nie zobaczysz! - krzyknął triumfalnie.
- Ale czemu?
- Bo jest zamurowana!
Jestem w domu! "Jest rzeka i tej rzeki nie ma". Z zamkiem, co zamyka i jest otwarty, musi być podobny dowcip. Wesoły student objaśniony należycie zastanowił się.
- Nie mam o co uderzyć głową - rzekł - bo zaraz bym zgadł. Zamek... zamek... Ach, do licha!
Zatoczył się ze śmiechu i śmiał się przez pięć minut. Kilku przechodniów przystanęło, co się może zdarzyć w każdym mieście, ale nagle wszyscy zaczęli się śmiać, co się może zdarzyć tylko we Lwowie. Policjant też się uśmiechał łaskawie. - Ludzie, trzymajcie mnie! - wołał na cały głos. - Ten berbeć robi ze mnie wariata! Przecież ten zamek, co zamyka miasto, a zawsze jest otwarty, to Wysoki Zamek.
Kiedy przechodnie rozeszli się widząc, że zabawa skończona, a on też przestał podrygiwać, wyjaśnił mi, że na wyniosłym wzgórzu, co panuje nad Lwowem, stał ongiś zamek murowany, którego mizerne już szczątki do dziś się niewieloma czerwienią cegłami. Inny na tym miejscu stanął pomnik chwały. W trzechsetną rocznicę zawarcia wiekopomnej Unii Lubelskiej usypał Lwów kopiec, którym jak czapką ogromną nakrył swoją górę. Wielki mąż, Franciszek Smolka, skrzyknął wszystkich, aby zwozili ziemię, i sam ją zwoził w pocie mądrego czoła. Tak powstał pomnik wieczysty miłości dwóch narodów.
Słuchałem pilnie studenckiego wykładu, w pewnej zaś chwili odkryłem głowę.
- Komu się kłaniasz, Michale, przyjacielu Michała? - zapytał on.
- Jakiś kościół - powiedziałem, wskazując piękny gmach w ogrodzie kopułą nakryty.
Znowu chciał ryknąć, ale niespodzianie spoważniał.
- To nie kościół, ale dobrze uczyniłeś kłaniając się. To Ossolineum. Prawie jak kościół, bo tu mieszka duch boży w setkach tysięcy książek zamknięty.
Kiedyś był tu klasztor, teraz w klasztornej ciszy modlą się tu książki. Gdyby całe miasto runęło w gruzy - mówiąc to, splunął trzy razy poza siebie - a ten gmach tylko został, zostałoby jego serce, jego mózg i duch. Niemądre Austriak! zbudowały cytadelę tam, wyżej, a Polacy mieli tu swoją cytadelę, w której ukryli ducha jak nabój w armacie.
- Jak pan pięknie mówi! - zawołałem z zachwytem.
- Baran jest ten, co mówiąc o Lwowie nie mówi pięknie. Łatwo zresztą tak mówić, kiedy się natrafi na takie cudownie piękne słowo. Jak Ossolineum. Czekaj, bracie, ja też zdejmę kapelusz!
Przeszliśmy mimo z odkrytymi głowami i poszliśmy rojnymi ulicami na Mariacki plac. Ujrzałem kolumnę Mickiewicza, w perspektywie pomnik Sobieskiego, a u wylotu szerokiej alei wspaniały gmach-
- To teatr! - rzeki student. - Sławny teatr... Najwięksi aktorzy w nim grali. Ja tego nie pamiętam, ale opowiadają, że kiedy jego dyrektorem był Pawlikowski, to takiego cudownego teatru w Polsce chyba nie było. A wiesz, po czym my teraz idziemy w jego stronę?
- Jak to? Po ziemi.
- Całuj psa w nos! My idziemy właśnie po rzece, bo pod nami płynie Pełtew. Zamurowali biedactwo razem z jednym śledziem, co się w niej podobno pluskał. Oj,oj... czemu się ten teatr tak jakoś kiwa?
Teatr stał wspaniały i spokojny, więc spojrzałem ze zdziwieniem na lwowskiego studenta. Boże drogi! Czemu, on taki blady? Czemu się słania?
- Co panu jest? - krzyknąłem.
On, swoim zwyczajem, chciał ryknąć śmiechem, ale jakoś nie mógł. Śmiał się, ale dziwnie, i rzekł:
- Coś mi się zdaje, że to z przejedzenia... Trochę mi się czarno zrobiło przed oczami.
- Kiedy pan jadł ostatni raz? - zapytałem z przerażeniem.
- O ile sobie przypominam, to przed pełnią księżyca.
Może trzy, może cztery dni temu... To strasznie śmieszne! Tak się wszystko zatacza...
Chwyciłem go pod ramię i mimo jego protestów i gróźb, że mnie wrzuci do Pełtwi, zawiodłem go do jakiejś mleczarenki. Miałem jeszcze pieniądze, na szczęście. Znowu mi groził śmiercią, znowu krzyczał, że się nie może przyzwyczajać do jedzenia, ale pił mleko zachłannie, a bulki połykał niemal całe.
Zjadł ich pięć i po krótkim wahaniu sięgnął po szóstą.
- Trzeba zjeść do pary - mruknął - nieparzysta liczba mogłaby mi zaszkodzić...
Wstydzę się tego, ale miałem łzy w oczach.
- Jak pan mógł tak o głodzie?...
- Jaki ze mnie byłby student, gdybym nie umiał głupich trzech dni wytrzymać bez jedzenia? Lwowianin jestem! - krzyknął z dumą i zaśmiał się serdecznie. Już mu lepiej - pomyślałem - bo ryczy. Nie wiem dlaczego, uściskaliśmy się jak bracia.
- Myślisz, brzdącu - zawołał na ulicy rozdzierającym głosem - że ja będę za darmo jadł twój chleb? Niedoczekanie twoje! Chodź, Michale z Warszawy, obejrzeć lwowski Rynek.
Teraz ja protestowałem, ale on podniósł taki wrzask, że się obawiałem zbiegowiska. Zaciągnął mnie na Rynek i jednak spowodował zbiegowisko, z takim mówił zapałem:
- Widzisz tego dryblasa? To Wieża Ratuszowa! Pamiętaj, abyś nie płakał, gdyby się zawaliła. To austriackie gadanie, to jest... chciałem powiedzieć: austriackie budowanie. To, co Polacy zbudowali, jest śliczne, a co oni, to takie, że własną głową bym tłukł, aby to rozwalić, tylko że szkoda mądrej głowy. Ja się kształcę na architekta, więc się na tym rozumiem, Spojrzyj, bracie Michale Mały o, na tę stronę Rynku, a lewe oko ci zbieleje, prawe zaś zajdzie mgłą zachwytu. Patrz na te cztery domy: jeden cudowniejszy od drugiego, a ta "czarna kamienica" to czarny diament renesansu, w szesnastym wieku oszlifowany. Święty Marcin ponad drzwiami strzeże tego domu, jakby chciał powiedzieć kamiennym słowem: "Jeśli zacność w sercu nosisz, wejdź do tego domu, a dam ci połowę płaszcza, ale miecz mam na wroga i Judasza!" A ten dom sześciookienny, to królewski dom! Śliczny, co? Prawe oko też ci zbielało, wędrowcze, ha?! Królowie strasznie kochali się w tym naszym Lwowie, a król Sobieski najwięcej. A król Michał Korybut nawet tu umarł, niebożątko. Szkoda, bo każdego Michała szkoda.
Wleźliśmy pomiędzy stragany i pomiędzy kosze, w których sprzedawano wiosnę: zarumienione rzodkiewki, sałatę i szpinak zielony z zawiści, że sałata ma ufryzowaną głowę. Gwar tu szumiał, jak woda w tych czterech studniach, zdobiących nadobnie Rynek, czasem zaś tryskała z niego fontanna podniesionych głosów albo śmiech. Targ bowiem odbywał się tu na wesoło, z krzykliwym humorem. Mój przyjaciel krążył uszczęśliwiony po tym ogrodzie, w którym sprzedawano pachnący koper, zgorzkniałe ogórki i świeży śmiech. Udawał, że chce kupić wszystkie warzywa Lwowa i zaczynał wesołą awanturę z każdą przekupką. Zjadł na próbę parę niewinnych rzodkiewek, a gadał przy tym niestworzone rzeczy. Grube mieszczki wydawały z siebie cienkie, rozradowane głosy.
Spostrzegły od razu, że wesoły student urządza amatorskie przedstawienie i zaczęły go odpędzać jak uprzykrzonego wróbla, co chce porwać czereśnię. Wszyscy śmiali się życzyliwie, każdy ciskał za nim wesołe, śpiewne słowo, każdy patrzył przyjaźnie na jego bladą, lecz roześmianą gębę. On zaś, szczere lwowskie dziecko, gadał do swoich swoim i ich językiem, przezabawnie i kwieciście. W kieszeni miał pęczek młodej marchewki i dwa ogórki tanio kupione, za dwanaście uśmiechów i tyleż roześmianych słów. Mógł był, gdyby chciał, zdobyć nawet kalafior! Chodziłem za nim jak mały cień i śmiałem się razem ze wszystkimi.
- Na co panu te ogórki? - zapytałem zaciekawiony.
- Jest to owoc pożywny i smakowity! - odrzekł z powagą. - Mam obiad w kieszeni. Nie można zginąć wśród dobrych ludzi.
- Czy w tym mieście wszyscy są tacy dobrzy?
- Ech, gdzie tam! Parszywa owca w każdej znajdzie się gromadzie. Jest i łapserdaków mnóstwo. Przeważnie jednak dobry tu mieszka naród! Strasznie dobry i uczynny. Chcesz ogórka?
- Nie, dziękuję! Ja będę jadł obiad... A pan? – zapytałem nieśmiało.
- Nie mam czasu na takie wymysły! Odprowadzę cię.
A gdzie pan hrabia mieszka? Koło parku? Doskonale. Siądę tam na ławeczce i będę rozmyślał, przegryzając ogórkiem.
A w kieszeni mam książkę... Słodka książka i gorzki ogórek, dwie wyśmienite potrawy.
Zaśmiał się w tej chwili tak doniosłe, że dwóch "mikrusów" grających w guziki przerwało grę i czym prędzej przybiegło, aby spenetrować, czy jest co "do śmiechu"? Ponieważ student pociesznie wykrzywił twarz i mrugnął w ich stronę, jak swój do swego, zaśmiali się także, aby koncert był pełniejszy. Tak to wzruszyło studenta, że wyjął dwa ogórki.
- Łap, jeden z drugim! - wrzasnął wesoło.
- A co pan będzie jadł? - zapytałem ze zdziwieniem.
- Mam jeszcze marchewkę! - odrzekł radosnym głosem.
cdn.
[foto_duzy_2]

[/foto_duzy_2]
[foto_duzy_3]

[/foto_duzy_3]
[foto_duzy_4]

[/foto_duzy_4]
[foto_duzy_5]

[/foto_duzy_5]
[foto_duzy_6]

[/foto_duzy_6]
[foto_duzy_7]

[/foto_duzy_7]
[foto_duzy_8]

[/foto_duzy_8]
[foto_duzy_9]

[/foto_duzy_9]