Twórcą tej ideologii (zbierania ziem ruskich) jest wielki książę moskiewski Iwan Kalita, który na początku XIV w. ogłosił imperialne ambicje Moskwy. Uznał bowiem, że to prowincjonalne północne księstewko na kresach dawnej Rusi Kijowskiej stanie się jej sukcesorem i podbije wszystkie ziemie, które oryginalnie należały do tej pierwszej państwowości wschodnich Słowian. Od tego momentu można mówić o pewnej ambicji stworzenia przyszłości Rosji, choć jeszcze przez dwa wieki nadal o tym państwie mówiono „Moskwa”, a nie „Rosja”.
Drugim kluczowym momentem jest strategiczny przełom, który nastąpił w połowie XVII w. Wówczas Moskwa, po tragicznych konfliktach wewnętrznych Rzeczypospolitej, do których doszło po powstaniu Kozaków pod przywództwem Bohdana Chmielnickiego, zajęła wschodnią połowę Ukrainy. To właśnie od tego momentu można mówić, że nie jest to już tylko Moskwa, ale właśnie już Rosja, która zagarnia kolejne kraje pod hasłem jednoczenia ziem ruskich i która prowadzi twardą ekspansję pod hasłem wyzwalania świata w imię zbawienia wszystkich ludzi przez prawosławie, czyli jedyną prawdziwą religię. Tak tworzy się koncepcja „ruskiego miru” połączonego z imperialną polityką i prawosławną ideą rekonkwisty. (...)
System samodzierżawia trwał, kiedy Rosja weszła do Europy wraz z Piotrem I. Kiedy podjęła swoisty wysiłek modernizacji, nie zmieniła jednak ani na jotę swojego ustroju politycznego. Samodzierżawie przekształciło się w oświecony despotyzm, którego symbolami stali się Piotr I czy Katarzyna II – monarchowie, którzy z nie mniejszą brutalnością rządzili swoimi poddanymi i z nie mniejsza energią podbijali kolejne narody dookoła Rosji, niż czynili to Iwan III, właściwy twórca potęgi państwa moskiewskiego, czy Iwan IV Groźny.
Rosja niewątpliwie europeizowała się w XVIII i XIX w. w dziedzinie kultury. Ten rozkwit kulturalny Rosji budzi podziw, jednak nie wpłynął na zmianę systemu politycznego, kultury politycznej carskiej, imperialnej. Ta kultura rozwijała się przecież dzięki podbojowi i wcielaniu coraz to nowych ludzi, a w związku z tym talentów, w obręb przymusowej identyfikacji z rosyjskością. Podam dwa przykłady rosyjskich kompozytorów, których nazwiska zna każdy meloman na świecie – Igor Strawiński i Dymitr Szostakowicz.
Szostakowicz był prawnukiem polskich powstańców, wnukiem polskich działaczy niepodległościowych, ale wskutek zsyłki na Syberię i swoistej asymilacji w tamtejszym środowisku już w trzecim pokoleniu, czyli rodziców kompozytora, stali się oni de facto Rosjanami. W ten sposób człowiek, którego korzenie sięgają polskości i buntu przeciwko rosyjskości, stał się symbolem wielkiej rosyjskiej muzyki. Igor Strawiński z kolei to potomek senatorskiego rodu Rzeczypospolitej, który stał się Rosjaninem wskutek działania prawa imperialnego. W przypadku małżeństwa mieszanego między katolikami a prawosławnymi dzieci musiały być wychowywane w wierze prawosławnej. W ten sposób ojciec kompozytora musiał przyjąć prawosławie, ponieważ pochodził z małżeństwa mieszanego. Mówię o tym po to, abyśmy sobie uświadomili, że kultura rosyjska, która tylekroć jest przywoływana jako przykład europejskich aspiracji Rosjan, także ma ścisły związek z ekspansywnym imperializmem, realizowanym kosztem sąsiadów.
Chcę jednak zwrócić uwagę na przykład jeszcze jednego twórcy. Poetę Aleksandra Puszkina podziwia Rosja, ale ma powody za jego geniusz poetycki podziwiać go także świat. Warto przypomnieć, że jest on autorem tzw. trylogii antypolskiej, czyli zestawu wierszy najbardziej szowinistycznych i podsycających nienawiść Rosjan do Zachodu, a w szczególności do Polski. Zrodziło je poczucie zagrożenia imperium przez „bunt” Polski, czyli przez Powstanie Listopadowe. Tych wierszy uczy się na pamięć w rosyjskich szkołach i do dzisiaj stanowią one swoistą podstawę wychowania szowinistycznego w Rosji Władimira Putina. Widzimy w Puszkinie autora „Eugeniusza Oniegina”, pięknej opowieści o miłości. Jednocześnie ten sam autor wpaja w kolejne pokolenia Rosjan nienawiść do Polski, Zachodu, imperialną pychę (także np. w poematach „Jeniec kaukaski”, „Jeździec miedziany” czy w dramacie „Borys Godunow”) – i to raczej ten aspekt jest częściej podnoszony w Rosji niż piękne słowa o miłości. (...)
Próg nieufności urósł bardzo wysoko, kiedy w XIV w. Moskwa przyjęła prawosławie jako oręż ideologiczny oraz kiedy w XVI w. zaczęła odwoływać się do ideologii Moskwy jako Trzeciego Rzymu, która głosiła, że pan Kremla ma obowiązek „wyzwolić” cały świat dla prawosławia, ponieważ jest jedynym władcą prawosławnego imperium. Moskwa wobec tego miała być nową stolicą wiecznego imperium, trzecią (po Rzymie i Konstantynopolu) i ostatnią, obdarzoną misją podboju, w pierwszym rzędzie rzekomego wyzwolenia wyznawców prawosławia, którzy zamieszkiwali inne kraje. Kierowało to Moskwę oczywiście przeciw państwu polsko-litewskiemu, gdzie wszak duża część mieszkańców Wielkiego Księstwa Litewskiego wyznawała prawosławie.
Ważny był także czynnik geopolityczny. Oczywiście zawsze między sąsiadami występują spory o terytorium, nie zawsze jednak mają one tak silne strategiczne znaczenie, jak w przypadku relacji rosyjsko-polskich. Kiedy Rosja stanęła mocną stopą nad Dnieprem i wykorzystując powstania kozackie, zagarnęła wschodnią połowę Ukrainy, stało się jasne, że chce rozwijać swoją ekspansję na południe, w kierunku Dunaju i Morza Czarnego lub też na północ – nad Bałtyk. Musiała się zderzyć z Rzecząpospolitą, która leżała na trasie tej ekspansji. Rosja, jeśli chciała stać się mocarstwem europejskim, dyktującym warunki Europie, musiała podbić i podporządkować sobie Polskę. (...)
Jednak najważniejszy przełom w polsko-rosyjskich stosunkach dokonał się w 2008.r, kiedy ze strony nowego rządu w Polsce został złamany konsens obowiązujący wcześniej w relacjach z Rosją, który opierał się na tzw. doktrynie Giedroycia. Zasada ta polegała na tym, że z Rosją rozmawiamy dopiero wtedy, gdy porozumieliśmy się i nawiązaliśmy dobre i bezpieczne stosunki z naszymi bezpośrednimi wschodnimi sąsiadami, a więc po pierwsze z Ukrainą. Zgodnie z tą doktryną nie można preferować Rosji kosztem Ukrainy. Tymczasem ówczesny polski rząd zdecydował się na „reset” z Rosją Putina – de facto przeciw Ukrainie, co udowodniły pierwsze wizyty na progu 2008 r. w Moskwie, najpierw ministra Sikorskiego, potem premiera Tuska, w czasie kiedy Putin przystawiał „pistolet gazowy” do głowy ówczesnemu rządowi ukraińskiemu. Polski rząd zadeklarował wtedy jasno: liczy się tylko „reset” z Rosją, doktryna Giedroycia jest martwa.
W 2009 r. na Westerplatte odbywały się obchody 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej, w których wziął m.in. udział Putin. Kiedy prezydent Lech Kaczyński bronił prawdy historycznej o roli Rosji, a właściwie Związku Sowieckiego, w wywołaniu wojny, przedstawiciele rządu dystansowali się od naszego prezydenta i udawali, że Rosja jest pod rządami Putina „najbardziej wolna i demokratyczna” w swojej historii. To było niemądre podejście, zwłaszcza po sierpniu 2008 r., kiedy Rosja dokonała przecież zbrojnej agresji na Gruzję i oderwała od suwerennego państwa znaczną część terytorium. Żeby upokorzyć polskich miłośników „resetu” z Rosją, dokładnie wtedy, kiedy rząd Donalda Tuska składał hołd Putinowi na Westerplatte, armia rosyjska po raz pierwszy ćwiczyła taktyczny atak nuklearny na Warszawę w ramach ćwiczeń wojskowych „Zapad”. Przebieg tych ćwiczeń był znany, więc trudno mówić, że polscy politycy o tym nie wiedzieli. To wszystko prowadziło do katastrofy, która wydarzyła się 10 kwietnia 2010 r. I to był najsmutniejszy przełom w stosunkach polsko-rosyjskich. (...)
cały wywiad: TUTAJ