Było już prawie jasno. Autobus dojeżdżał do Wiednia, a właściwie do wiedeńskiego lotniska. M ocknął się i przetarł oczy po długiej nocy z Krakowa, podczas której prawie nie zmrużył oka. Kilka łyków wody przemyło w jego gardle ostatnie ślady płytkiego snu. Odmówił poranną modlitwę i wyjął z podręcznej torby „Anhellego”, który pomógł mu w najtrudniejszej decyzji życia. Raz jeszcze wyruszał na emigrację po odwiedzeniu Polski i wracał do Australii tą samą drogą – przez Wiedeń – tak jak przyleciał do Europy. Wykluczył lądowanie w Warszawie, czując odrazę do stolicy, nadal zepsutej i nie oczyszczonej grą okrągłego stołu, który okazał się trampoliną dla komunistów. Wiedział o tym już w 1989. A w cztery lata później właśnie ci komuniści obalili polski rząd dążący do dekomunizacji. Nie było więc wyjścia i M postanowił wrócić do Australii. Słowacki miał przypadkiem rację pisząc właśnie w „Anhellim”, że „oto zmartwychwstali, lecz nie mogą odwalić mogiły”...Zbyt wielki był ciężar upadłej epoki. M przekonał się o tym osobiście odwiedzając ojczyznę po latach nieobecności. Kraj wprawdzie zrzucił jarzmo blisko półwiecznej okupacji, ale umysły zatrute lękiem drżaly w obliczu szantażu rozlewu krwi. I zgodziły się na „dialog” z towarzyszami przy okrągłym stole. Były to nadal wszechmocne szczątki wiodącej kiedyś „siły narodu”, jak komuniści nazywali swoją partię, która jednak z polskością nie miała nic wspólnego. A już wkrótce wyprowadzi swój sztandar, co łączyło się z pozorną metamorfozą w partię socjalistów. Niestety, dysydenci reprezentujący naród, ulegli presji wilków szczerzących kły. Na czele tego stada – zapewniały media – kroczyły arcywilki w generalskich szlifach, uwikłane od dziesięcioleci w masakry i represje, a jednak jakimś cudem przedstawiano je jako „ludzi honoru”. Najgłośniej krzyczał o tym opiekun układu, ten sam, który zakłócał procesy zomowców, aby obniżyć wyroki tym, co strzelali do górników. Oczywiście byłoby lepiej, gdyby oskarżono i sądzono tych, którzy wydali rozkaz strzelania, ale wiadomo że generałowie są nietykalni. Nie ruszy ich żadna siła, bo chronią ich promienie „świetlanej” partii i prokuratorzy, którzy umarzają śledztwa nieznanym sprawcom, choć może przy wnikliwej indagacji byliby znani aż nadto dobrze w kręgach fachowców od mokrej roboty. Ale ani oni, ani ich mocodawcy nie musieli kryć się po lasach, przeciwnie rozbijali się limuzynami i szpanowali w barach popijając czystą. Takie państwo, pogrążone w bezprawiu, było zatem jakby strefą piekielną, ale chyba tylko naczelny Tysola ( jak przez mgłę pamiętał M ) mawiał, że Polska jest krajem nieosądzonych morderców. A teraz po obaleniu rządu, który planował lustrację i dekomunizację, wszystko ponownie zasklepi się w zgniliźnie i stoczy w stare bagno czerwonych mafii. Zasępiona twarz Jana Olszewskiego, niedawno jeszcze premiera, stała się wyrazem cierpiącej Polski. M był we wrześniu na krakowskim spotkaniu z nim i pamiętał niezwykłe ciepło uścisku jego dłoni, jakby niezwykła energia przeniknęła go na wskroś. Unosił ją teraz na emigrację, a w tym uścisku dłoni Olszewski przekazał mu jakby pałeczkę sztafety dziejów i M postanowił przypominać o niedokończonym dziele premiera, upominać się o Polskę znowu poniżoną przez hyclów, którzy zdławili aspiracje narodu. I pilnowali, aby nie wychylał się zbyt wysoko i nie wyrywał z pętli zarzuconej mu po wojnie, za lat stalinizmu. Społeczeństwo, podzielone na Polaków i peerelczyków, dwa narody – ten prawdziwy i tamten fałszywy - skazane było teraz na ostateczną walkę ze sobą...Albo Polacy odzyskają swój kraj, albo peerelczycy ponownie zdepczą nasze marzenia o polskości i o niepodległej ojczyźnie. Bitwa ta może potrwać długo...
Wielkim rozczarowaniem było też spotkanie w gronie kolegów z ławy szkolnej. M nie spodziewał się takiej klapy. Pamiętał przecież, że od szkoły podstawowej łączyła ich ta sama pogarda wobec komuny, co wyrażało się w drwinach i wyśmiewaniu władzy, zwłaszcza w latach gimnazjalnych. Ale już w podstawówce, podczas żałobnego apelu po śmierci Stalina nasze dorastające pokolenie pokazało, co myśli o tym wodzu rewolucji. Wbrew panegirykom służalców dzieci czuły ulgę po zgonie oprawcy ludów i na żałobnych apelach słychać było ich śmiech. Tak przynajmniej było w naszej szkole, co skończyło się wzywaniem rodziców i represjami po godzinach. Tych uczniów, którzy śmiali się zbyt głośno zatrzymano w kozie po lekcjach. Jako mali chłopcy zdaliśmy więc egzamin z patriotyzmu, ale kiedy rozleciał się PRL okazało się, że niestety część z nas była jakby zakażona jakimś dziwnym amokiem i nie potrafila potępić ostro minionej epoki. Niektórzy płynęli może na fali oportunizmu. I te różnice wyszły właśnie na jaw podczas przyjęcia u Staszka, u stóp Wawelu, przy ulicy Bernardyńskiej, z końcem czerwca 1992 roku, a zatem w kilka tygodni po haniebnym puczu peerelczyków przeciwko rządowi Jana Olszewskiego. Projekt lustracji przestraszył komunistów i innych wrogów Polski, zwłaszcza umoczonych w służbach, a wszyscy oni przy wsparciu prezydenta Bolka przegłosowali wniosek o dymisję rządu. Oczywiście to wydarzenie było głównym tematem naszych rozmów przy suto zastawionym stole. I wtedy M pomyślał, że wrócił chyba do PRL-u, a nie do Polski, tak bardzo zmieniły się oblicza jego dawnych kolegów. Tylko on i Tadeusz potępiali czerwcowy zamach stanu, gospodarz domu Stanisław jakby wstrzymywał się od głosu, albo łagodził obie strony, natomiast Antek i Michał z dziwną beztroską poparli usunięcie rządu. Perorowali, że premier Olszewski naruszał postanowienia okrągłego stołu, bo projekt lustracji godził w interesy tych części elit, które firmowały ugodę z Magdalenki.
- Jakie elity ? – protestował M – to matoły i gryzipiórki marksizmu, a w obu wypadkach peerelczycy, którzy nigdy nie utożsamiali się z polskością...A ich interesy godziły w aspiracje Polaków! I co ? By uratować kariery 66 agentów zaprzepaszczono oczyszczenie kiełkującej III RP!
- No właśnie – poparł go Tadeusz – to przecież polskojęzyczni sowieci! A dodać tu jeszcze skorupiaki z sądów i prokuratury, jak się te kasty panoszyły...
- Z racji tak przeciwnych opinii – odezwał się gospodarz ratując sytuację – proponuję najpierw wznieść toast za zgodę! I nalał czerwonego wina.
- Staszku! Na zgodę bardziej by pasowało białe wino, a nie czerwone ...
- O, przepraszam, jest i białe, jeśli ktoś woli...
Po spełnionych kielichach nie było jednak zgody, animusz oponentów sięgał sufitu, a widok z okien na wawelskie mury dodawał historycznej oprawy naszym sporom.
- Przyznaję, że generał został prezydentem czystym fuksem i na pewno nie był człowiekiem honoru jak mówiono, ale może uratował nas od ruskiej interwencji w 1981 ? – odezwał się Michał.
- Nonsens! – przerwał mu od razu M – Ruscy mieli związane ręce w Afganistanie, bali się sankcji gospodarczych , a kolejna interwencja podkopałaby ich reputację w trzecim świecie, gdzie tak się rozpychali...Masakra na Węgrzech i najazd na Pragę odbiły się jednak echem...
- Być może ...- przerwał mu Michał - ale czy Ruscy analizowali takie sprawy ? Ich skrót CCCP to przecież cep cepa cepem pogania!
- Tak, Michale, często tak żartowałeś w szkolnych latach, aż dziw, że dali ci zdać maturę...
- Bo dyrektor tego nie słyszał...A skończyłem też studia i nawet zaprosili do Dubnej!
- Ano przecie, potrzebowali zdolnych fizyków...
- Oh, zwykły staż na studiach...jak twój wyjazd do Perugii...
- No, ale w Perugii nie rozbijali atomów...- wtrącił Tadeusz - a jak się mogłeś Michale dogadać w Dubnej, bo twój drugi język to angielski po mamusi ?
- Ah, głównie to na migi...
- Tak jak i ja w Syrii – zaśmiał się Staszek – gdy mnie wezwali, abym podleczył prezydenta...
- I co ? Podleczyłeś ?
- Sporo badań i testów...Polepszyło mu się, ale potem...
- A syryjskie tancerki widziałeś ? – pytał dalej Tadeusz.
- Z daleka, stan mojego pacjenta był ciężki...
- Dobrze, dobrze, ale chyba nie musiałeś dyżurować przy nim ?
- Lepiej skosztujcie tej szynki, albo wiejskiej kiełbasy od naszej gosposi ...- odparł gospodarz i otworzył nową butelkę wina. – A może wolicie koniak ? Napoleona ?
- Wypiję z nostalgią – westchnął M – gdyby poszedł na Petersburg, a nie na Moskwę, nie poniósłby klęski...Bo zmusiłby wcześniej Aleksandra do bitwy...
- Być może, niestety zapomniał, że atakuje się stolicę ...A wtedy był nią Petersburg! – rzekł Staszek.
- Nie po to się zebraliśmy, by medytować nad rokiem 1812! – odezwał się Antoni – a w ogóle cieszmy się, że mamy III RP! Może dziurawą, ale mamy...
- Jeśli dziurawa, to jej nie mamy! Dziurawa jak szwajcarski ser, a w każdej dziurze siedzi jakiś czerwony sekretarz...Oto skutki braku lustracji! – zdenerwował się M i wypił Napoleona jednym haustem.
- Nie zapominaj, oni tu rządzili pół wieku prawie, nie można się spodziewać, że oddadzą wszystko tak łatwo... – ripostował Antoni.
- No wiesz, minęły już cztery lata, a dalej mamy tylko fasadę tej domniemanej III RP, zapełnionej po brzegi nomenklaturą z PRL-u...Aż tryska! To oni panoszą się i rozpychają na prawie wszystkich świecznikach! A w każdym razie na tych najważniejszych, kontrolują wszystko...Zapomniałeś, że kata Solidarności zrobili prezydentem? To manipulacja stulecia... A teraz po obaleniu rządu Olszewskiego to robactwo wtargnie w każdą szczelinę nieukończonej III RP! – nie ustępował M.
- Jesteś pesymistą, w wolnych wyborach i tak przepadną...- nalegał Michał.
- Nie bądź naiwny, przy tak marnej frekwencji wyborczej utrzymają się niestety...Nie dziwię się tobie, boś fizyk...Ale ty, Antku, jesteś historykiem i rosłeś w pobliżu grobów królewskich, a zatem dlaczego cię zadowala tak chore i popaprane państwo ? – zirytował się M – przecież okrągły stół był trampoliną dla komunistów, którzy odbili się wysoko, bezkarni i beztroscy...Wysłałem ci ten felieton w 1989...
- No właśnie – dodał Tadeusz – jak wychowałeś się na wzgórzu wawelskim, to powinieneś szanować tradycje dawnej Polski...
- ...Polski tysiącletniej! - wtrącił M – tej, którą ocaliliśmy w 1920! I którą powinniśmy wskrzesić teraz, a nie godzić się na jakieś mydliny z Magdalenki! A tu słyszymy, że z dużym pobłażaniem mówisz o peerelowskim piekle! Skąd się to bierze ? Mieszkałeś w domu naprzeciwko katedry, obok grobów królewskich...Co noc duchy królów nawiedzały twoje sny...czy się mylę ?
Antoni milczał, zaskoczony, w końcu odparł niepewnym głosem:
- Tak...ale myślę, że nawet koronowane duchy radziłyby przeczekać ich niż ryzykować wewnętrzny konflikt...A twojego felietonu nie dostałem...
- No nie, dawać im czas na ponowną konsolidację zła ? Taka hojność to samobójstwo...Ich służby przetasują się pod nowymi szyldami... Ten stół był dla nich trampoliną!
- A ja dostałem twój felieton i powiem, że jeśli nie przesadzasz, to może masz i rację...- zawyrokował gospodarz i znowu napełnial kielichy.
- Myślę to samo – odezwał się Tadeusz =- gruba kreska była straszliwym błędem, a w ogóle politycznym fiaskiem...I jak nie wykorzystamy czasu danego nam dziś historyczną koniunkturą, to źli wypełnią go znowu złem! Polskojęzyczni sowieci tylko na to czekają...chyba wiecie kto nie chciał wyjścia dywizji...
- Ich wyjście jest ważne, III RP nie może być krajem okupowanym, jasne! – wtrącił Michał – ale nie zapominajmy, że koło Królewca stacjonują znaczne siły Rosjan, więc stale siedzą nam na karku!
- No właśnie i stale powraca nierozwiązany za Jagiellonów problem Prus, który tak zaważył na utracie naszej suwerenności i na rozbiorach...- podsumował Antoni.
- Oczywiście! – poparł go M – a domagała się tego zwykła prewencja! To pruskie księstwo jak żądło wbijało się w królestwo Polski, a i teraz wisi nad nami jego widmo, bo nie zdobyliśmy się na ostateczną likwidację państewka Krzyżaków...I po wojnie wpakowali się tam Ruscy...
- Jak najbardziej – dorzucił Tadeusz – niestety górę wzięło zabójcze miłosierdzie, które potem obróciło się przeciwko nam...
- A Rosjanie bez Prusaków chyba nie daliby rady Rzeczypospolitej... – wahał się Stanisław.
- Tego nie wiemy – skorygował Antoni – stała i liczna armia carów była skuteczniejsza niż pospolite ruszenie...Musimy uderzyć się w piersi...
Zapadło posępne milczenie, każdy z nas utopił w kieliszku swoje myśli. Na chwilę nastała cisza tak głęboka, że słychać było jakby nurt płynącej w pobliżu Wisły. W tej ciszy dzwoniła historia, a może kołatał i Zygmunt rozkołysany po wiedeńskiej wiktorii czy po bitwie warszawskiej, a za naszych dni po wyborze Wojtyły w rzymskim konklawe. Po tych prawdziwych triumfach dziś byliśmy świadkami pozornego odrodzenia się ojczyzny w 1989 roku, a upadek rządu Olszewskiego wtrącił nas ponownie w czeluść peerelowskiej matni. Naprawdę rację miał Słowacki, bośmy zmartwychwstali nie do końca, gdyż nie możemy odwalić mogiły. Duszą nas cienie tych samych demonów, które dorwały się do władzy mordując generała Fieldorfa, Adama Doboszyńskiego czy pułkownika Pileckiego. I tylu innych patriotów, pogrzebanych w nieznanych miejscach, żołnierzy AK i księży, gimnazjalistów i sanitariuszki Inki. Tak dobijano w ubeckich katowniach tysiącletnią Polskę nadal żywą pomimo najazdu Hitlera i Stalina, mimo łapanek i rozstrzeliwań, mimo obozów i gestapowskich więzień i pomimo Katynia, rzezi na kresach, deportacji na Sybir i łagrów. A na konferencji w Poczdamie nawet nie było polskiej delegacji, choć ukończyliśmy wojnę po stronie zwycięskich aliantów, a polski żołnierz bił się na wszystkich frontach, nasi matematycy złamali kod Enigmy, a polscy lotnicy dawali przykład jak bronić nieba Anglii.
I w roku 1989 też nie pozwolono tysiącletniej Polsce podnieść się z kolan, posadzono ją przy okrągłym stole hańby i poniżenia...- myślał z goryczą M – szukając na lotnisku linii Thai Pacific, którą miał wracać do Sydney. Miał sporo czasu, bo odlot był dopiero w południe z minutami. Znalazł kawiarnię i zamówił capuccino z apfelstrudel, znanym mu z krakowskiej wersji, wcale nie gorszej jak się wkrótce przekonał. Na śniadanie lubił coś słodkiego, w dodatku smak jabłka był odświeżający. W menu figurowały inne smakołyki, spróbował potem i tych pyszności. Znalazł wygodne miejsce, za oknami tliło się blade słońce października. I pomyślał, że mógł przed laty prosić o azyl w Austrii, miałby blisko do rodzinnego Krakowa, a teraz musi włóczyć się przez kawał planety, pomijając słone koszty. Tak, to mało praktyczne...dostałby tu azyl bez kłopotu, babcia Helena z wiedeńskiej rodziny, a dziadek Euzebiusz ukończył elitarną akademię wojskową w Wiener-Neustadt i został oficerem u ostatniego cesarza. Oczywiście, to było logiczne rozwiązanie – osiąść niedaleko Krakowa, nad Dunajem już był wolny świat! Niestety, zaczarowany kulturą śródziemnomorską pojechał dalej, a potem nawet do Australii...Musiałby jednak uczyć się niemieckiego, a to języki romańskie rzuciły nań urok i zabrakło już energii na austriackie gadanie! Trudno, stało się...i teraz musiał wracać aż na antypody długą i powietrzną trasą...Tak, to będzie na pewno najdłuższy lot i, kto wie, może i ostatni ? Bo czy zdążą oczyścić Polskę z reliktów komunizmu za jego życia ? Naprawdę nie wiadomo, po czerwcowym przewrocie zapowiadał się dłuższy okres panowania ex-komuchów i wiernych im mas peerelczyków, z pewnością przypilnują swojej nowej szansy, wykorzystując dawne służby do utrwalenia swojej przewagi i traktując społeczeństwo jak plastelinę... Bo przecież Polacy nie byli w stanie odwalić mogiły!
Po krótkiej odprawie celnej zmierzał korytarzem w stronę samolotu, zostawiając za sobą cały złom iluzji i rozczarowań. Nie przypuszczał, że starzy koledzy będą dziś tak łagodni dla majstrów z Magdalenki i zlekceważą tragiczny upadek rządu, który dążył do odrodzenia Polski. Jeśli oni tak postępują, czego można spodziewać się po reszcie narodu ? Akceptują beztrosko kleszcze nowego systemu, budowanego ze starych klocków...Nie, nie widzę się w tak urządzonym kraju! I żałował, że nie zabrał ze sobą z Sydney więcej fotokopii felietonu „Stół czy trampolina” z maja 1989, który być może przekonałby jego starych przyjaciół, że Polskę ubito grubą kreską i że stacza się bardziej w otchłań przeszłości, zamiast dążyć do oczyszczenia i odnowy. Rozmyślając tak dotarł wreszcie do wejścia samolotu, tam orientalne gesty i uśmiechy witały pasażerów. Usiadł na swoim miejscu jakby przytłoczony ciężarem własnego ciała, które odtąd było na łasce latającej maszyny. Nie zdążył rozprostować nóg, gdy zjawiła się sterwardessa roznosząc kubki z sokiem pomarańczowym.
- Boże – westchnął – a więc znowu odlatuję z Europy, gdyż nie pozwalają naprawić mojej zepsutej ojczyzny...- to będzie chyba najdłuższy lot w moim życiu...
I zamoczył usta w żółtym soku, był cierpki i zarazem słodki. Jak samo życie. Kiedy wzbili się w powietrze, podano posiłek, który uśmierzył jego wygłodzony żołądek, ale i zmącił myśli. Zdążył jeszcze zarzucić koc na kolana, gdy poczuł senne znużenie. Po prawie bezsennej nocy w autobusie można było się spodziewać właśnie tego, nie wiedział jednak czy walczyć ze snem czy poddać mu się z pokorą. W końcu uśpiło go monotonne brzęczenie motorów.
I w tym śnie szedł teraz wzdłuż lasu, obok potoku, który mknął po białych kamieniach. Szum wody przenikał ciszę wirującą pod niebem i drzewami. Pamiętał ten szlak, wędrował tędy przed laty, kiedy w pełni wiosny czuło się już dojrzewający skwar lata. Z dala od miast i pochodów, z dala od jazgotu aut i odgłosów maszerujących tłumów bratał się z przyjaznym lasem, w którym ptaki chwaliły wolność i radość istnienia. Szedł dalej, mijając niekiedy wędrowców idących w drugą stronę. Szli powoli, przygarbieni, a w ich spojrzeniach można było dostrzec pustkę tak głęboką jakby byli pozbawieni duszy. Nie odpowiadali na pozdrowienia, jakby zaczarowani, i przechodzili obojętnie zapatrzeni w mijane po drodze drzewa. A las nie miał końca i szumiał swoją odwieczną pieśnią, rozsiewając zapach mchów i paproci, grzybów i jagód...Gdzieniegdzie ślady rosy albo krwi lśniły u konarów...Mijał czasem i polany pełne kwiecia, ale czasem dróżki piaszczyste, a wtedy stopy grzęzły głęboko i posuwał się powoli. Niekiedy przedzierał się przez gąszcz leśny albo zapadał w kałuże po deszczach, mętne i muliste...
Szedł potem przełęczą wśród gór, gdzie słychać było tylko głos wiatru i głos Boga. Oba te głosy jakby wadziły się ze sobą – wiatr pojękiwał w skalnych załomach, a głos Boga dudnił wysoko w piorunach i grzmotach. Zbliżała się ulewa, szukał zatem schronienia i znalazł w końcu jakąś chatę z małym okienkiem. Jej dach był jednak dziurawy, bo kiedy spadł deszcz, poczuł krople na twarzy i obudził się patrząc ze zdumieniem na siedzących obok pasażerów.
Matowy głos zapowiadał, że dolatywali do Bangkoku, istotnie była już ósma rano, a lądowanie w stolicy Tajlandii przewidywano za pół godziny. M odprężył się, niewątpliwie dobrze odespał noc zarwaną w autobusie z Krakowa do Wiednia. – A więc jestem już blisko Australii – westchnął – ale do Sydney jeszcze daleko, bo to na wschodnim brzegu tej ogromnej wyspy, a może kontynentu...Gdybym mieszkał w Perth, byłoby znacznie bliżej z Bangkoku...Postój w stolicy Tajów zbiegł się z porą śniadania, a w tym czasie uzupełniano zapasy paliwa. Uśmiechy stewardess koiły oczekiwanie na odlot, wentylacja powietrza syczała nad głowami i znowu podano kubki z sokiem pomarańczowym. Wszystko działało sprawnie w tej części globu, jedynie konsumpcja czasu była bolączką, bo uczyła ludzi cnoty cierpliwości. Wracam jednak pod Krzyż Południa – pomyślał – ale do Sydney jeszcze cały dzień w tej latającej maszynie! I jakoś powoli tankują paliwo...Wreszcie polecono zapiąć pasy i samolot zaczął się toczyć po pasie lotniska, potem raptownie przyśpieszył i w końcu oderwał się od ziemi. M odprężył się, a nawet uśmiechnął do sąsiadów. Nie wiedzieli o jego rozterkach, ani o tym że duszę zostawił w Polsce, a na antypody wiózł tylko własne ciało. Był jego stróżem, co zmuszało go do pewnej czujności, bo ostatecznie to wewnętrzny głos oznajmiał mu, że ciało jeszcze nie umarło i że świadomość tli się nieustannie w jego doczesnej powłoce, a dyspozytor woli decyduje o jego ruchach. Dlatego przemieszczał się teraz w powietrznej przestrzeni nad lądami i wodą. I był już właśnie na ostatniej prostej do przystani. Tak, to dyspozytor woli zawładnął jego umysłem i prowadził go do Sydney, ale być może i przeznaczenie miało w tym jakiś udział ? Przypomniał sobie bowiem ten dzień, gdy znana krakowska wróżka przepowiedziała mu wyraźnie, że będzie miał dom nad Wielką Wodą - to przeciez Pacyfik, ocean! A zatem żal, iż nie prosił o azyl nad Dunajem nie miał już znaczenia. Oczywiście, miałby wtedy blisko do Krakowa i nocnym pociągiem z Wiednia mógłby często odwiedzać stare kąty! Ale jakieś fatum skomplikowało mu życie i teraz musi fruwać nad planetą, aby odwiedzić rodzinne miasto, a potem wracać tysiącmilową trasą... Tak, te długie loty nie były najlepszym rozwiązaniem, a są i utrapieniem dla ducha. Jeszcze cały dzień w tej latającej lodówce, od rana do wieczora...- jak to wytrzymać, nogi już sztywnieją. Marzył o gorącym natrysku! Jak znieść tyle godzin ? Może znowu zasnąć? Ale sen ulatywał gdzieś w inną galaktykę...Pozostawały tylko rozdarte myśli i jakiś żal. Duch z szybkością błyskawicy przelatywał między Krakowem a Sydney, czasem lądując w Wiedniu, skąd jednak byłoby tak blisko do ojczyzny, Nie rozważył tego jak trzeba przed opuszczeniem kraju, fatum. Ale czy można walczyć z wyrokami gwiazd i Opatrzności ? W snach i tak często wędrował po Krakowie...No dobrze, ale kiedy rodacy otworzą oczy i ujrzą sprawy we właściwym świetle? Przecież to co powstało przy okrągłym stole to zaledwie zaczyn Rzeczypospolitej, przypiłowanej przez peerelczyków. To nie jest państwo na miarę tej Polski, którą wskrzesiliśmy w r.1918 i która nawiązywała do tradycji tysiącletniej...To ona ma być dla nas fundamentem i wzorem, a nie ten zbrodniczy pokurcz PRL-u z piekarni Jałty i Poczdamu...Dopóki tego nie pojmą, nie odwalą mogiły i nie zmartwychwstaną naprawdę! Ile lat trzeba, aby pojęli tę oczywistą prawdę ? I usunęli owe „elity” z PRL-u, hamujące odbudowę państwa prawa, zniszczonego po wojnie przez komunistów i okupanta z Moskwy... M próbował to wyłożyć w liście dotyczącym rekonkwisty prawa, niestety odrzuconym przez legendarny „Tygodnik Powszechny”, który nagle stanął po stronie grubej kreski ( darujmy już sobie ocenę tej wolty!) i tych, co w sprawiedliwości woleli dojrzeć...zemstę! Jaki to sabotaż i pomieszanie pojęć, przecież odbudowa państwa prawa powinna być obowiązkiem, to właśnie prawo było pierwszą ofiarą komunistów i peerelczyków! Dopóki tego nie pojmą, nie odbudują Polski...A bez dekomunizacji nie wprowadzą demokracji! M zostawił potem ten list w redakcji „Arki” i ufał, że tam nie spotka się z odmową...I dotrze do czytelników, choćby do happy few...Ale zanim dotrze do większości w sejmie upłyną pewnie lata, a i wtedy prawda ta może znaleźć przeciwników i manipulatorów, wpływowych opiekunów i stójkowych...Tymczasem żyjmy nadzieją, po upadku rządu Olszewskiego i tak znowu zaczynamy pracę od podstaw. M bił się z myślami, mijały minuty, godziny..Powoli lot dobiegał kresu. Wracał do wielkiego kraju o ustalonej już demokracji, przeszczepionej z parlamentu nad Tamizą i wyrosłej tu mimo tylu przeciwności. M był kiedyś uchodżcą z totalitaryzmu i śmierci wartości, a teraz uchodził ze świata chaosu i perfidnego pomieszania tych wartości.
Milczący dotąd pasażer, siedzący obok i studiujący bez przerwy gazety, odezwał się grzecznie przytłumionym głosem: - I am glad our flight is soon over! – był ożywiony po lampce koniaku i dyrygował do taktu jakiejś melodii.
- I see you hear a tune or a symphony...- odezwał się M , ale odpowiedź dżentelmena zagłuszyło polecenie stewardessy, aby zapiąć pasy. Samolot przelatywał strefę turbulencji.
- Wracamy, gdy w Australii kwitną właśnie dżakarandy... – dodał jegomość.
M przypomniał sobie te piękne fioletowe drzewa, ale nie ulżyło to jego rozterkom. Przeciwnie, teraz ich widok będzie mu się kojarzyć z pożegnaniem w Krakowie cioci Marysi. I nie podejmował już rozmowy. Kiedy opuścili przestrzeń turbulencji samolot leciał nad rozległym Sydney, zniżał się do lądowania. Zapadał szary wieczór, wody zatoki odbijały się od świateł miasta.
Marek Baterowicz
1992-2022
Od redakcji:
Zachęcamy do nabycia wydanej przez nasze stowarzyszenie książki Marka Baterowicza - opowieści o"wojnie jaruzelskiej"- ZIARNO WSCHODZI W RANIE