Każdy kto mówi prawdę, bez względu na to przed kim stoi - jest niepokonany. Św. Tomasz z Akwinu
Na podstawie kilku spotkań i rozmów powstał wywiad rzeka z Panem Józefem Marianem (nazwisko na literę D), który podczas II wojny światowej był młodocianym (15 lat) robotnikiem przymusowych robót w Trzeciej Rzeszy i świadkiem niemieckich mordów na Polakach oraz zbrodni na Żydach w świetle wydarzeń, które działy się w gminie Bieliny, gdzie mieszkał do 1942 r. Wyznaczony przez biuro pracy; Skierowany na przymusowej roboty; Wywieziony do III Rzeszy - został oddzielony od rodziny przez historię. Do wyzwolenia pracował w majątku w Bawarii. W sytuacji kiedy mógł zemścić się i zabić z pistoletu Niemca, który go dotkliwie skopał po głowie aż do krwi - nie zrobił tego z uwagi na wiarę w Boga i chrześcijańskie sumienie. Stąd Jego wyjątkowa postać powinna być znana polskiemu czytelnikowi. Wspomnień z hitlerowskiej okupacji nigdy się nie zapomina - stąd poprosiłam, by opowiedział co mu się przydarzyło. On z obawy - zastrzegł sobie nie podawanie jego nazwiska, bo jeszcze żyje i chce dożyć końca w spokoju.
Oto jedna z przelicznych historii wojennych polskiej rodziny skupiona w soczewce gminy Bieliny.
I. Skazana na pamięć – załączam materiał gehenny i tułaczki wojennej świadka czasu
Pana Józia znam z polskiego kościoła. Odwiedzałam go w jego domku przy parku w ruchliwej dzielnicy ortodoksyjnych Żydów.

Patriota nieubłagany
Przestąpiłam próg domu Pana Józia pytając jak się czuje?
- Do bibuły! – Odparł (czyli do d**y)
- A resztę domyśl się sama…
- Oczy mam zdarte - nie widzę. Nie słyszę. Ja jestem stary dziadek. Już nie co rok, a co dzień robi się coraz gorzej ale i tak dość sporo pamiętam. Już mam opłacony i przygotowany pogrzeb. Nie ma nic wiecznego. Chcę prochy swoje złożyć w mogile mamy i taty w Polsce.
Poszedł do kuchni parzyć herbatę do herbatników z blaszanego pudełka.
W telewizorze dużym jak telebim leciał właśnie dokument wojenny kanału Yesterday z wyłączonym głosem. W kąciku ściany wisiały zdjęcia rodzinne, portret Pana Józia w ołówku sprzed 20 lat, oraz drewniany góralski talerz z napisem: Góralu czy ci nie żal.
Nad kominkiem wisiały biało-czerwone polskie chorągiewki, a w górze wyrzeźbiony orzełek w koronie.
Zaczęła się rozmowa.
– Wszystko nie dopisało! Ale boża opieka zawsze mnie ratowała.
- Dużo do opowiadania…
Po wojnie chciałem wrócić do Polski jak się sytuacja zmieni ale nie wróciłem, bo Rosjanie okupowali Polskę. Jeden wróg wyszedł! Drugi przyszedł! Jak Sowieci wyjdą z Polski – to wrócę, myślałem... Stale nosiłem się wracać do Polski. Były wyjazdy do Kanady, USA, Australii ale wybrałem Anglię, bo najbliżej do Polski.
- Patriota nieubłagany!
- Nadal mam chęć wrócić do Polski. Wszyscy moi koledzy z Polski… Nie ma już nikogo… Tak kocham polski naród i polski kraj ale dużo nieprzyjemności miałem od naszych z narodu.
Grubo poparłem Dom Opieki Caritasu w Kielcach - £10 tys. funtów podarowałem oraz Polską Szkołę Sobotnią w Manchesterze - £5 tys. funtów wsparłem, nie żebym coś od nich chciał...
Boża opieka mnie ratowała
- Mam 93 lata. Urodziłem się w Polsce 19 marca 1927 r. w gminie Bieliny Kościelne koło Święto–Krzyża (Świętego Krzyża) w ziemi świętokrzyskiej, nie tak daleko, bo 20 km od Kielc. Dużo Józwów w rodzinie u nas było, każdy był Józef. Ojciec był Józef, ja jestem Józef Marian. Mama (Stanisława Domagała) mówiła mi Marian, bo każdy u nas wuj i kuzyn też Józef i nie wiadomo o kogo chodziło jak wołała. Urodziłem się w samego Józefa opiekuna. Nawet kościół parafialny w Bielinach był pw. Św. Józefa Oblubieńca NMP i tam mnie ochrzczono.
Jako 5-cio letnie dziecko bym spłonął w domu ale wujek z pożaru mnie uratował. To był rok 1932. Było wesele najmłodszej siostry mojej mamy – Heleny Domagały. Dom mej babci Barbary służył za dom weselny. Ktoś zaprószył ogień. Wszyscy powyskakiwali, a mąż mej cioci Józef Skrzyniarz wołał:
- A gdzie ten chłopak!? Gdzie ten chłopak!?
Bóg wspomniał wujowi o mnie i zaczął mnie wszędzie szukać po domu, który płonął. Dom był drewniany, kryty słomą i szybko palił się na oczach weselników. Spałem we frontowym pokoju, a on tam wpadł - ubranie na plecach mu się zapaliło. Całego mnie pozawijał w koce. Nie wracał się korytarzem, bo wszystko zajęte było ogniem. Wyniósł mnie przez frontowe okno i wrzucił do ogródka na ziemię. Wygrzebałem się z koców i tak zaspany - stałem. Cały dom się spalił. Boża opieka mnie uratowała. Bóg w życiu pięć razy mnie ocalił.

Miałem 12 lat kiedy wybuchła wojna. W Polsce żyłem tylko 15 lat, bo w 1942 r. Niemcy zabrali mnie z domu od mamy i pięciorga rodzeństwa (Czesław, Bogumiła, Genowefa, Tadeusz, Zofia) na trzy lata przymusowych robót koło Murnau w Bawarii. Byłem w górskiej miejscowości Taunach, okręg Sonthofen. Wokół tylko wysokie góry i łąki. W pobliżu, jakieś 5 km stąd był niemiecki jeniecki obóz Murnau dla polskich jeńców - żołnierzy wyłapanych w 1939 roku.
Kiedy przyszła wojna - bałagan był jak cholera. Niemcy uderzyli na Polskę ze wszystkich stron – z północy, z zachodu i z południa, a Rosja ze wschodu zaatakowała. Po trzech dniach prawie było po wszystkim! Niemcy zawojowali Polskę. Niemcy i Sowieci kochali się, miłowali, a kiedy się spotkali - razem się witali. Nasz kraj zabrali i koniec! Nasi na konikach byli, które potem po ułanach wszędzie po polach biegały. Złapaliśmy do domu jednego pięknego Araba.
- A gdzie tam końmi na czołgi!? Regularna armia polska została rozbita, a Polska zawojowana. Rosjanie i Germańcy chcieli Polskę z mapy wymazać. Niemcy byli bardzo dobrze zorganizowani. Okropnie dobrze wyglądali - bojowo i dobrze się prezentowali. Byli bardzo młodzi, silni, wyćwiczeni i uzbrojeni po zęby. Byli potęgą militarną. Lepszej armii niż Germańcy nikt chyba nie miał? Kraj za krajem zabierali, władza różnych narodów z miejsca im ustępowała. Uderzyli na Czechy, które poddały się w 1937 r. Zabrali je bez jednego wystrzału. Francuzi i Paryż jako stolica arystokracji - strat nie ponieśli jak Warszawa i my Polacy. Polskę i naszą stolicę Szkopy przewrócili do góry nogami. Okropnie się Żydów uczepili.
Z niemieckiej niewoli na roboty do Niemiec
Polska powołała mego ojca do wojska - do saperów. Dostał się do niemieckiej niewoli. Jako jeńca wsadzili go do stajni po polskiej kawalerii - ale uciekł. Przyszedł do domu – a płacz był i lament, bo Niemcy go znajdą po dokumentach wojskowych z ewidencją, które mu zabrali. Parę dni tylko był w domu i rzeczywiście wpadli Niemcy. Nie zastali ojca. Miał szczęście, że gdzieś wyszedł, bo by go na miejscu zabili. Pod dom podjechały dwa uzbrojone motory, każdy z przyczepką. Sześciu ich było, czterech obskoczyło dom, a dwóch wskoczyło do środka. Mamę szarpnęli, a ja byłem najstarszy – to mnie złapali i bili. Jeden bił mnie po twarzy i wołał coś po niemiecku. Wymieniał imię i nazwisko ojca, to się domyśliłem, że taty szukają.
Drugi wyłamał mi ręce ze stawów do tyłu i ostro podniósł do góry. Z bólu jęczałem i popłakałem się. Ja pobity… […nastąpiła chwila wzruszenia...].
Mama zaprowadziła mnie do szpitala, a tu szpitala nie było. Wszystko rozkurzone, rozbite i tam sanitariusz chciał mi nastawić bolesne ręce w stawach ale nie dał rady. Mam pokrzywione do dzisiaj, źle zrośnięte i przepracowane. Do tej pory nie mogę ich wyprostować, choć tymi krzywymi rękoma zawsze ciężko pracowałem.
Zdjął okrycie i pokazał mi krzywo zrośnięte w łokciach ręce, których nie dał rady rozprostować.
- Po wizycie Niemców – ojciec wrócił do domu. Zobaczył mnie w bólu z wyłamanymi rękami. Z miejsca zdecydował przymuszony sytuacją „dobrowolnie” zgłosić się do Arbeitsamt-u, biura pracy.
Pan Józiu zaczął wtrącać słowa po niemiecku, które nabył podczas przymusowych robót.
- Aby nie być wciągniętym do niemieckiego wojska - ojciec sam poszedł zgłosić się do biura pracy, że chce jechać na roboty do Niemiec. Również nie chciał, aby rodzina za niego cierpiała z powodu jego ucieczki z niewoli.
Pytali: - Gdzie chce jechać?
– Na rolę, na ziemię tam, gdzie brakowało rąk do pracy.
Jak Niemcy wkroczyli do Polski – to okropnie potrzebowali ludzi do roboty, bo u nich wszyscy młodzi, zdrowi mężczyźni byli na wojnie, w wojsku. Przed wojną ojciec pracował w fabryce pod Kielcami, a mama zajmowała się szóstką dzieci w domu. Mieliśmy sad, trochę ziemi, parę kur. Zbyt bardzo dobrze nie było przed wojną, ale w wojnę było strasznie. Była bieda i głód.
Kiedy ojciec przebywał w Rzeszy, mama została sama z dziećmi. Szczaw kiedyś rósł po rowach i łąkach - pamiętam. Jak wybuchła wojna – szczawiu już nie znalazłeś. Wszystko wyjedli. Szukałem szczawiu. Dożywiałem się trawą. Szukałem świeżej zielonej trawy i gryzłem ją z głodu. Sok piłem z tej trawy. Odczuwałem straszny głód. Każdemu brakowało jedzenia. Była straszna bieda, straszny głód pamiętam.

Zostałem zabrany z naszego domu i po większej części chowałem się u swojej babci (Barbary Domagały), potem u cioci Anieli Domagały – Stachurskiej, co miała sklep przed wojną, a utraciła go przez wojnę. Jej mąż Józef Stachurski pochodził z wyższych sfer i za cara był oficerem w rosyjskim wojsku, gdzie dorobił się pułkownika. Będąc w carskim wojsku dostał się do niemieckiej niewoli. Tam nauczył się pięknie pisać i mówić w tym języku. Pięknie kaligrafował.
Obronił mnie przed Niemcami w zimę 1941 r. Straszna zima była, takie śniegi pod sufit i Niemcy nakazali, aby odśnieżać ulice i udrożnić przejazd obok obejść. Przed 8 rano każdy musiał usunąć śnieg do przejazdu. Nie zrobiłem tego i jako najstarszy z dzieci miałem zostać srogo ukarany. Żandarmi niemieccy bili ludzi basiorami (tj. biczami, batami), którzy jeszcze nie odśnieżyli. Wuj tłumaczył coś żandarmom po niemiecku. Byli przekonani, że wuj jest Niemcem, gdyż posługiwał się poprawnym niemieckim - mówiąc w Hochdeutsche Sprache. Słuchali go. Pogadali, głowy pospuszczali i odeszli. I tak nam się upiekło, że uniknęliśmy batów. Inni Niemcy namawiali go, by przeszedł na ich stronę ale on twardo odmówił. Zawsze był twardy. Nigdy niczego i nikogo się nie bał. Miał kawał ziemi po moich dziadkach od strony taty. Choć był silny w wykształceniu to rolnikiem był słabym.
Ciąg dalszy nastąpi…
Konsultacja historyczna: historyk Leszek Żebrowski i reżyser Konrad Łęcki
Wysłuchała i spisała Xenia Jacoby, Manchester 06.02. - 15.10. 2020
Zdjęcia Xeni, dokumentalne oraz prywatne Pana Józefa
***

Jacoby Xenia - Polka z pokolenia JP II.