Spójrzmy się na cała sprawę chłodnym okiem. Tytuły profesorskie do tej pory otrzymywało się w dużej mierze za dorobek naukowy (jego ocenę pozostawny akademikom) i oczywiście w oparciu o pewną życzliwość środowiska profesorskiego, które doceniało determinację kandynującego, poświęcenie życia zawodowego nauce oraz wysiłki włożone w prowadzenie badań i realizację zajęć dydaktycznych.
O dziwo, przez wiele lat- mimo zawirowań politycznych- ten schemat jakoś się sprawdzał. Być może był to wynik selekcji już na poziomie podstawowym, czyli dopuszenia do doktoratu odpowiednio ukształtowanych pod względem światopoglądowym ludzi. Ale rzadko zdarzały się przypadki zrzucenia masek z twarzy i pokazania wszystkim, o co tak naprawdę chodzi- bądź co bądź tytuł zobowiązuje.
Bądźmy szczerzy: prof. Andrzej Zybertowicz (dla jasności: dr habilitowanego tytułuje się profesorem ze względów grzecznościowych; jak ktoś jest prostakiem to nie musi tego robić) na pełną profesurę po prostu zasługuje. Napisał wiele cennych prac; odznacza się niezwykle dociekliwym umysłem, nie boi się poruszania trudnych i niewygodnych tematów. Ja osobiście pamiętam, jak latem 2014 roku obudziłem się o świcie w namiocie pod budynkiem Telewizji Polskiej, wówczas opanowanej przez siły postępu (płaczcie, chłopaki- to już się nie wróci)- demonstrowaliśmy wtedy przeciw zezmaceniu się TVP, której przekaz był identyczny z prywatnymi stacjami i ignorował polską rację stanu. Byłem bardzo zaskoczony widząc, jak rankiem na skromnym murku przysiada prof. Andrzej Zybertowicz, który dla zaledwie kilkunastu ludzi wygłosił porywający, godzinny wykład o mechanizmach demokracji i prawidłowościach rządzących światem polityki. Narażał się bardzo- to nie były czasy wolności; inwigilacja i represje niebezpiecznie zbiżały się do poziomu reprezetowanego przez państwo autorytarne.
Takich ludzi jest niewielu. Skostniałe środowisko akademickie boi się wykraczać poza zakres politycznej poprawności, wyłączywszy kilku nawiedzonych profesorów, którzy- czując poparcie mediów i idąc za wytycznymi politpoprawności- głoszą poglądy obrażające intelekt i moralność. Ale niech głoszą; ich prawo. Tym bardziej należy docenić tych, którzy, sprzeciwiając się dominującym na świecie trendom, głoszą poglądy przeciwne, nie boją się stanąć do dyskusji, reprezentują bardzo wysoki poziom intelektualny i naukowy.
Ale... kto ma to wszystko docenić? Pasję, wiedzę i fachowość (niezależnie od podlądów politycznych) powinni zważyć ci, którzy sami się tym zajmują- czyli naukowcy. Ale oni woleli- w większości- wybrać konformizm, spokojne życie, względnie podlizanie się partii, z którą sympatyzują. Murem za prof. Zybertowiczem stanął ciemny lud, który podobno nie potrafi odróżnić światła od mroku.
Wstyd, panowie akademicy. Sami zanegowaliście wartości, które dumnie głosicie: niezależność badań, nonkonformizm poznawczy, pasję dotyczącą badań. Być może plemienność jest silniejsza- ale po prostu szkoda marnować autorytetu wypracowanego przez kilkadziesiąt lat.
Być może jesteśmy świadkami czasów ostatecznych; każdy mądry i niemądry musi się wypowiedzieć, a każde zdanie liczyć się będzie jednakowo. O wartości człowieka będzie decydował plebiscyt, ignorujący argumenty intelektualne. Wielka szkoda, że duża część naukowców swoimi działaniami przyspiesza realizację tej ponurej wizji.
AN