O co konkretnie chodzi? Donald Trump zamieścił na Twitterze wpis krytykujący głosowanie korespondencyjne w Kalifornii, które- jego zdaniem- narażone jest na fałszerstwa wyborcze. Twitter oznaczył ten wpis jako niewiarygodny, co bardzo zdenerwowało prezydenta.
Trump uważa, że portal cenzuruje konserwatyne wpisy i skierował oficjalną prośbę do Federalnej Komisji ds. Komunikacji (FCC), by zbadała, czy moderowanie treści użytkowników przez administrację serwisów społecznościowych może skutkować utratą ochrony prawnej.
Bądźmy jednak poważni: wycinanie wpisów uznawane za "konserwatyne" ma bardzo długą tradycję. Wszystkie praktycznie media społecznościowe opanowane są przez ludzi mających poglądy neomarksistowskie, z upodobaniem wycinających komentarze, z którymi się nie zgadzają. Nowomowa im sprzyja: faszyzm, mowa nienawiści, rasizm itp. Wszystko można podciągnąć pod jeden z wydumanych paragrafów i w ten prosty sposób cenzura szaleje a propaganda kwitnie. Pół biedy, jeśli byłaby alternatywa- ale jej po prostu (poza bojkotem) nie ma.
Pozostaje mieć nadzieję, że działania kogoś tak wpływowego, jak prezydent Stanów Zjednoczonych, przyniosą pożądany skutek. Na razie wypada działać na miarę sił i możliwości, przemycając nieprawomyślne treści, gdzie się da. Inna sprawa, że zażenowanie budzi słabość "prawej" strony, która do tej pory nie potrafi stworzyć skutecznej medialnej i internetowej alternatywy dla czerwonej międzynarodówki.
AN