Ostatnie sekundy
data:09 kwietnia 2020     Redaktor: GKut

Warto przypomnieć  książkę, która wyjaśnia wszystko...

 
 
 

W wydanej niedawno w Polsce książce dr. Grzegorza Szuladzińskiego „Ostatnie sekundy lotu” (W-wa, Wyd. W promieniach, 2019 ) uwagę Autora zajmują szczególnie ostatnie chwile ( ale nie tylko one!) przed zniszczeniem Tupolewa, albowiem końcową fazę lotu zignorowano w raportach MAK i Millera. Powody tego pominięcia są oczywiste: w tych bowiem sekundach doszło do eksplozji, które unicestwiły samolot prezydencki z 96 osobami na pokładzie. A temat wybuchów we wnętrzu Tupolewa był tabu dla obu zespołów „ekspertów”, którzy ukrywali rzeczywistą przyczynę katastrofy akcentując sprawy drugorzędne albo wręcz groteskowe. Oto komisja Anodiny zamiast przeprowadzić analizę wraku i jego szczątków ( także ludzkich) zajmowała się...analizą psychologiczną pilotów, a nawet ich ojców i dziadków ( str.46). Zadaniem „śledczych” z MAK było przecież głosić, że to nieudolność polskich pilotów spowodowała tragedię, a głównym celem komisji MAK było zatajenie wybuchów, które rozniosły Tupolewa przed uderzeniem w ziemię (str.54). Dlatego celowo pomijano analizę ostatnich sekund, podczas których doszło do dwóch eksplozji. Tematu wybuchu unikano od początku do końca ( podobnie postąpi potem zespół Millera ), pomimo rozległego rozrzucenia kilkuset części Tupolewa poza wrakowiskiem, co stanowi niezbity dowód eksplozji jeszcze w powietrzu. To samo dotyczy rozrzucenia na wrakowisku i poza nim wielkiej ilości ludzkich szczątków, bardzo często drobnych ( np. fragment szczęki, język, pięta, oko, kolano, palec ręki lub organy wewnętrzne!), co dowodzi ogromnej siły wybuchu, który po prostu rozszarpał pasażerów ( str.57). Do Polski dotarły dwie trumny wypełnione takimi szczątkami. Autor konkluduje słusznie: „Takie skutki obserwuje się, gdy w bezpośredniej bliskości ludzi następuje wybuch. Nie są znane inne przyczyny takiego rozdrobnienia ludzkich ciał prócz działania wybuchu” ( str. 149). Pomimo tej oczywistej prawdy, obie komisje – Anodiny i Millera – zignorowały te okoliczności, albowiem eksplozje wykluczają ustaloną z góry w Moskwie ( z potulną akceptacją Tuska ) przyczynę tragedii, jaką był rzekomy „błąd pilota”. A również wskazują na perfidnie zorganizowany zamach, co chciano ukryć przed światem. Dlatego Miller dał instrukcję swoim „śledczym” : ustalenia mają być podobne do wniosków MAK-u. Nie szukano więc śladów materiałów wybuchowych. Raport komisji Millera tylko w jednym miejscu różni się od raportu MAK-u, odrzuca sugestie jakoby gen. Błasik nalegał na załogę, by lądowała za wszelką cenę: „Dowódca Sił Powietrznych w żaden bezpośredni sposób nie ingerował w proces pilotowania” ( str.56). To jedyny plus raportu Millera obok pytań do komisji MAK-u w sprawie niewiarygodnych lub nieprawdziwych stwierdzeń, na które nigdy nie otrzymano odpowiedzi.

Pomińmy tu już inne aspekty, które się łączą z analizą porównawczą obu raportów, w przeciwnym razie recenzja stałaby się drobiazgowym elaboratem. Autor istotnie ma wiele do powiedzenia, ostatecznie smoleńską „katastrofę” bada od roku 2012, a jego kwalifikacje i fachowość nie ulegają dyskusji. Osiadły od lat w Sydney dr Szuladziński uzyskał tytuł magistra inżyniera na Politechnice Warszawskiej w zakresie budowy samolotów, a na University of Southern California obronił doktorat z mechaniki konstrukcji. W latach 1966-1980 pracował w USA w przemyśle lotniczym i nuklearnym. Niektóre z jego projektów to ukształtowanie i analiza kadłuba Boeinga 747 czy statek kosmiczny Viking. Uderza wielka skrupulatność jego analiz i wszechstronność wizji, albowiem dr Szuladziński nie zapomina o porównaniu tragedii nad Smoleńskiem z rzeczywistymi katastrofami innych Tupolewów czy innych samolotów. Np. upadek w terenie zalesionym Tu-204 nie okazał się tak tragiczny: wiele osób przeżyło, a samolot uległ minimalnym uszkodzeniom. Podobnie było z Tu-134A w Kirgistanie, maszyna obróciła się na plecy przy lądowaniu, wybuchł pożar, ale ze 101 osób na pokładzie nikt nie zginął ( vide str.20-22). Autor relacjonuje też remont prezydenckiego Tupolewa w Samarze, są tam cenne informacje, ale dziwi to, że samolot podczas remontu nie był dostatecznie strzeżony przez polskie służby ( str.23/4). Większą rewelację podaje rozdzialik „Ruchy na ziemi”: oto Rosjanie zawrócili transportowego Iła-76 , który leciał do Smoleńska z samochodami dla pary prezydenckiej, dla prezydenta Kaczorowskiego oraz innych VIP-ów. Samochody te miały ich zabrać do Katynia. Ił-76 był w drodze wcześniej, przynajmniej godzinę przed Tupolewem, jednak otrzymał rozkaz odlotu na inne lotnisko. Czy więc Rosjanie z góry wiedzieli, że samochody będą zbyteczne, bo pasażerowie Tupolewa i tak nie przeżyją „katastrofy” ? To wygląda jak dowód zaplanowanego zamachu. Komentuje Autor: „Zostali pozbawieni ochrony i środków transportu. Tak jakby ktoś założył, że wszyscy zginą, więc ochrona nie będzie nikomu potrzebna. (...) Wygląda wyraźnie na to, że tragiczny wynik lądowania był już ( Rosjanom) znany” ( str.35-6). I pewnie dlatego w okolicy lotniska czekały oddziały milicji, FSB i Specnazu, a trzeba wiedzieć, że jednostek Specnazu nie używa się do witania nadlatujących dostojników, ani do ratowania ofiar wypadków lotniczych ( str.50). Specnazu użyto do otoczenia terenu „katastrofy” i zatrzymania ludzi śpieszących oglądać wrakowisko. A karetki pogotowia odesłano do bazy, bo „wsie pogibli”(str.49), choć na samym początku kilka osób zabrano do szpitala, gdyż okazywały oznaki życia, ale na tym urywa się ślad. Następnie owe oznaki życia zmieniono na ...”odruchy pośmiertne” ( str.82), widocznie to bardziej pasowało gospodarzom lotniska.

Rosyjska teza o winie pilota jest całkowicie fałszywa. Primo – kpt. A. Protasiuk był doświadczonym pilotem, a w dodatku rzeźba terenu była mu dobrzez znana, jako że trzy dni wcześniej pilotował ten sam samolot podczas lądowania w Smoleńsku. Secundo – samolot był naprowadzany błędnie pod presją płk. Krasnokutskiego na miejscu i gen. Benediktowa z ośrodka pod Moskwą (!). Wmieszanie się obu panów do sprowadzania samolotu było bezprawne, także z rosyjskiego punktu widzenia ( str.30). Należy podkreślić, że intencją polskich pilotów – gdy zorientowali się, że są oszukiwani i że nie są „na kursie i na ścieżce” - nie było lądowanie, lecz odejście na „drugi krąg”. Mieli dość paliwa, by krążyć jeszcze pół godziny wokół lotniska. Niestety, pojawiły się nagle kłopoty ze statecznością i wtedy właśnie doszło do pierwszego wybuchu, który zapoczątkował szereg awarii i rozpad samolotu. Skutki obu wybuchów widać na zdjęciach wrakowiska, zamieszczonych w książce obok wielu plansz i rysunków ukazujących uszkodzenia mechaniczne i ślady wybuchów. Potężna siła eksplozji rozniosła części Tupolewa daleko poza wrakowisko, do ulicy Kutuzowa, a szczątki ludzkie nawet 120 metrów za ulicą ( str.42).

W omawianej książce każda strona jest bezcenna i przybliża nam obraz smoleńskiej masakry, naszej narodowej tragedii. Liczne ilustracje ułatwiają zrozumienie „katastrofy” od strony technicznej. Autor tłumaczy różne aspekty w sposób na tyle przystępny, by mógł je pojąć nieprzygotowany czytelnik. Wydaje się, że rozdział VI („Kolejność wydarzeń”) jest osią całej książki i oddaje przebieg wydarzeń w ostatnich sekundach lotu, co także jest tam przedstawione graficznie ( str.66-78). Odnotowano tam wybuch na skrzydle, który nastąpił 45 metrów przed uderzeniem w brzozę, gdy 75 metrów dalej kolejny wybuch rozsadził środkową część skrzydła. Te fakty zadają kłam bractwu „pancernej” brzozy, chociaż Autor nie wyklucza też feralnej roli drzewa. Jednakże do tragedii doszło przede wszystkim wskutek eksplozji, a w punkcie T38 ( vide grafik na str.66) nastąpił wybuch w kadłubie w pobliżu zbiornika paliwa w centropłacie, co rozpoczęło dezintegrację Tupolewa. A 143 metry dalej zrywa się łączność wieży z samolotem. Wreszcie 220 metrów od punktu T38 ( silny wstrząs od wybuchu) ma miejsce nowa eksplozja w kadłubie, która powiększa rozpad Tupolewa na kolejne segmenty i rozrzuca je daleko, jeszcze przed uderzeniem w ziemię. Na str.71 widzimy grafik oraz fotografię prawej burty, jest tam zaznaczona dziura, obok salonki prezydenckiej, gdzie umieszczony był ładunek wybuchowy.

Autor odsłania też dyktat Rosjan w śledztwie i ich manipulacje nagrań z czarnej skrzynki. Zarejestrowane tam głosy zostały zmodyfikowane dwoma metodami: poprzez zaszumienia albo wycięcie fragmentu taśmy (vide str.74/5). Czy nie jest to dowód na zamach, jeśli Rosjanie coś ukrywają ? A pomijanie faktu eksplozji skłoniła ich do sfabrykowania bajeczki o uderzeniu hydraulicznym(!?), ponieważ unikają słowa „wybuch” ( vide str.124). Taką tendencję przyjęto i w Polsce, rząd Tuska okazywał – pisze o tym nieraz Autor – groteskową niemal służalczość wobec Moskwy. Tymczasem należało kierować się wyłącznie czysto naukowym podejściem do przedmiotu badań, co czyni właśnie dr Szuladziński.

Nie zdołamy przekazać tu wszystkich technicznych aspektów „katastrofy”, zresztą bez grafików byłoby to niemożliwe. Z tą książką trzeba zapoznać się osobiście, a Autor skomponował ją w atrakcyjnej strukturze dzieląc całość na wyraźnie zarysowane tematycznie rozdziały i akapity. Obok przemyślnej struktury uderza żywy styl, daleki od nudnych wywodów technokraty. To książka przystępna dla wszystkich - dla inżynierów , także dla humanistów. Opatrzona bibliografią, a wśród cytowanych autorów i dzieł są np. prof. W. Binienda czy Raport Smoleński Zespołu Parlamentarnego A. Macierewicza.W sumie 31 pozycji literatury oraz dziesiątki ilustracji.

Bezapelacyjnie sformułowane ostatnie wnioski kładą nacisk na decydującą siłę sprawczą wybuchów ( mimo uznania pewnej roli brzozy ), albowiem nie są znane inne przyczyny rozdrobnienia ciał ofiar prócz działania właśnie wybuchów. Innym skutkiem podmuchu eksplozji jest odarcie około 35 ofiar z odzieży ( str.109) czy ogołocenie samolotu z foteli łącznie z tapicerką. Mógł dokonać tego tylko podmuch pochodzący od wybuchu( str.149), rozrzucając szczątki ciał i części maszyny na wrakowisku i poza nim.

Kiedy układ blokuje w mediach smoleńskie „tajemnice”, dziś już rozwikłane dzięki niezależnym ekspertom, książka dr. Szuladzińskiego przełamuje ostatecznie zmowę milczenia i podsuwa jedyny logiczny wniosek: to nie był wypadek lotniczy, ale spisek. Omawiana książka jest niezawodnym i kompletnym przewodnikiem, który wyjaśnia wszystko, co fałszowała Anodina (o jej kwalifikacjach wyrażała się krytycznie nawet rosyjska Duma w r.2003 – vide str.52), tuskowi „gęgacze” , tacy „eksperci” jak Miller, dr Lasek czy płk Podskarbi albo wojskowa prokuratura na pasku MAK-u. Nie wyobrażam sobie polskiego domu bez tej książki dr Grzegorza Szuladzińskiego, owocu siedmioletnich studiów i żarliwego dążenia do prawdy. Nie zdziwiłbym się, gdyby „Ostatnie sekundy lotu” okazały się tytułem roku, a dziś są już jednym z podstawowych źródeł wiedzy o smoleńskim zamachu.

Marek Baterowicz

Od redakcji:

Zachęcamy do nabycia wydanej przez nasze stowarzyszenie książki Marka Baterowicza - opowieści o"wojnie jaruzelskiej"- ZIARNO WSCHODZI W RANIE






Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.