Bożena Ratter: Siewcy polskiego narodu
data:06 kwietnia 2020     Redaktor: Redakcja

Adam Sołtan: „...ja, gdybym mógł, to bym z końca świata na kolanach do Polski wrócił”.

"W późniejszym okresie, ściśle po roku 1867, przez prawie półwiecze, do I wojny światowej, ta duża prowincja cesarstwa korzystała z szerokich swobód. Administracja i szkolnictwo były wyłącznie w rękach polskich, kultura - na pierwszym miejscu oba uniwersytety, Jagielloński i Lwowski - zakwitła. Badacze naukowi z innych zaborów, jak Morawscy z Wielkopolski czy Dembińscy z Pomorza, przenosili się do Galicji i przyczyniali się do europejskiego poziomu obu wszechnic.
Powstaje pytanie, kto wtedy rej wodził w Galicji. W pamięci historyka zarysowuje się mała grupka sylwetek i nazwisk: Potoccy, Badeniowie, Gołuchowscy, Sapiehowie, Baworowscy, Dzieduszyccy, Leon Piniński, mój ojciec i inni. Byli to właściciele dużych dóbr ziemskich, obdarzeni, co najważniejsze, zmysłem społecznym, podstawą wszelkiego moralnego autorytetu" – pisała Karolina Lanckorońska we wstępie do wspomnień Stefana Badeniego.
Rodów i rodzin różnych klas i stanu, tworzących wspaniałą kulturę narodu polskiego było tysiące, o czym najlepiej mówią szacunki polskich ofiar niemieckiego i sowieckiego ludobójstwa w czasie II wojny światowej.
 
"Już wtedy spotykałem wśród tłumu skupioną i cichą postać majora Adama Sołtana. Krążył on wśród nas zawsze starannie ogolony, w pasie, z nieodłącznym siostrzeńcem, por. Grocholskim, wysokim blondynem, który mu adiutantował, i z rotm. Kuczyńskim.
Ten ostatni najszybciej z nas wszystkich potrafił, zapominając o sobie, przejąć się losem swych kolegów. Z punktu, z dobrocią, nawet humorem starał się nas wszystkich podciągnąć i zgrać. Wysoki, szczupły, o wąskiej twarzy, pięknych ciemnych oczach i małej czarnej bródce, był oficerem kawalerii; równolegle ze służbą zawodową w wojsku, skończył Wydział Architektury w Warszawie, pozostawiając tam młodą żonę, a podczas kampanii 1939 r. wyróżnił się jako świetny oficer bojowy. Był on jednym z pierwszych, który został wywieziony jeszcze jesienią w niewiadomym kierunku.
Łudziliśmy się wówczas, że został wysłany do Turcji, bo był wnukiem jednego z organizatorów armii tureckiej, emigranta polskiego – postawy nielicznych z tysięcy przywiezionych do Starobielska" -  opisywał Józef  Czapski (z równie godnego uwagi rodu).
 
Józef Czapski urodził się 3 kwietnia 1896 roku. 3 kwietnia 1940 roku NKWD rozpoczęło likwidację obozów dla polskich oficerów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Rozpoczęła się  „droga krzyżowa” Polaków karanych za życie zgodne z hasłem Bóg Honor Ojczyzna.
Dlaczego realizatorzy programów, filmów, dokumentów, opowieści itp.  w mediach publicznych promują sylwetki znane w czasie  PRL i nadal pogrążają w niepamięci  wyklętych przez PRL a godnych najwyższego szacunku naszych przodków? Czy pozostają dla nich również „zaplutymi karłami reakcji”? 22 tysiące zamordowanych w Katyniu i tysiące w innych miejscach kaźni we wszystkich  województwach Rzeczypospolitej?
 
"Prawie natychmiast po przyjeździe do Starobielska zaczęły się samorzutnie organizować, w początku jawnie, potem, gdy zostały zakazane, po cichu, kółka odczytowe. Wśród pierwszych, którzy przemawiali, był por. Evert, dziś w Armii Polskiej. Wykłady jego, przesiąknięte gorącym optymizmem, zbierały wielu słuchaczy. Wskutek tego został on bardzo szybko wywieziony, a z więzienia w Moskwie, po układzie polsko-sowieckim, wypuszczony - kontynuuje Józef Czapski.
 
Jednym z pierwszych również był major Sołtan, o którym wspomniałem, oficer zawodowy, wykładowca historii wojen w Grudziądzu, który jako szef sztabu gen. Andersa podczas kampanii wrześniowej przemierzył całą Polskę od Mławy po granicę węgierską, walcząc nieustannie i szereg razy bijąc wojska niemieckie, a potem przebijając się przez wojska sowieckie. Nikt wśród nas nie mógł mówić o kampanii wrześniowej z takim jak on autorytetem i powagą. Nie było w tym, co mówił, ani śladu blagi czy zbyt łatwego optymizmu, ale właśnie dlatego nic tak nie „prostowało” jeńców starobielskich jak jego odczyty, w których wykazał nie tylko braki i błędy naszej kampanii, o których się mówiło bezustannie z namiętną goryczą w pierwszych tygodniach po katastrofie, ale i wkład bohaterstwa dowódców i żołnierzy w tej nierównej walce wrześniowej. Znałem go jeszcze w 1920 r. jako podporucznika 1 p. ułanów, kiedy w bitwie po Żółtańcami, dowodząc plutonem k.m., otrzymał Virtuti Militari.
Obaj jego dziadkowie byli zesłani przez Rosjan na Sybir, matka jego urodziła się nad Bajkałem.
 
W ciężkich pierwszych tygodniach wykazał on spokój, równowagę i taki skromny, bez frazesów hart, że wszyscy mu bliscy, a nawet tacy, którzy go prawie nie znali, czerpali w zetknięciu z nim siłę. Nie miał on nic, ale naprawdę nic, z jakichś ambicji fuhrerowskich, które niestety są tak częste u ludzi najmniej powołanych. I może dlatego właśnie tak zniewalał nas wszystkich i tyle nas uczył. Wykorzystał wolny czas w obozie, by z  nami wszystkimi mówić o sprawach politycznych i społecznych Polski, by każde zagadnienie na nowo przepracować i przemyśleć z rzadką rzetelnością i dobrą wolą. Walczył on w 1926 r. przeciwko Piłsudskiemu. Był jednocześnie entuzjastą pism Marszałka, które wszystkie czytał i znał gruntownie. Umiał myśleć obiektywnie i beznamiętnie, sądził surowo nie tylko przeciwników, ale właśnie ludzi politycznie sobie bliskich. Bez ustanku się uczył i wykorzystywał ku temu wszystkich i wszystko, rozszerzał swój światopogląd, przezwyciężał uprzedzenia czy urazy środowiskowe czy klasowe.
 
I już wtedy, zaraz po katastrofie, uczył nas myśleć nie pod kątem takiej czy innej partii przeszłości, ale pod kątem nowej rzeczywistości polskiej, która nas w przyszłości w kraju będzie oczekiwać, gdzie pracować razem będą musieli ludzie, może jeszcze wczoraj skłóceni, należący do różnych partii czy ugrupowań, wszyscy, dla których dobro Polski będzie naprawdę celem najważniejszym.
Był głęboko religijny tą religijnością cichą, prawie skrytą, nie narzucającą się nikomu, a jakby rozświetlającą całą jego postać. Opowiadał mi wiele o swej siostrze zakonnicy, która już od kilkunastu lat pracowała w najdzikszych prowincjach chińskich i w leprozoriach Indochin.
 
On sam nie wyobrażał sobie życia poza Polską. „Całe moje życie przeszło między Brodami a Grudziądzem” - mawiał wesoło.
Nie znosił słów patetycznych i sam nigdy ich nie wypowiadał, ale pamiętam, że kiedyś mówiłem mu o znajomym, który wyjechawszy z Polski, nie wrócił doń więcej. Adam Sołtan się żachnął: „Nie rozumiem - powiedział - ja, gdybym mógł, to bym z końca świata na kolanach do Polski wrócił”. Zostawił żonę i dwie córeczki w Polsce.
 
Czytał zawsze Sołtan, zaczynając od Trylogii (dwa komplety dotarły do obozu i były naturalnie „zaczytywane”), aż do Carrela w polskim tłumaczeniu.
Do Trylogii miał Sołtan dziecinną pasję, znał ją na pamięć.
„Kiedy czytam o Skrzetuskim, Kmicicu - wyznawał mi kiedyś półszeptem, po takim głośnym czytaniu, leżąc bez ruchu na płask, z twarzą przystawioną do chudej poduszeczki - to marzę o jakimś szaleństwie, no... o jakiejś szarży na przykład, w której musiałbym zginąć”.
 
Na te wieczory wspólne: czytanie, dyskusje, cieszyliśmy się wszyscy uczestnicy cały dzień. Mjr Rudnicki zawsze energiczny, nawet wesoły wbrew wszystkiemu, ks. Aleksandrowicz i szereg innych kolegów, których nazwisk nie pamiętam, a przecie ich twarze, tylokrotnie w te wieczory przeze mnie rysowane, ich serdeczne koleżeństwo tak wryły mi się w serce.
Nikt z uczestników tych naszych starobielskich wieczorów poza mną się nie odnalazł". [Józef Czapski]
 
Bożena Ratter





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.