Bożena Ratter: Faszystowskie zasady UPA - należy zabić Polaka
data:28 lutego 2020     Redaktor: Anna

Faszystowskie zasady UPA nakazywały:  aby zostać ich członkiem należy zabić Polaka. Jeśli kto wcielany do tej organizacji nie wykonał takiego zadania był karany śmiercią. Jeśli kandydat miał żonę Polkę musiał ją zamordować własnoręcznie. Jeśli tego nie uczynił ponosił śmierć jako zdrajca – wstęp Jana Michalewskiego do wspomnień Sulimira Stanisława Żuka o zagładzie Huty Pieniackiej „Skrawek piekła na Podolu.
Ilu ludzi w Polsce zna prawdę o Hucie Pieniackiej i o zagładzie zaścianka szlacheckiego Hucisko Brodzkie? Tak tę wieś nazywa nasz wielki parafianin prof. O. Józef Maria hr. Bocheński. Wiedział, że groby jego rodziców w krypcie kościoła w Ponikwie zostały sprofanowane, dlatego postawił im pomnik we wiosce Botterens kolo Fryburga w Szwajcarii, gdzie był dziekanem i rektorem uniwersytetu.

Ojciec zaraz dokupił od sąsiada spory kawałek ziemi i rozpoczął budowę domu oraz organizowanie gospodarstwa. Znajdowało się ono w Wołochach koło Ponikwy, w pobliżu Huty Pieniackiej, a także źródeł Bugu koło Werchobuża. Niedaleko stąd było do zapierających dech wspaniałością pałacu i zgromadzonych w nim zbiorów Podhorców- zwanych Wawelem wschodu, do zamku w Olesku, gdzie urodzili się królowie Jan III Sobieski i Michał Korybut Wiśniowiecki, czy zespołów klasztornych Dominikanów w Podkamieniu - wspomina Sulimir Stanisław Żuk.
Ojciec ciężko ranny w wojnie bolszewickiej 1920 roku do końca życia miał bezwładną prawą rękę. Przez wiele lat pełnił funkcję w Zarządzie Głównym Związku Inwalidów Wojennych RP, również nadzorował budowę internatu i szkoły średniej w Gołotczyźnie pod Warszawą, dla dzieci inwalidów i sierot po poległych w wojnie o wolność ojczyzny. Za tę działalność został uhonorowany srebrnym krzyżem zasługi.
Mama pochodziła z założonej przez króla Jana III Sobieskiego polskiej wsi Huta Pieniacka w powiecie brodzkim wchodzącym w skład województwa tarnopolskiego. Dziadek Wincenty Kierepka też urodził się w Hucie Pieniackiej, natomiast babcia Urszula, z domu Nesel, pochodziła z Wiednia.
Ojciec nadal pracował w Warszawie, gdzie mieliśmy wygodne mieszkanie, ale co roku już w maju wyjeżdżaliśmy na Podole. Po wykończeniu kilku pomieszczeń, jeździliśmy już prosto do Urszulina, jak ojciec nazwał naszą siedzibę od imienia mamy.
Nadszedł złowrogi rok 1939. Wszystko, co było najpiękniejsze i beztroskie w moim dziecinnym życiu, runęło na zawsze. Przyszły same troski, kłopoty i zmartwienia. A ja bardzo szybko wydoroślałem.
 
Wojnę Polsce wypowiedzieli dwaj odwieczni wrogowie. Bez uprzedzenia zaatakowali i zajęli terytorialnie całą Rzecząpospolitą Niemcy i sowiecka Rosja. Państwo polskie zostało wymazane z mapy Europy. Czarne chmury zawisły nad Polakami. Jednakże, jak się potem okazało, najczarniejszy scenariusz, jaki można było sobie wtedy wyobrazić, nie przewidywał tak okrutnych zbrodni, tak wielkich nieszczęść, jakie stały się rzeczywistością.
Ukraińcy triumfowali, mówili: „Skoro takie dwie potęgi podały sobie ręce, to Polska już nigdy nie powstanie.”
Polscy wojskowi zostawiali broń, przebierali się w cywilne ubrania, przysięgali, że będą walczyć z ukrycia i starali się przedostać w rodzinne strony. Większe oddziały „przechodziły do cywila” w Hucie Pieniackiej. Zdarzały się jednak, i to dość często, sytuacje tragiczne. Ukraińscy chłopi zapraszali do siebie umęczonych żołnierzy polskich, dawali jeść, miejsce do spania, a w nocy mordowali i okradali ze wszystkiego. Administracja ani policja już nie działały. Nie było komu ścigać tych zbrodniarzy. Coraz wyraźniej ujawniały się antypolskie nastroje wśród Ukraińców. Zaczęły się zdarzać przypadki agresji w stosunku do Polaków, niejednokrotnie przeradzające się w potworne zbrodnie.
Dwaj kilkunastoletni synowie jednego z nauczycieli z Jasionowa uczyli się w liceum we Lwowie i mieszkali tam na stancji. Po wybuchu wojny postanowili wrócić do domu. Jednak nigdy do domu nie dotarli. Po kilku tygodniach znaleziono w lesie ich rozkładające się ciała. Zostali bestialsko zamordowani. Pozbawieni szkolnych mundurków, skrępowani i przywiązani do drzewa w sposób uniemożliwiający jakikolwiek ruch. Obu wycięto języki. Można sobie wyobrazić, w jakich męczarniach skonali ci chłopcy.
Bandyckie napady i okrucieństwa szerzyły się coraz bardziej. W lesie za Pereliskami przed wsią Hołubica ukraińskie rizuny spotkały w lesie polską kobietę i rozpoznały, że jest Polką. Nie było zlitowania. Byli na koniach. Przywiązali do każdej ręki i do każdej nogi jednego konia. Na komendę zacięli cztery konie batem. Rozszarpali ciało na strzępy („Skrawek piekła na Podolu”).
 
W niedzielę, 23 lutego 2020 r. w miejscowości Huta Pieniacka (obecnie na Ukrainie) odbyły się uroczystości upamiętniające 76. rocznicę zbrodni dokonanej przez kraińskich nacjonalistów na polskich mieszkańcach tej wsi. Zginęło wówczas ok. 850 osób – relacja na stronie Szefa UdSKiOR. W upamiętnieniu zagłady Polaków, zamordowanych tylko dlatego, że byli Polakami uczestniczyli przedstawiciele polskiej elity.
 
Na opustoszałe, zrównane z ziemią miejsce po Hucie Pieniackiej od wielu lat przybywają ocaleli z zagłady w Hucie Pieniackiej. Zrzeszeni w Stowarzyszeniu Huta Pieniacka z Prezesem Małgorzatą Gośniowką-Kolą. Wypełniają ostatnią wolę okrutnie mordowanych: pamiętają, modlą się i upominają o chrześcijański pochówek. A jak wyglądało życie w jednej z tysięcy wsi zamieszkałych w czasach wieloetnicznej Rzeczypospolitej przez Polaków?
 
Żeby się dostać do miejsca, gdzie znajdowała się nasza siedziba, trzeba było jadąc od Lwowa, dwanaście kilometrów przed Brodami skręcie wprawo na Ponikwę, z błyszczącą kopułą cerkwi greckokatolickiej. Przed jeziorem, po lewej stronie były hodowlane stawy rybne hrabiego Bocheńskiego, ojca słynnych braci: Józefa Marii (o. Innocentego), Aleksandra i Adolfa Marii. Za stawami znajdowały się plantacje chmielu, dalej browar z zabudowaniami. Jadąc wzdłuż rzeki, po prawej zostawiało się w moich czasach majestatyczny pałac Bocheńskich i dalej przejeżdżało się koło okazałego, bogato zdobionego kościoła katolickiego pod wezwaniem św. Józefa Oblubieńca Marii Panny.
 
Dalej za kościołem, w kierunku na Podkarmienia jechało się przez Wołochy, wieś liczącą ponad sto domów, zasobną i dobrze zorganizowaną. We wsi były dwa sklepy i karczma, należące do rodzin żydowskich i dwa warsztaty kowalskie. Tamtejszy kowal potrafił nie tylko konie podkuć, ale również wykonać ozdobne okucia do wozów, bryczek. Umiał też zrobić piękne stalowe ogrodzenie, bramę, drzwi, a jak było trzeba, to zegar i maszynę do szycia naprawić. W Wołochach znajdowała się też wytwórnia dachówek cementowych. Poza tym mieszkało tu kilku stolarzy wytwarzających wszystko, co da się zrobić z drewna, był warsztat stelmachowski, warsztat blacharski, a także tłocznia oleju, kilku krawców, szewców, cieśli budowniczych i wielu innych zdolnych rzemieślników. Kilka rodzin trudniło się tkactwem, wyrabiano płótno lniane oraz grubsze płótno konopne. Jedna z rodzin w pobliskich Pereliskach trudniła się wyrobem dywanów i kilimów. W naszym domu było wiele pięknych wyrobów tego warsztatu.
We wsi była ochronka dla małych dzieci, założona i prowadzona przez zakonnice na koszt dworu i pod nadzorem hrabiny Bocheńskiej, aby można było zostawić małe dzieci, kiedy rodzice szli w pole do pracy. Była też siedmioklasowa szkoła podstawowa kierowana przez panią Mędrkiewicz. Społeczność wsi samowystarczalna. Przy każdym domu był sad owocowy, ogród warzywny, wiele kwiatów, drzew i krzewów ozdobnych. Na zimę każda piwnica i spiżarnia była bogato zaopatrzona we własne przetwory, na strychu przechowywano suszone grzyby, owoce, a nawet suszone mięso i wędzone wędliny, odpowiednio zabezpieczone, najczęściej powieszone na sznurkach tak, aby żadne niepowołane istoty nie mogły się do nich dostać (Sulimir Stanisław Żuk ).
 
Ukraińscy ludobójcy mordowali Polaków paląc w stodołach, domach, rąbiąc, nadziewając na sztachety, zdzierając skórę. Wywozili zrabowane mienie furmankami.
W ciągu kilku dni obrabowano wszystkie majątki właścicieli ziemskich; między innymi złupiono doszczętnie pałac Sobieskich w Podhorcach. Hrabia Bocheński zdążył wyjechać z rodziną. Rabowanie jego majątku trwało wiele dni. Wyrywano z pałacu i budynków gospodarczych okna, drzwi, futryny, podłogi, rozebrano dach. Zostały tylko mury. Potem zabrano się za rozbieranie murów. W roku 1998 byłem w Ponikwie. Po pałacu Bocheńskich nie została ani jedna cegła. Tylko potężne okaleczone mury parafialnego kościoła rzymskokatolickiego stale jeszcze stały, jak smutne oskarżenie czerwonego najazdu.
Nie wszystkie przedmioty zrabowane z pałacu Bocheńskich dały się wnieść do chłopskich chałup. Fortepian w żaden sposób się nie mieścił. Postawiono go w oborze. Na wiosnę po otwarciu klapy nasadzono na strunach kwoki na jajach, które z powodzeniem wyprowadziły kurczęta. Duże lustro z salonu, żadną miarą nie mieściło się przez drzwi ani przez okno. Postawiono je więc w stodole na klepisku, opierając o ścianę. Gospodarz miał okazałego buhaja. Zwierzę zobaczyło w lustrze rozwścieczonego przeciwnika i bez namysłu ruszyło do ataku. Potężne cielsko przebiło lustro i rozwaliło pól ściany stodoły. Chłop stracił lustro, poranione zwierzę trzeba było zabić, a i stodoła też wymagała remontu. Taki był pożytek z rabunku cudzego mienia (Sulimir Stanisław Żuk ).
 
Hrabia Adolf Bocheński, właściciel wspomnianego lustra, zaszczepił w dzieciach miłość do ojczyzny. Prof. O. Józef Bocheński zanim osiadł w Szwajcarii był kapelanem podczas kampanii wrześniowej w grupie gen. F. Kleeberga a jako kapelan 2. Korpusu brał udział w bitwach m.in pod Kockiem i Monte Cassino. Jego młodszy brat dołączył do 22 pułku Ułanów Podkarpackich i brał udział m.in. w bitwie o Narwik. Zginął rozbrajając minę w bitwie pod Ankoną, o czym w swojej książce „Zupa na gwoździu" pisał Melchior Wańkowicz. Siostra Olga również zapisała się w historii. Była to kobieta, która podobnie jak jej matka, chciała pomagać potrzebującym. Dzięki jej staraniom ocalone zostały trzy Żydówki z getta we Lwowie.
 
Polacy zamieszkujący ziemie wschodnie Rzeczypospolitej o ile nie zostali tam zamordowani walczyli jak Polacy z innych regionów Polski o wolność Polski i Europy. Po zakończeniu wojny zostali skazani na banicję przez komunistyczne władze Polski Ludowej i zaliczeni do kategorii "karłów reakcji" "faszystów" "wrogów ludu" czy "żołnierzy wyklętych". Niektóre dzieci i wnukowie komunistycznych "mocodawców" do dzisiaj kontynuują "spuściznę" ojców.
 
Bożena Ratter





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.