Kartka z kalendarza: Za złamanie zakazu spowiadania powieszono księdza Andreasa Faulhabera
data:29 grudnia 2019     Redaktor: ArekN

 
Duchowny katolicki, jezuita. Poniósł karę najwyższą za złamanie zakazu spowiadania dezerterów z pruskiego wojska. Mało kto zna tę historię...

 

Pochodził z kłodzkiej rodziny mieszczańskiej. Jego starszy brat Augustyn pobierał nauki teologiczne na Uniwersytecie Karola w Pradze, a następnie został księdzem w Kłodzku. Andreas zaś przeznaczony był z woli ojca do przejęcia warsztatu wieżowych zegarów mechanicznych, który mieścił się przy ul. Czeskiej. Ukończył gimnazjum i przez 14 lat pracował jako nauczyciel domowy, zbierając fundusze na dalszą edukację i tak 29 września 1750 otrzymał święcenia kapłańskie.

Pracował następnie przez 7 lat w różnych parafiach na terenie hrabstwa kłodzkiego m.in. w Lądku Zdroju, Dusznikach Zdroju i Kłodzku, gdzie był nauczycielem w miejscowym gimnazjum jezuickim.

W tym czasie spora cześć ludności ziemi kłodzkiej była pochodzenia słowiańskiego ksiądz Faulhaber nauczył się języka czeskiego i polskiego, aby móc się z nimi porozumieć. W międzyczasie zajmował się malarstwem i rzeźbiarstwem. Napisał też książeczkę poświęconą Arnosztowi z Pardubic.

Na okres jego działalności duszpasterskiej przypadła III wojna śląska. Z wojska pruskiego uciekało wielu żołnierzy, a księżom katolickim zakazano udzielania im spowiedzi, co było formą represji wymierzonej przeciwko Kościołowi katolickiemu.

Andreas Faulhaber został aresztowany 5 września 1757 na podstawie zeznań dwóch dezerterów: Josepha Nentwiga i Johanna Georga Veitha, którzy zeznali zaraz po schwytaniu, że do dezercji namówił ich na spowiedzi ks. Faulhaber. Rozkaz schwytania kapłana wydali ówczesny komendant twierdzy kłodzkiej de la Motte-Foque i jego zastępca major d’O. (za: wikipedia)

 

Co ciekawe, dezerterzy nie byli ukarani; zostali zapewne przekupieni bądź zastraszeni. Ksiądz Faulhaber został oskarżony o nakłanianie do dezercji, za co groziła kara śmierci. Odmówiono mu zwrócenia się do adwokata a król pruski wyrok podpisał.

Andreas Faulhaber wiedział dobrze, co go czeka. Smutny i osamotniony chciał zostawić ślad mówiący o jego życiu, cierpieniu i nieszczęściu. W celi przebywał bez żadnych praw przysługujących więźniom, nie miał nawet papieru do pisania. Koniecznie chciał zostawić coś, co mogłoby usprawiedliwić jego osobę i wyjaśnić historię jego cierpienia. Postanowił wyryć na cynowym kubku kilka scen ze swojego życia. Ponieważ nie miał w celi żadnego noża lub jakiegoś rylca, wykorzystał sprzączkę od buta i przy jej użyciu wyrył na kubku kilka scen. Oto one: pierwsza przedstawiała jego dzieciństwo, druga sceny ze służby kapłańskiej, trzecia moment aresztowania. Obok tych scen, otoczonych ozdobnym ornamentem, wyrył jeszcze trzy medaliony w kształcie serca: pierwszy przedstawiał nauczanie młodzieży w szkole, drugi spowiedź w konfesjonale, lecz trzeci medalion pozostał pusty, niedokończony.

Ksiądz Faulhaber nie dokończył swojego dzieła. 30 grudnia 1757 roku o godzinie 9 rano oddział 300 żołnierzy czekał już przed szubienicą na skazańca. Przed egzekucją odczytano rozkaz o wyroku śmierci podpisany przez króla Fryderyka II. Na oczach tylko zgromadzonych żołnierzy, bo nie dopuszczono mieszkańców Kłodzka, założono sznur na szyję nieszczęśnika i wyrok wykonano.

Jak na ironię zabrakło nawet wolnego miejsc na szubienicy i ksiądz Faulhaber powieszony został obok zwłok pewnego szpiega. Powieszono go bez posługi duchownej, bez sakramentów i spowiedzi, uczyniono tak, aby zhańbić człowieka. Zabroniono też pogrzebania jego zwłok.

Wieść o śmierci księdza Faulhaber wstrząsnęła miastem. Jeden z dezerterów, którzy go oskarżali, przyznał się, że jego zeznania były fałszywe. Jego sumienie obudziło się jednak za późno.

Dwa lata i siedem miesięcy wisiały na szubienicy zwłoki księdza Faulhaber. Dopiero dnia 28 czerwca 1760 roku, gdy do Kłodzka wkroczyły wojska cesarzowej Marii Teresy, zdjęto z szubienicy jego zwłoki. Lekarska komisja oraz cesarscy urzędnicy stwierdzili, że zwłoki nie uległy rozkładowi. Przetrwały tak długo bez rozkładu! Czyżby był to cud? Może los tak chciał, aby zwłoki zamordowanego księdza musiały tak długo czekać, aż do powrotu katolickiej armii cesarzowej Marii Teresy, aby zostały pochowane według katolickiego obrządku?

 

za: salon24.pl






Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.