Bożena Ratter: Cel Hitlera - zniszczenie Polski jest naszym pierwszym zadaniem
data:22 czerwca 2019     Redaktor: Anna

W 1924 roku poznaniacy nakręcili fabularyzowany dokument pt. „Odrodzona Polska”, który opowiadał o zmaganiach Wielkopolan z Niemcami. W filmie tym wystąpili  niedawni powstańcy, a nawet sam Ignacy Paderewski. W 1939 roku natychmiast po wkroczeniu do Poznania Niemcy zniszczyli Wielkopolskie Muzeum Wojskowe i zgromadzone tam pamiątki z powstania. Ten sam los spotkał również „Odrodzoną Polskę”.
Wtedy uczynili to  nasi odwieczni wrogowie, Niemcy. Zgodnie z zaleceniem przywódcy Niemiec: „zniszczenie Polski jest naszym pierwszym zadaniem. Celem musi być nie dotarcie do jakiejś oznaczonej linii, lecz zniszczenie żywej siły, […] Bądźcie bez litości. Bądźcie brutalni” -  22 sierpnia 1939 r. Adolf Hitler (cytat pochodzi z wystawy „Zachować pamięć” w siedzibie IPN „Przystanek Historia”).
Dziwne, że po 80 latach nadal „zniszczenie Polski jest pierwszym zadaniem”  dla wielu polskich obywateli, włodarzy naszego wspólnego majątku, zmanipulowanych tym razem  neomarksistowską  ideologią.
Wciąż ta sama wola zniszczenia dorobku i pamięci o wspaniałym pokoleniu Polaków, które posiadało intelekt, pomysłowość, finanse, przedsiębiorczość, kulturę, a przede wszystkim miłość do wspólnego dobra jakim była dla nich Polska.

Zwiedzając dzisiaj teren Westerplatte, przez moment choćby powinniśmy zatrzymać się przy niewielkim budyneczku, w którym kiedyś toczyły się walki i który dzisiaj jest obiektem stałej troski społeczeństwa, a przede wszystkim samych westerplatczyków. To jeden z ocalałych punktów oporu - wartownia nr 1, budynek o grubych murach z umieszczonymi dość wysoko małymi okienkami o wymiarach siedem na siedem metrów. Ta właśnie wartownia stanowiła trzon obrony na najważniejszej wschodniej pozycji od strony przesmyku lądowego, z którego atakowali Niemcy w 1939 r. Porażała wroga ogniem, nieugiętą postawą załogi. To tutaj zapisali swe wspaniałe bojowe karty Buder, Gryczman, Trela, Baran, Ciereszko i wielu innych, żyjących i już zmarłych obrońców…  O historii wartowni nr 1 na Westerplatte pisał Stanisław Górnikiewicz w 1984 r. („Owiana legendą”).
Ale wartownia ma też swoją historię powstania, kiedy to z początkiem lat trzydziestych została wraz z innymi czterema zbudowana… Traktat wersalski tworzący wolne Miasto Gdańsk przyznał Polsce prawo do niewielkiego dostępu do morza. Uchwała Ligi Narodów z 14 marca 1924 roku oraz  zawarte między Polską a Gdańskiem umowy, zapewniły Polsce prawo stworzenia w Gdańsku na Westerplatte - półwyspie położonym u wejścia do portu gdańskiego - Wojskowej Składnicy  Tranzytowej, z możliwością wybudowania basenu amunicyjnego i przeznaczonego do przeładunku materiału wojennego, importowanego z zagranicy do Polski drogą morską. Polska otrzymała prawo stacjonowania tam załogi wojskowej. Jej liczebność określona została uchwalą Ligi Narodów w dniu 9 grudnia 1925 roku. Wynosić mogła, zgodnie z uchwałą, 66 szeregowców, 20 podoficerów i 2 oficerów. Oddany Polsce w bezpłatną „wieczystą dzierżawę” teren, nie miał praw eksterytorialnych, a Polska nie mogła budować na nim żadnych umocnień polowych i fortyfikacji.

Trwało tak do marca 1933 roku.
Wtedy to władze polskie zadecydowały o wzmocnieniu załogi w następstwie wzrastającego napięcia w stosunkach polsko-gdańskich tuż po objęciu władzy przez Hitlera w Rzeszy Niemieckiej wiosną 1933 roku.
W godzinach nocnych 6 marca 1933 r. okręt transportowy Marynarki Wojennej „Wilia”  pod dowództwem komandora Adama Mohuczego przewiózł  na teren Westerplatte dwie kompanie piechoty z ciężką bronią maszynową.

A jak wówczas zareagował na decyzję polskiego rządu senat Wolnego Miasta Gdańsk?
Doraźne umocnienie polskiej załogi na półwyspie wywołało wielkie poruszenie w Gdańsku. Nawiązano wnet rozmowy polsko-gdańskie, w których dominowało negatywne stanowisko senatu Wolnego Miasta Gdańska wobec zaistniałego faktu wzmocnienia polskiej placówki.
Czyli identycznie, jak reaguje dzisiaj prezydent polskiego miasta Gdańsk i jego samorząd ( zresztą nie tylko tego miasta).
Dziwne, że po 80 latach nadal „zniszczenie Polski jest pierwszym zadaniem”  dla wielu polskich obywateli, włodarzy naszego wspólnego majątku,  zmanipulowanych tym razem  neomarksistowską  ideologią.
Wciąż ta sama wola zniszczenia dorobku i pamięci o wspaniałym pokoleniu Polaków, które posiadało intelekt, pomysłowość, finanse, przedsiębiorczość, kulturę, a przede wszystkim miłość do wspólnego dobra jakim była dla nich Polska.

Spory trwały blisko dziesięć dni, podczas których okręt „Wilia” stał zacumowany w basenie amunicyjnym na Westerplatte. Wreszcie w wyniku przeprowadzonych rozmów zapadła decyzja powrotu okrętu wraz z żołnierzami do Gdyni. Większość odpłynęła, nie wszyscy jednak…
Do budowy wartowni nr 1 przystąpiono na początku 1934 roku. Materiał potrzebny do budowy wartowni dostarczono z głębi kraju transportem kolejowym. Budowę z żelbetu wykonali żołnierze Składnicy pod fachowym nadzorem majora dojeżdżającego z Marynarki Wojennej w Gdyni. Wartownia miała piwnicę, w której na tak zwanych fortecznych podstawach umieszczone zostały trzy karabiny maszynowe. Wykonywanie stanowisk i montaż broni realizowano jedynie pod osłoną nocy. Wynikało to z zawartych przez Polskę umów, które zabraniały budowania na terenie Westerplatte fortyfikacji czy innych umocnień polowych. Stąd też wyposażenie piwnicy znane było jedynie wąskiej grupie kadry oficerskiej i podoficerskiej załogi Składnicy. Na co dzień wnętrze wartowni przedstawiało normalny obraz budynku wartowniczego.
Kolejne wartownie i koszary budowano do 1935 r. Wiedziano aż nadto dobrze, że nie odpowiadało to wymogom właściwym do prowadzenia normalnej walki w czasie wojny z regularną armią. W początkowym założeniu stanowić miały one jedynie obronę przed wywrotową działalnością paramilitarnych organizacji niemieckich, wykazujących coraz bardziej agresywną działalność w Wolnym Mieście Gdańsku.

Agresywną działalność wobec państwa polskiego prowadzili również obywatele polscy narodowości ukraińskiej, miłośnicy  innej ideologii ale również wrogiej Polsce, nacjonalizmu ukraińskiego.
Poniższy tekst opisuje działanie  Stanicy UWO-OUN w Gdańsku i został złożony w archiwum  organizacji przez  kierownika tego ośrodka, Andrija Fedyne:
"Od 1929 do 1934 roku ośrodek w Gdańsku był najważniejszym punktem operacyjnym  OUN w drodze do Kraju i z Kraju. W tym czasie przez Gdańsk przeszły tysiące “Surmy” i innych wydań rewolucyjnych do Kraju. Transport wydań dokonywał nie jakiś specjalnie do tego celu przeszkolony sztab, ale ludzie, którzy  traktowali tę robotę jako swój narodowy obowiązek... Do usług w transportowania literatury podziemnej stawali nawet członkowie ówczesnej Reprezentacji Parlamentarnej. W konspiracyjnym pomieszczeniu pakowali oni “Surmę” i wieźli do Warszawy czy aż do samego Lwowa i ani jeden z transportów nie trafił do rąk polskiej policji ... Jeszcze do dziś z szacunkiem schylam czoło przed tymi, bez wątpienia, wyjątkowymi przedstawicielami naszej starszej generacji…Godzi się podkreślić, że między nimi byli też członkowie naszego stanu duchownego…
Przez Gdańsk przechodziły wszystkie pieniężne przesyłki z zagranicy do Kraju i nie było ani jednego przypadku, aby jakaś przesyłka nie dotarła na miejsce przeznaczenia. Odnoszę wrażenie, że polska policja do dziś nie zna drogi, którą myśmy do tego celu wykorzystywali.
Do Gdańska na spotkania organizacyjne przybywali, i to niejednokrotnie, Bandera, Stećko, Janiw, Kołodzinśkyj, Kordiuk i szereg innych członków Krajowego Przywództwa, z drugiej zaś strony Sciborśkyj, Senyk, Martyneć i inni.
W Gdańsku istniał zorganizowany przeze mnie Oddział OUN, do którego wchodzili najaktywniejsi studenci, najwyraźniej ukształtowani narodowo i ideologicznie. Członkostwo w Oddziale nie stanowiło tajemnicy, bowiem OUN jest organizacją polityczną i zagranicą nigdzie nie zabronioną. Kluczowe stanowiska o szczególnym charakterze w ogólnostudenckim organie “Osnowa” z reguły obsadzane były nacjonalistami lub ich sympatykami. Ukraińscy studenci na terenie Gdańska zdobywali sobie coraz lepsze uznanie nie tylko ze strony profesury czy kierownictwa politechniki, ale też ze strony kół rządowych. Potem nawet wyróżniano ukraińskich studentów, stawiając ich przed wszystkimi innymi obcokrajowymi grupami studenckimi".


Identycznie jest dzisiaj i to nie tylko w Gdańsku. Studenci z Ukrainy studiują na płatnych polskich uczelniach, otrzymują wyższe niż polscy studenci stypendia i inne profity.  A ferie spędzają w Europie Zachodniej, gdzie pracują ich rodzice. Zachęcani przez prezydentów miast osiedlają się w Gdańsku, Łodzi, Poznaniu, Lublinie. Dołączą niebawem do tego właśnie  elektoratu. Czy pamiętamy o 200 000 zamordowanych Polakach, milionach wypędzonych i ograbionych z majątków i ojczyzny bez prawa powrotu przez nacjonalistów ukraińskich współpracujących z Niemcami i bolszewikami w zagładzie Polaków? I milionach skazanych na emigrację?
Andrij Fedyna kontynuuje: "Podczas gdy wobec Polaków stosowano "numerus clausus", to znaczy ograniczenia w przyjmowaniu na politechnikę, to każdego Ukraińca przyjmowano bez jakichkolwiek trudności. Potrzebującym naszym studentom udzielano, jako jedynej grupie narodowej, stypendiów z funduszu Humboldta . Poza studentami niemieckimi, tylko Ukraińcy mieli prawo przebywania na politechnice w barwach studenckich. Polacy siłą i demonstracjami domagali się tego samego prawa, ale legalnie nigdy go nie uzyskali. Student niemiecki w barwach zawsze uważał siebie za wyższego od studenta obcokrajowca. On mógł obcokrajowca uderzyć w twarz, napluć mu w oczy, a obcokrajowiec mógł za to wnieść skargę do sądu cywilnego, ale nigdy nie mógł żądać rozstrzygnięcia takiej sprawy na drodze sądu studenckiego. My osiągnęliśmy to, że ukraińskie studenckie korporacje “Czornomore”, “Zarewo” i “Hałycz” zostały “bijącymi” korporacjami z pełnym prawem dawania i otrzymywania satysfakcji… Przez długi czas prowadziliśmy rozmowy z przedstawicielami niemieckich studentów i osiągnęliśmy to, że wszystkie wspomniane studenckie korporacje zostały przyjęte do tzw. Waffenringu, to znaczy “Zbrojnego Koła”, a przez to samo zostały one zrównane z niemieckimi korporacjami".
Pułkownik Konowalec, jak niegdyś Chmielnicki czy Mazepa, patrzył daleko naprzód i szukał możliwych sojuszników dla ukraińskiego ruchu wyzwoleńczego. On zawsze przykładał wielką wagę do odcinka wojskowego i dlatego szczególnie forsował go. On czynił starania w zakresie umieszczenia młodych członków Organizacji w szkołach oficerskich - w holenderskiej, włoskiej, niemieckiej, litewskiej armii. W niektórych miejscach poszczęściło mu, w niektórych nie. Również ci członkowie Organizacji przejeżdżali przez Gdańsk. Czy kto kiedykolwiek dowiedział się o tym?

A co działo się z Wartownią nr 1 po II wojnie światowej?
Działacze Komisji Ochrony Zabytków przy PTTK w Gdańsku — dr Andrzej Januszajtis, dr Janusz Ciemnołoński i inż. Aleksander Ślusarz oraz grupa weteranów obrony Westerplatte wszczęła energiczne starania zmierzające do przeniesienia wartowni poza obszar przydzielony portowi, na teren pomnikowy Westerplatte. Mgr inż. Władysław Buczkowski dokonał obliczeń statycznych i opracował koncepcję przeprowadzki. Jeszcze w warunkach zimy na początku 1967 roku przystąpiono do prac przygotowawczych na Westerplatte. Dokonano wykopu pod fundamentami wartowni i na trasie przeprowadzki. W wykopie tym ułożono tory, na których ustawiono wózki używane na pochylniach stoczniowych do wodowania statków, na nich ustawiono obiekt wraz z fundamentami. Ciężar niebagatelny - 400 ton, a wraz z konstrukcją do przeprowadzki - około 560 ton. Nad wykopem rozpięto na odpowiednich ramach stalowe liny, podwieszając na nich wartownię. W dniu 7 marca 1967 roku, kilka minut po godzinie 13, przystąpiono do najważniejszego zadania. Naciągnięto liny, wartownia wolno ruszyła z miejsca. Dwunastoosobowa brygada stoczniowa z kierownikiem Stanisławem Paruzelem, brygadzistą Marianem Przygodzińskim i mistrzem Janem Międlarzem przeżyli szczytowy moment emocji. Uczucia te udzieliły się również licznie zgromadzonym obserwatorom niecodziennego wydarzenia. „Podróż” wartowni trwała około półtorej godziny. Kilka minut po godzinie 14.30 robotnicy i kierownictwo brygady mogli sobie pogratulować powodzenia. Efekt tej tak trudnej operacji wywołał łzy wzruszenia i wdzięczność w oczach zebranych westerplatczyków. Był to trzeci w kraju eksperyment przeprowadzki całego obiektu — po kościele w al. Świerczewskiego w Warszawie i rogatce grochowskiej. W taki oto sposób zostało spełnione marzenie uratowania od zagłady jednego z obiektów klasy zerowej na Westerplatte. Jest to jeszcze jeden dowód świadczący o ogromnej możliwości inicjatywy i ofiarności społecznej ( Stanisław Górnikiewicz , "Owiana legendą").

Bożena Ratter

[foto: Westerplatte; wartownia nr 4. net]





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.