"Musimy się na nowo policzyć"
Anna Walentynowicz
archiwum
Mamy inny dom ?.
data:23 lipca 2012     Redaktor: Barbara Chojnacka

W Gazecie Wyborczej czytam: "Faktyczny Dom Kultury ? tak będzie się nazywało nowe miejsce przy ul. Gałczyńskiego. Poprowadzi je Instytut Reportażu i Stowarzyszenie Polis.

(?). Faktyczny, ? bo będzie zajmował się sztuką faktu i dlatego, że codziennie będzie się tu coś działo - wyjaśnia nazwę Mariusz Szczygieł. Chcą stworzyć scenę teatru faktu prezentującą spektakle oparte na reportażach, zajmujące się doraźnymi problemami, historiami ludzi (jak np. Violetta Villas, Doda, Julia Tymoszenko) i grup, np. Oburzeni.

Z częścią wydarzeń będziemy jeździć po Polsce i pokazywać je w innych miastach- zapowiada Wojciech Tochman".

Jakoś mało ciekawa ta zapowiedź, 120 metrów kwadratowych dla doraźnych problemów i historii Dody?  I to codziennie?  I jeszcze pokazywanie w innych miastach?

Nie wiem ile metrów kwadratowych miała knajpa Atlas we Lwowie, ale powtarzam za autorem wspomnień  "..Był to lokal ponadnarodowy, ponadpolityczny i ponadwyznaniowy, prawie, że eksterytorialny. Siadywał tu razem i pił i przekomarzał się tradycyjny poeta-kataryniarz z awangardowym młodzikiem czy ponurym futurystą, malarz akademicki z niezrozumiałym abstrakcjonistą siedział obok rewolucjonisty i komunisty pochodzącego z ziemiańskiej lub bogatej żydowskiej rodziny, dalej lub nawet z nimi bratał się sanacyjny generał i profesorowie uniwersytetu, politechniki czy eksportówki, księża, redaktorzy, brat-łata (?) był ów lokal i szkołą życia, akademią literatury, dobrego tonu, dowcipu, miejscem konkursów krasomówczych, aktorskich, koncertów, dysput artystycznych, spotkań codziennych i nadzwyczajnych, szpitalem położniczym kawałów i powiedzonek, stanowił świat dla siebie. Ach, ileż tam było cudnych typów? Co piątku do Atlasa schodzili się profesorowie i lekarze po posiedzeniach lekarskich, we czwartki w małej sali urzędowali studenci niemieccy, od 5 do 7 wieczorem "demokratyczny stół" z Bartelem patrzył, jak przy stole mecenasa Pierackiego zbierali się endecy, a "Zespół Stu" z Mękarskim, Stahlem, Hrabykiem i Piestrzyńskim, skupiający się wokół "Słowa Polskiego", patrzył na stolik króla Lwowa Henryka Zbierzchowskiego, który tu więcej czasu spędzał niż w biurze, redakcji i domu łącznie (?) Każdy lokal ma swe osobliwości i zwyczaje. Karykatury robione przez Sichulskiego, Procajłowicza, Grusa, Artura, Szyka, Kondora, Bickelsa i Makułę oraz malowidła pędzla Dębickiego i Wygrzywalskiego na ścianach-z wierszykami obecnych to poetów i kund - były sławne na całą Polskę. Zachwycali się później nimi, za czasów rosyjskich, Korniejczuk i graf Aleksy Tołstoj. W tym lokalu można było zamówić wiersz na imieniny narzeczonej czy babci, sonet miłosny dla najdroższej, fraszkę, slogan, obraz lub przemówienie na pogrzeb, a co ciekawsze, czasem można tu było w ten sposób zapłacić za konsumpcję."

I co uczynił brak znajomości naszej bogatej historii? (a co dopiero będzie się działo po wprowadzeniu podręcznika "Ku współczesności", który jako tendencyjna reklama poglądów jednej opcji politycznej z historią niewiele ma wspólnego. Niczym podręcznik historii z 1951 roku, podręcznik rosyjski przełożony na polski, Jefimowa czy Jefremowa. Historia XIX i XX wieku a w nim tylko historia ruchu robotniczego. A gdzie silnik parowy?).

Zamiast prezentowania historii ludzi, całej plejady wspaniałych, barwnych postaci i ich wiedzy i niezwykłych pomysłów, przy ul Gałczyńskiego będą zapewne rozmowy o kolorach podwiązek, modelowaniu włosów i paznokci.

A może nic się nie zmieniło od czasu PRL?. W związku z 80 rocznicą urodzin wspaniałego człowieka i światowej sławy kompozytora, Wojciecha Kilara, Antoni Wit opowiadał w audycji radiowej o blokadzie koncertów Wojciecha Kilara przez władze komunistyczne  w Katowicach. W przeciwieństwie do Krakowa, gdzie nikomu nie przyszło do głowy upolityczniać kunszt mistrza. Wojciech Kilar pochodzi ze Lwowa i tak pisze w swej biografii: Znam osoby, które bywały w świecie, widziały Rzym, Paryż, Londyn, Nowy Jork, Ateny (?) i które odwiedzając po raz pierwszy Lwów mówią: Mój Boże, nie wiedzieliśmy, że pochodzisz z tak cudownego miasta. To najpiękniejsze, najwspanialsze polskie miasto.
http://wojciechkilar.pl/biografia-1

Pewnie nie doczekam się w Warszawie, w Faktycznym Domu Kultury, debaty nad Historią Filozofii Władysława Tatarkiewicza, choć akurat nie urodził się we Lwowie tylko w Warszawie, o której pisze: "Warszawa w owych latach mego dzieciństwa miała wielu mieszkańców, ale była małym miastem. Wszystko w przybliżeniu działo się między Nowym Światem a Marszałkowską i między Miodową a Piękną.(?) Na Saską Kępę można się było dostać tylko łódką. Konne dorożki i konne tramwaje były lokomocją zupełnie wystarczającą."

Władysław Tatarkiewicz urodził się 3 kwietnia 1886 r. w Warszawie. Kształcił się na tajnych kompletach Uniwersytetu Latającego w Warszawie, a także w Zurychu, Berlinie, Marburgu, Paryżu i Lwowie. Już wtedy ujawnił się szeroki wachlarz jego zainteresowań (studiował prawo, psychologię, filozofię, antropologię, zoologię oraz historię sztuki).
http://www.kul.pl/zyciorys-prof-wladyslawa-tatarkiewicza,art_11967.html

Bogate życie Władysława Tatarkiewicza, obcowanie ze sztuką, kulturą, nauką i znakomitościami II RP przyczyniły się do jego wspaniałej kariery naukowej. Dużo podróżował, choć pisze skromnie: "jeździłem od młodu trochę po świecie: jak na dzisiejszą miarę przeciętnie, jak na owe dawne czasy-dużo." Pierwszą zagraniczną, turystyczną podróż odbył do Kopenhagi, gdzie rodzice chcieli zobaczyć muzeum Thorvaldsena.  Jako student, w 1905 roku wybrał się z Zurychu na klasyczne wejście nocą na Righi oraz przebył "drogę z św. Gottarda przez Furka Pass i gleczer Rodanu". Dwukrotnie podróżował nad Ren (raz na rowerze), raz do Saskiej Szwajcarii i Gór Herzu. "Wtedy wsiadłem do innego pociągu, niżbym powinien, i zajechałem przypadkiem przez błogosławioną pomyłkę do Hildesheimu, jednego z najpiękniejszych miast środkowej Europy. (?) Lato 1911, po doktoracie, spędziłem na pięknej dzikiej wyspie na Oceanie, Belle-Isle-en-Mer. Byłem tam z mym uniwersyteckim niemieckim przyjacielem z Marburga, później tak sławnym historykiem filozofii, Heinzem Heimsoethem. Co lato były inne podróże. Jednego lata z bratem byliśmy w Dreźnie, Monachium, Lucernie, Fryburgu, Montreux. Z Monterux poszedłem przez góry, a potem pojechałem dyliżansem przez Gruyere do kartuzji Valsainte, wysoko położonej w górach: każdy miał prawo zajechać do klasztoru, niczym się nie legitymując, nie podając nazwiska. O piątej rano budzono na nabożeństwo. Tego surowego, przejmującego kartuskiego kościoła do końca życia nie zapomnę".

W 1921 roku udał się do Paryża na wielką wystawę sztuki polskiej, jej komisarzem był znajomy Władysława Tatarkiewicza, znakomity rzeźbiarz Edward Wittig. Ministrem pełnomocnym Polski był wówczas Maurycy Zamoyski. Na odczyty i wykłady zapraszano go do Genewy, Brukseli, Holandii od Rotterdamu po Utrecht, ale również do Rio i Sao Paulo w Brazylii. Był też okres wileński w życiu Profesora."Zaczął się wspaniałym otwarciem Uniwersytetu, uroczystym pochodem przez miasto. Wilno nie zapomniało swej tradycji, a że blisko przez 100 lat było pozbawione szkoły wyższej, tym  bardziej umiało ją cenić.A ile znakomitych jak Ferdynand Ruszczyc, Marian Zdziechowski, Stanisław Kościałkowski, Marian Massonius, Michał Siedlecki czy ks. Kazimierz Zimmermann. Asystentem katedry był Benedykt Woyczyński, wdowa po nim wstąpiła do klasztoru i przez wiele lat, jako matka Benedykta była przełożoną Lasek. Wraz z żoną Władysław Tatarkiewicz zrobił katalog blisko pół tysiąca rękopisów filozoficznych, przeważnie skryptów odziedziczonych po dawnych klasztornych kolegiach.Semianria ze studentami odbywały się poza miastem czy na cmentarzu na Rossie."Gorzej było tylko, gdy trzeba było jeździć do Warszawy: most na Niemnie pod Grodnem uginał się i chwiał pod pociągiem, potem zaniechano tego połączenia."
A w Warszawie, która była dla Profesora najważniejsza? Cztery dni tygodnia oddane uniwersytetowi. Po wykładach profesor przyjmował słuchaczy, a potem sam siebie douczał w bibliotece. Seminaria, Rada Wydziału, posiedzenia Towarzystwa Naukowego i Filozoficznego. A i bujne życie towarzyskie, przyjaźnie z cudzoziemcami, niektóre pół wieku trwające jak z Ellen Ankarsvard, córką ministra Szwecji, która nauczyła się polskiego i uczęszczała na wykłady uniwersyteckie.

No cóż, nienawiść trwa. Odsunięty przez komunistów,  młodych, urzeczonych ideologią marksistowską został celowo zapomniany. Nie zagości i teraz w Faktycznym Domu Kultury, który nomen omen mieści się przy ulicy Gałczyńskiego, spolegliwego poety.

Ograniczenie faktów i historii do  Dody czy Viletty Villas wzbudza we mnie  wątpliwości co do rzetelności twórczości Mariusza Szczygła jako reportera,  na jakiej podstawie buduje  wizerunek innych narodów.

A poczucie humoru lwowiacy mieli niczym Czesi. I nie zaściankowe. "Gdy zaś do tego Hollendra przyjechał Artur Marya Swinarski i obaj razem jedli kolację, Szczepku i Tońku stają obok nich z miotłami na ramionach i stoją jak żołnierze na warcie. Trzeba pamiętać, że Artur Marya był nie tylko świetnym poetą, ale i miał opinię wybitnego pederasty. Kiedy ktoś ich spytał, po co tam  tak stoją, odpowiadają:

"My tu przyśli pilnować cnoty Tadzia!".

Wracając do sceny Faktycznego Domu Kultury, pomysł objazdu Polski z częścią wydarzeń kojarzy mi się z opowieścią Jacka Łukasiewicza. Z końcem czerwca 1952 roku zachorował na gruźlicę i znalazł się w sanatorium. Zamieszkał w pokoju z młodymi działaczami partyjnymi, między innymi pierwszym sekretarzem komitetu powiatowego partii w Suwałkach. Niezwykle zaangażowani, wieczorami i nocami pisali referaty i dyskutowali, w całym sanatorium odbywały się zebrania. "Ilość tak zwanych zebraniogodzin dla gruźlików była wprost niesłychana, co spowodowało, że wizytująca sanatorium grupa lekarzy radzieckich po zapoznaniu się z bogatym życiem ideologicznym sanatorium oświadczyła, że pacjenci muszą się leczyć." Zaangażowali się w ruch artystyczny, chór pacjentów przygotował akademię na 22 lipca, "potem wsadzono nas wszystkich na otwarte ciężarówki i po zapylonych drogach jeleniogórskich jeździliśmy od spółdzielni produkcyjnej do spółdzielni. I tam chór gruźlików, nad głowami płowowłosych dzieci, które siedziały w pierwszym rzędzie, plując i kaszląc prątkami Kocha, deklamował Mandaliana i śpiewał pieśni rewolucyjne. (Jacek Trznadel - Hańba domowa).
Mam inny "dom kultury",  tam dzieje się wiele, różnorodnie  i wspaniale, jak we Lwowie- to niezależne media i spotkania z niezależnymi twórcami. Polecam, różnorodność nas wzbogaca.

Bożena Ratter

 




Dodaj komentarz :
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Login :   Hasło :


Komentarze :
22-07-2012 22:04
Pani Bożeno - nie tyko niezależne media. Jest i teatr co sie zowie "Nie Teraz" - patriotyczny, nowatorski. Po Polsce jak trupa bezdomnych trubadurów się przemieszcza - i budy nawet nie ma, a o scenie w Domu Kultury to nawet i marzyć nie śmie. Ale gra ... i jak gra ... i co gra!
Tylko, że "cnoty liberalnej" widza wielu tu pilnuje - bo jeno pokątnie wieść o tym teatrze dociera.


Solidarni2010.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.
Wypełnij ankiete, Twoja pomoc jest bardzo ważna!
Wypełnij ankietę »
Chcesz wstąpić do Stowarzyszenia ?
Wypełnij deklaracje »
Akcje obywatelskie.Dzieje się coś ważnego w Twoim mieście?
Napisz nam o tym »
wrzesień 2014
PnWtŚrCzPtSoNd
1
 
2
 
3
4
5
 
6
7
 
8
9
10
11
 
12
13
14
15
 
16
17
 
18
19
20
21
 
22
 
23
24
25
26
27
 
28
 
29
 
30
 
1
 
2
 
3
 
4
 
5
Brak wydarzeń
x
Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.