Coł koł kiem
data:22 lipca 2012     Redaktor:

Jesienia ukaże się nowa książka Toyaha. Oto jej przedsmak.

(...)

W latach mojego szczenięctwa, katowicki Pałac Młodzieży nosił dumne imię Bolesława Bieruta. Szczerze powiedziawszy, wcale nie jestem pewien, czy Bolesław Bierut wciąż nie patronował tej kulturalnej, sportowej i edukacyjnej placówce jeszcze pod koniec lat 80-tych. Oczywiście w tamtym czasie Bierut był już mocno passe, ale nie wydaje mi się, by ktokolwiek wówczas miał jakikolwiek powód, by to nazwisko stamtąd usuwać. Tak czy inaczej, jak mówię, kiedy byłem małym chłopcem, Pałac Młodzieży nazywał się dokładnie tak jak wyglądał. A wyglądał tak jak wygląda dziś.

Jak każde porządne ? ale też i niejedno mniej porządne ? dziecko, byłem przez swoich rodziców zapisywany do Pałacu Młodzieży ze złośliwą regularnością. Chodziłem tam najpierw do tak zwanej Sali Bajek, a później, kiedy już miałem więcej lat, do Sali Zabaw, potem na angielski, następnie na akordeon, jeszcze później na judo i gimnastykę, na basen, na plastykę i Bóg Jeden wie, na co jeszcze. I, powiem szczerze, że właściwie nigdy mi się tam nie podobało. Pałac Młodzieży zawsze robił na mnie okropnie przygnębiające wrażenie, zarówno z zewnątrz, jak i od środka. Od pierwszego dnia swojej tam obecności czułem, że jest to miejsce mi wrogie, a ludzie, których tam spotykam ? zarówno dzieci, jak i dorośli ? życzą mi jak najgorzej. Nawet ta metalowa tabliczka z numerkiem z szatni, którą trzeba było nosić na szyi, budziła we mnie czysty lęk.

Czy spotkała mnie tam jakaś rzeczywista przykrość? Owszem ? parę razy, jednak ani nie wydaje mi się, by stało się to już w moim pierwszym tam dniu, ani też nie sądzę, by to owe przykrości zainfekowały to miejsce. Myślę, że było odwrotnie ? to nie ludzie, którzy spędzali tam swój czas zainfekowali Pała Młodzieży. To Pałac Młodzieży zainfekował tych ludzi.

Z dzieciństwa spędzonego w Pałacu Młodzieży, pomijając atmosferę, konkretnych wspomnień mam zaledwie parę. Najstarsze z nich zostało nawet uwiecznione na pewnym zdjęciu. Jest ta sala, na pierwszym planie grupa dzieci tańczy w kółku, a ja stoję smutny w kącie. O ile, sobie przypominam, to była jakaś kara. Za co? Tego akurat nie pamiętam. W każdym razie, na pewno nie za niegrzeczność, bo byłem dzieckiem grzecznym. Coś mi chodzi po głowie, że za spóźnienie.

Drugie wspomnienie związane jest z zajęciami na basenie. Ono akurat jest jakby potrójne, bo z jednej strony obejmuje ostry zapach chloru, którym tamta woda była stale uzdatniana, byśmy nie dostali jakiejś choroby, z drugiej ów odbijający się echem od ścian i wody wrzask dzieci, no i wreszcie postać ratownika-trenera, który chodził wzdłuż brzegu basenu z długim kijem, którego oryginalnym przeznaczeniem było ratowanie tonących dzieciaków, jednak w jego rękach służyło wyłącznie do odpychania od brzegu tych, które z jakiegoś powodu, nie chciały pływać.

Kolejne z tych wspomnień, to lekcje akordeonu. Rodzice chcieli, bym grał akurat na akordeonie trochę dlatego, że byli ludźmi, dla których to właśnie akordeon był instrumentem pierwszego wyboru, no a poza tym, nie mieliśmy w domu ani gitary, ani pianina, ani skrzypiec ? tylko ten nieszczęsny akordeon, więc wybór wydawał się być zupełnie naturalny. Nigdy nie nauczyłem się na nim grać. Chodziłem na owe lekcje przez dwa lata, i pamiętam z nich tylko jeden pochód pierwszomajowy, kiedy to z innymi dziećmi maszerowaliśmy ulicą i graliśmy na tych pieprzonych instrumentach ówczesny ruski hit, piosenkę "Pust wsjegda budjet sołnce", no i jeszcze automatyczny ołówek mojej nauczycielki, którym lała mnie ona po palcach, ile razy źle układałem palce na klawiaturze. A dobrze układać nie potrafiłem.

No i wreszcie wspomnienie ostatnie, które mój stosunek do Pałacu Młodzieży zdefiniowało ostatecznie. Otóż któregoś dnia zostało tam zorganizowane jakieś przyjęcie, z okazji, której dziś już nie potrafię zidentyfikować. Siedzieliśmy wszyscy przy długich, przykrytych białym obrusem stołach, przed każdym z nas stał talerzyk, na talerzyku leżały dwie kromki tak zwanego "francuza", każda z tych kromek była pokryta chyba białym serkiem, a na tym serku leżały paski wyciśniętego z jakiejś tubki czegoś różowego. Ponieważ moje życie tak się ułożyło, że u nas nie jadło się "francuza", lecz zwykły chleb z kiełbasą,, lub z serem, a niekiedy, zwłaszcza na wakacjach, ten sam chleb, maczany w wodzie, posypywany cukrem, w towarzystwie posolonego zielonego ogórka, na widok tych dwóch kromek zdębiałem. One wyglądały egzotycznie, pachniały egzotycznie i robiły wrażenie czegoś gorszego od psiej kupy. Obok mnie, pamiętam, siedział jakiś nieznany mi gruby chłopczyk, którego zapytałem, czy ja muszę to jeść, na co on mi odpowiedział, że owszem, ja nie mogę tych kromek nie zjeść. To i je zjadłem.

Nie będę opisywał, co się działo dalej, a każdym razie, jeszcze dziś, po pięćdziesięciu latach, kiedy przechodzę obok Pałacu Młodzieży, kiedyś imienia Bolesława Bieruta, czuję mdłości. A po głowie chodzą mi tylko te trzy słowa "coł koł kiem", których się nauczyłem, kiedy przez jakiś miesiąc uczęszczałem tam na kurs judo. O ile pamiętam, chodzi o to, by kiedy się leci na mordę, umieć upaść bezpiecznie. Ale mogę się mylić.

toyah.pl






Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.