Józef Wieczorek: Degradacyjna schizofrenia. Dokąd zatem zmierzamy?
data:07 maja 2018     Redaktor: agalaura

Rezygnacja z planowanej degradacji generalskich przywódców zorganizowanej grupy przestępczej o charakterze zbrojnym wywołała konsternację a nawet oburzenie wśród wielu zwolenników obecnej dobrej zmiany, bo tej zmiany do dobrej nie da się zaliczyć.

 
 
Ale taki stan rzeczy jest tylko potwierdzeniem schizofrenicznego stanu III RP – podobno kraju wolnego, ale zachowującego ciągłość z systemem zniewolenia – jej poprzedniczką PRLem. Skoro u zarania transformacji nie przywrócono ciągłości z II RP, to i mówienie o III RP jest niejako nadużyciem i wprowadza w błąd, bo żyjemy w PRL- bis i z wolnością mamy ciągłe problemy.
 
Liczne błędy jakie są i będą popełniane w funkcjonowaniu państwa są niewątpliwie konsekwencją tego błędu fundamentalnego.
 
Ci, którzy winni być zdegradowani u zarania III RP nadal byli u władzy, a ci, którzy zostali zdegradowani w PRL nieraz pozostają do dnia dzisiejszego zdegradowani i nawet o tym się nie mówi, w podobno wolnym kraju.
 
Moc degradacyjna reżimu komunistycznego była wielka i trwała. Mocy degradacyjnej i przede wszystkim restytucyjnej – wolny kraj zwany III RP jakoś nie posiada.
 
Prowadzę swój blog z punktu widzenia akademickiego, nonkonformistycznego, więc przez decydentów zdegradowanego, ale niejako z obowiązku służbowego [obywatela na służbie] nawiązuję do systemu akademickiego, także w III RP stanowiącego zasadniczo kontynuację systemu PRL.
 
Za główne filary tego systemu uważa się habilitacje oraz profesury – te ostatnie nadawane centralnie przez główne siły polityczne (przewodniczących Rady Państwa w PRLu, Prezydenta RP – obecnie) rzekomo aby moc ich była wielka.
 
Mimo, że jesteśmy potęgą profesorską, ale mizerią naukową, moc nadawania profesur - mimo reform – ma być utrzymana w rękach prezydenckich, rzecz jasna po podsuwaniu nominacji przez wyselekcjonowaną komisję centralną, o mocach akademickich niekoniecznie znanych, co najlepiej chyba ilustruje odpowiedź nieżyjącego już b. szefa Centralnej Komisji do spraw Stopni i Tytułów prof. Tazbira na moje pytania (w roku 2004) o dorobek członków tej komisji „Z całym przekonaniem mogę podzielić pański pogląd o potrzebie istnienia przejrzystego, powszechnie dostępnego systemu informacji o dorobku naukowym całej kadry naukowej w naszym kraju.
 
Żałować należy, iż takiego, profesjonalnie przygotowanego systemu nie ma dotąd, zaś różne bazy danych funkcjonujące w Internecie są albo niepełne albo tak skonstruowane, że mogą być, jak sam Pan wskazał, źródłem nieporozumień. Potrzeba istnienia takiego profesjonalnego systemu informacji jest więc bezdyskusyjna, co jednak wymaga podjęcia określonych działań ze strony państwowych organów odpowiadających za politykę naukową w naszym kraju, zaangażowania do tego środków finansowych i organizacyjnych. Potrzebne byłoby też zapewnienie odpowiednich podstaw prawnych zapewniających dopływ do systemu informacji pełnych i w sposób obiektywny weryfikowanych…” . (https://wobjw.wordpress.com/2010/01/02/jawna-niejawnosc-dorobku-naukowego/).
 
W tej materii – mimo upływu czasu i przeprowadzania reform – nie ma istotnych zmian.
 
Niemal nikogo nie interesuje kto naprawdę decyduje o profesurach, które mają pozostać filarem systemu.
 
Prezydent ma moc nadawania profesur, ale nie ma mocy ich odbierania [czyli degradowania profesorów] nawet jak profesura jest uwarunkowana działalnością przestępczą (np. plagiatem).
 
Akademicy odbierają z rąk prezydenta nominacje profesorskie, ale degradacji – nie odbierają, bo są dożywotni.
 
Gdy przed laty nad możliwością degradacji dyskutowano podnosiły się krzyki, że to byłby zamach nad gwarantowaną konstytucyjnie autonomię nauki.
 
Dlaczego prowadzenie działalności przestępczej i to na niwie naukowej – a zatem poszukiwania prawdy – ma być chronione prawem i to konstytucyjnym?
 
Nie bez przyczyny mamy degradację/dewaluację stopni i tytułów naukowych i jest to degradacja/dewaluacja uwarunkowana prawem i obyczajami akademickimi.
 
W krajach o wysokim poziomie naukowym żaden prezydent czy król nie zajmuje się nadawaniem czy odbieraniem tytułów naukowych, bo tym się zajmują gremia naukowe, ale u nas przez lata komunizmu procesy awansów akademickich były uwarunkowane politycznie, dostępne dla aprobowanych przez aparat partyjny i tak zostało to środowisko uformowane.
 
Kto dla przewodniej siły narodu stanowił zagrożenie (realne, czy wyimaginowane) nie awansował, nie mógł pełnić funkcji kierowniczych.
 
Kiedy w czasach Solidarności okazało się, że studenci zamiast na towarzysza profesora zaczęli się orientować na bezpartyjnego, a nawet opozycyjnego doktora, trzeba było doktora eliminować, prowadzić systematyczną organizację jego niepowodzenia zawodowego, bo stanowił zagrożenie dla istniejącego porządku rzeczy i tak już pozostało i w III RP.
 
Degradacje akademickie PRLu utrzymano w mocy w III RP, dla tych, którzy stanowili zagrożenie dla beneficjentów PRLu (nie tylko partyjnych), szczególnie wtedy gdy zagrożenie z ich strony rozszerzyło się na cały patologiczny system akademicki stanowiący raj dla wyselekcjonowanych przez przewodnią siłę narodu.
 
Z przestrzeni publicznej te problemy całkiem zniknęły, bo autonomiczni bajkopisarze historyczni wyeliminowali słowo "komunizm", zjawisko politycznych weryfikacji kadr [w tym degradacji, bez możliwości odwołania!], a nawet w ferworze dziejopisarskim zdegradowali czynnik partyjny i tym samym ekscesy końca PRL przerzucili [w sposób zapewne niezamierzony] na barki profesorów/rektorów. A ci, złożeni autonomiczną epidemią amnezji i demencją starczą, utrzymują w mocy to co mocy prawnej nie powinno mieć.
 
Przestępca akademicki ma być chroniony prawnie i to konstytucyjnie, aby mu się krzywda czasem nie stała! Wyklęty przez komunistów ma pozostać wyklęty – co najmniej dożywotnio. I tego stanu rzeczy bronią także "NASI".
 
Skoro komuniści ułożyli tory, którymi nauka ma się poruszać, to i w III RP, mimo zmian, po tych torach nadal się porusza i kierunku poruszania się nie zmienia.
 
Znaki drogowe zostały utrzymane. Może jakieś szyny trzeba było wymieniać, śróbki podokręcać, nasypy umocnić, ale kierunek został zachowany.
 
Jedziemy nie tam gdzie trzeba, ale słychać głosy – utrzymać kierunek !
 
Mamy wzrost kadr habilitowanych i profesorskich i spadek poziomu nauki, spadek poziomu elit, a wręcz ich brak. Więc co? Trzeba utrzymać taki system, aby poziom spadku utrzymać?
 
Nie można degradować procesu samodegradowania się stopni i tytułów [?!] , nie bacząc na to, że degradacja uczelni – to degradacja państwa!
 
Brak degradacji generalskich to szok, ale brak degradacji profesorskich – szokiem nie jest.
 
Jeszcze w czasach wojny jaruzelsko-polskiej postulowałem przenoszenie w stan nieszkodliwości profesorów realizujących dyrektywy zorganizowanej, zbrojnej grupy przestępczej, organizujących procesy samoawansowania się, deprawowania młodzieży akademickiej, zapewniających systematyczną organizację niepowodzenia zawodowego – dla nich i systemu niewygodnych. Solidarności ze mną nie było i nadal nie ma. Solidarność z degradującymi naukę – była i pozostała, jak najbardziej.
 
Dokąd zatem zmierzamy?
 
Materiał ukazał się na blogu Autora TUTAJ
Zobacz równiez:





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.