Tadeusz Witkowski: Ustawa pod pręgierzem
data:20 lutego 2018     Redaktor: agalaura

Publikujemy nadesłany do redakcji materiał dotyczący polityki historycznej Polski w kontekście nowej ustawy o IPN.



 

Rozumiem historyków i publicystów sceptycznie oceniających szanse skutecznego wdrażania co poniektórych zapisów znowelizowanej ustawy o IPN, z operacyjnego punktu widzenia jej przyjęcie było jednak w mojej opinii wyjątkowo udanym manewrem.


Błogosławione kontrowersje

Nowelizacja rzeczonej ustawy musiała wywołać reakcję władz izraelskich, gdyż stawała się przeszkodą dla bezzasadnych roszczeń finansowych pod adresem Polski ze strony różnych grup interesu w samym Izraelu i na świecie. A że reakcja ta przybrała zaskakująco ostrą formę i pomimo nacisków ze strony izraelskiej i amerykańskiej prezydent ustawę podpisał, przyniosło to większą korzyść Polsce niż Izraelowi. Premierowi Izraela Benjaminowi Netanyahu wywołany konflikt pozwolił, co prawda, odwrócić na jakiś czas uwagę mediów od afery korupcyjnej, w którą ponoć jest uwikłany. Centroprawicowe władze polskie zyskały jednak czterokrotnie więcej.  Po pierwsze, po raz kolejny ośmieszone zostały rodzime środowiska totalnej opozycji wspierające izraelski punkt widzenia. Po drugie, Polacy, którym na sercu leży interes narodowy, bardziej jeszcze zbliżyli się do obozu dobrej zmiany. Po trzecie, politycy niemieccy (minister Sigmar Gabriel i kanclerz Angela Merkel) zmuszeni zostali do zajęcia stanowiska i wydania oświadczeń, iż Niemcy ponoszą pełną odpowiedzialność za Holokaust. Po czwarte, polski punkt widzenia zaczął przebijać się przez medialne sieci Zachodu. To, że intencje polskich ustawodawców opatrzono wielkim znakiem zapytania i że tu i ówdzie towarzyszyły temu głosy godzące w polską rację stanu, nie ma w istocie trwałego znaczenia. Dużo ważniejszy jest fakt, że adresaci przekazu mogli wreszcie zapoznać się z argumentami strony polskiej. W Stanach Zjednoczonych, na przykład, informacje na temat „kontrowersyjnej ustawy” przekazały w swoich angielskojęzycznych serwisach telewizyjnych zarówno BBC jak i Deutsche Welle. A że nie brakuje sprawiedliwych także wśród historyków i publicystów izraelskich (takich choćby jak Efraim Podoksik i Michael Kochin, którzy 9 lutego opublikowali w „Jerusalem Post” artykuł sympatyzujący z polskim punktem widzenia) przeciętnie wykształcony obywatel Izraela dowiaduje się o Polsce i Polakach czegoś, co może stanowić podstawę sensownego dialogu.

Sprawa jest, krótko mówiąc, rozwojowa. Powołanie przez premiera Morawieckiego zespołu ds. dialogu prawno-historycznego z Izraelem, który ma pomóc w rozwiązaniu kryzysu w stosunkach między oboma państwami, uznać należy za słuszne pociągnięcie, nie znaczy to jednak, że najgorsze mamy poza sobą. Koniec wojny o pamięć historyczną wcale nie wydaje się bliski.

 

Wymowne rusycyzmy

Pamięć ludzka jest z natury ułomna i funkcjonuje wybiórczo. Jeśli rejestruje traumatyczne doświadczenia człowieka niezbyt biegłego w pisaniu i mówieniu, to świadectwo doznanych przez niego krzywd przybiera po latach najczęściej formę dominującej narracji medialnej.

Polscy dziennikarze referujący sprawę demonstracji grupy ocalonych z  Holokaustu staruszków przed ambasadą polską w Tel Awiwie zwrócili uwagę na kilka wymownych szczegółów. Otóż okazało się, że ośrodek pomocy społecznej, z którego dowieziono demonstrantów, jest współfinansowany przez fundację International Christian Embassy Jerusalem (ICEJ założoną przez syna niemieckiego żołnierza Werhmachtu, który znalazł się w sowieckiej niewoli i przetrwał dzięki pomocy dwójki Żydów rosyjskich. Jedna z uczestniczek protestu miała powiedzieć dziennikarzom „Times of Israel”, że była eskortowana „pod karabinami należącymi do niemieckich i polskich żołnierzy”, a wśród użytych plakatów dostrzeżono i sfotografowano jeden z napisem „Polaki, my pamiętamy co nam zrobili”.

Nie trudno dojść do wniosku, że słowo „Polaki” to rusycyzm wskazujący na pochodzenie osoby, która go użyła. Według danych z roku 2015 ciągle pokaźną część populacji Izraela stanowią rodziny żydowskie przybyłe z Rosji tudzież z byłych republik sowieckich (14,21%) oraz z Polski (2,95%). Należy przy tym pamiętać, że znacznie mniej niż połowa imigrantów z Polski przetrwała Holokaust na ziemiach zajętych w 1939 roku przez Niemców. Większość stanowiąca trzy fale emigracji żydowskiej z naszego kraju do Izraela (1946, 1956 i 1968) wróciła po wojnie do Polski ze Związku Sowieckiego.

Cały problem w tym, że wiedza o doświadczeniach martyrologicznych czasu II wojny światowej nie ogranicza się do historii Holokaustu. To także znajomość faktów, które miały miejsce pod okupacją sowiecką, gdzie głównymi ofiarami prześladowań byli etniczni Polacy.

Nikt trzeźwo myślący nie kwestionuje dziś faktu, że martyrologia Żydów pod okupacją niemiecką była czymś absolutnie wyjątkowym, gdyż sama przynależność do narodu żydowskiego oznaczała od pewnego momentu wyrok śmierci. Ale też nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie oskarżał Polski o współudział w Holokauście tylko dlatego, że hitlerowcy rozmieścili obozy tam, gdzie znajdowało się największe skupisko Żydów. Kryminalne akty i donoszenie na Żydów miały miejsce we wszystkich krajach okupowanej Europy, a na terenie naszego kraju polskie państwo podziemne karało je śmiercią. Instytucjonalna kolaboracja z okupantem niemieckim to również zjawisko powszechne choćby dlatego, że w państwach okupowanych tworzono służby porządkowe w oparciu o lokalne struktury administracyjne. Także część Żydów w gettach sprawowała różne funkcje w instytucjach i organizacjach kontrolowanych przez władze niemieckie, a porządku strzegła żydowska policja.

Zgodnie z instrukcjami towarzyszącymi przyjęciu Planu Barbarossa, specjalne jednostki niemieckie SS i Policji Porządkowej zaczęły masowo zabijać Żydów w kilka dni po ataku na Związek Sowiecki 22 czerwca 1941r. W sensie formalnym, decyzja o tzw. „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej”, która w praktyce prowadziła do mordowania Żydów w obozach śmierci, zapadła podczas konferencji w Wannsee pod Berlinem 20 stycznia 1942 roku.

Przed wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej sprawy wyglądały inaczej. Na terenie Polski władze okupacyjne gromadziły wyznawców judaizmu i osoby żydowskiego pochodzenia w gettach. Po sowieckiej stronie ich sytuacja była nieporównanie lepsza, jako że ci, co już przed 1939 rokiem „komunizowali”, z reguły aktywnie wspierali lokalne władze. Takimi właśnie zapamiętali ich Polacy, którzy przeszli aresztowania, deportacje i łagry. Stosunki między grupami narodowościowymi zamieszkującymi okupowane przez Sowietów wschodnie tereny Rzeczypospolitej nie mogły w związku z tym układać się bezkonfliktowo. Dobrą ilustracją panujących wówczas animozji jest obfitująca w rusycyzmy, sarkastyczna rymowanka z okolic Włodzimierza na Wołyniu:

 

Nasi żydki siędy tędy,

Wszystkie pójdą na urzędy,

Ukraińcy do kołchozu,

A Polaki do wywozu.

 

Część polskich historyków biorących udział w debacie na temat zbrodni w Jedwabnem (jak choćby Tomasz Strzembosz) szukała klucza do rozumienia genezy owej tragicznej, nie do końca wyjaśnionej historii właśnie w konfliktach narodowościowych poprzedzających wkroczenie Niemców. Media, które argumentując przeciw znowelizowanej ustawie nawiązują do tamtych doświadczeń, sięgają wszakże najczęściej po książkę Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi”. Typowym przykładem jest choćby tekst „Holocaust law wields a 'blunt instrument' against Poland's past”, który na stronie internetowej BBC opublikował (3 lutego) Joel Gunter. Pozwolę sobie w związku z powyższym na wprowadzenie wątku natury osobistej.

W maju i w czerwcu 2001 roku, zbierając materiały do artykułu o debacie na temat Jedwabnego, dotarłem wraz  z przyjacielem, Mariuszem Bondarczukiem, do kilku naocznych świadków wydarzeń sprzed ponad pół wieku. Jednym z nich była pani Genowefa Malczyńska (z domu Żelazna), wywieziona z Jedwabnego na dwa dni przed atakiem Niemiec na Związek Sowiecki. To właśnie ona zrelacjonowała nam przebieg aresztowania, wywózki i pięcioletniej zsyłki, z której część rodziny Żelaznych nigdy nie wróciła, jako że niektórzy jej członkowie umarli z głodu. Tym, co przede wszystkim utkwiło w pamięci pani Genowefy,  były słowa enkawudzisty, który po nich przyszedł. Na pytanie jej matki, dlaczego właśnie ich wywożą, miał on odpowiedzieć „My s soboj sobak nie priwiezli – [e]to waszy jewreji” (dwóch żydowskich sąsiadów czekało w tym czasie w ogrodzie).

Tego rodzaju doświadczenia nie mogły nie zaważyć na postawach lokalnej społeczności po wkroczeniu wojsk niemieckich. Jeśli jakaś rodzina w szczególny sposób ucierpiała pod okupacją sowiecką na skutek działań któregoś z sąsiadów, krewni i przyjaciele mogli dojść do nieuprawnionego wniosku, że nadszedł czas porachunków tudzież stosowania zasady zbiorowej odpowiedzialności.

 

Krajobraz po ataku

Jeśli chcemy skutecznie bronić prawdy o polskich doświadczeniach, nie możemy skupiać się wyłącznie na sprawie Holokaustu i tłumaczyć światu, że nie jesteśmy zań współodpowiedzialni. Jest to temat ważny, ale nie do tego stopnia, by poświęcać mu całą uwagę kosztem przekazu o innych wojennych i okupacyjnych doświadczeniach Polaków.

Strona izraelska nigdy nie zgodzi się na postawienie znaku równości między pojęciem zbrodni hitlerowskich a określeniem „zbrodnie komunistyczne”. Z prostego powodu: nieproporcjonalnie duży udział w budowie systemu komunistycznego mieli Żydzi polscy i rosyjscy, którzy później emigrowali do Izraela. Nie znaczy to, że kierując przekaz do odbiorcy nie znającego pełnej historii kresów powinniśmy drażliwe kwestie przemilczać. Są przecież fakty takie choćby jak wymordowanie przez grupy partyzantów, w skład których wchodzili głównie zbiegli z gett Żydzi, mieszkańców polskich wsi Koniuchy i Naliboki.

Potrzebny jest uczciwy, wycelowany w całość polskich doświadczeń, angielskojęzyczny film dokumentalny z udziałem kompetentnych historyków różnych nacji. Film, który można by pokazać w sieciach zagranicznych telewizji i dostarczyć w formie zarejestrowanej na nośnikach cyfrowych naszym placówkom dyplomatycznym. Gdyby te dobrze wywiązały się z powierzonej im misji, materiał ów miałby wielkie szanse dotarcia do zainteresowanych mediów, bibliotek publicznych i instytucji polonijnych. To kosztuje, ale jeśli znowelizowana ustawa wejdzie w końcu w życie,  bez inwestycji tego rodzaju polscy prokuratorzy ścigający oszczerców i ignorantów utoną w zalewie napływających spraw. Jak na razie, mamy tylko dokument, który Trybunał Konstytucyjny może uznać za mało precyzyjny i zażądać dopracowania niektórych zapisów. Przeciwnicy przypisują mu intencje tuszowania prawdy o Holokauście, a media zachodnie, przywykłe do tradycyjnej narracji, nazywają kontrowersyjnym. Lepsze to wszakże niż powielanie kłamstw, bo jeśli kontrowersje utorują drogę prawdzie, polska wojna o pamięć zakończy się naszym pełnym sukcesem.

 


 

Autor jest emerytowanym lektorem języka polskiego w University of Michigan (Ann Arbor) i wykładowcą w Saint Mary’s College w Orchard Lake, badaczem akt przechowywanych w archiwach IPN, byłym pracownikiem Służby Kontrwywiadu Wojskowego i członkiem Komisji Weryfikacyjnej ds. Wojskowych Służb Informacyjnych. Represjonowany w czasach PRL i internowany w okresie stanu wojennego wyjechał z rodziną na emigrację w roku 1983. W 2016 r. na stronie internetowej MON-u redagował dwujęzyczną zakładkę poświęconą warszawskiemu Szczytowi NATO.

Zobacz równiez:





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.