Przenikliwy wiatr znad morza spadł na ulice Gdańska z taką siłą, jakby nad miastem rozpętało się trzęsienie nieba. Bałtyckie sztormy były szczególnie dotkliwe zimą, być może powstawały z zimnych mas powietrza, przygnanych z dalekiej północy i jeszcze ociekających od polarnej zorzy. Chmury, ciężarne od soli i pyłu, kłębiły się nad wieżami katedry i dźwigami portu, które przypominały szkielety przedpotopowych stworów. Adam przeciągnął się w łóżku, nie musiał dzisiaj iść do stoczni. Od wczoraj był na chorobowym, powalony grypą. Przeziębił się parę dni temu przy wieczornym rozklejaniu plakatów. Dzisiaj mieli w planach robić to w południe, gdyż wieczorami wzrastała ilość patroli. Wszystko zależało jednak od tego, czy Tadek zdobędzie nową puszkę kleju. Adam nie czuł się najlepiej, wolałby przenieść tę akcję na inny termin, ale z drugiej strony nie mieli wyboru – zbliżał się trzynasty marca.
Włączył radio i poszedł do kuchni. Matka przygotowała mu herbatę z mlekiem i pajdę chleba z żółtym serem.
– No, jak się czujesz dziś, Adasiu? – zapytała z troską.
– Kiepsko! Na szczęście mam zwolnienie. Pogoda też fatalna, i miałem dziwny sen. Śniło mi się, że szedłem przez te podmokłe łąki, co są niedaleko naszych bloków... Prawie zapadałem się...
– Niedobry sen, ale jak się skończyło?
– Doszedłem jakoś do domu.
– A, to dobrze, syneczku. Wszystko dobre, co...
Nagły dzwonek do drzwi przerwał matce. Adam podniósł się.
– To pewnie Tadek. Otwórz, mamo, ja pójdę się ubrać...
Za progiem stali tajniacy i milicjanci. Wpadli do mieszkania, jak ludzie stojący w kolejce po cenny towar, gdy nagle ktoś otworzy im drzwi do sklepu.
– Gdzie syn? – padło pytanie.
Adam stał w progu pokoju z ręcznikiem zarzuconym na piżamę.
– Ubieraj się! – rzucił sucho funkcjonariusz – pójdziesz z nami!
– To niemożliwe, syn jest chory! Ma zwolnienie z pracy!
– Do innych rzeczy jest zdrów jak rydz! No, pośpieszcie się obywatelu... Tu jest nakaz aresztowania! – i oficer pokazał papier.

Na peron weszła starsza pani, utykając lekko na prawą nogę. W staroświeckim futerku i w bereciku z wełny, przypominała zadbaną emerytkę. W prawej ręce dźwigała niedużą walizkę i dopiero wtedy można było dostrzec, że ten ciężar stał się przyczyną jej chwiejnego kroku. Musiała ważyć sporo, jeżeli staruszka wyraźnie przechylała się na prawą stronę ciała. Z trudem postawiła walizeczkę na stopniu, a później w drzwiach wagonu. Taki ciężar mógł mieć rozmaite źródło: cegły, żelastwo albo książki. Starsza pani nie wyglądała jednak ani na handlarkę złomem, ani na kolekcjonerkę kamieni. Amunicją naszych czasów był drukowany papier.
![]() | Marek Baterowicz (ur. 1944) jako poeta debiutował na łamach „Tygodnika Powszechnego” i „Studenta” (1971). Debiut książkowy - „Wersety do świtu” (W-wa,1976); tytuł był aluzją do nocy PRL-u. W 1981 r. wydał poza cenzurą zbiór wierszy pt. „Łamiąc gałęzie ciszy”. Od 1985 roku na emigracji, od 1987 w Australii. Autor kilku tytulów prozy(M.in "Ziarno wschodzi w ranie"-1992 i 2017) oraz wielu zbiorów poezji, jak np. „Serce i pięść” (Sydney, 1987), „Z tamtej strony drzewa” (Melbourne, 1992 – wiersze zebrane), „Miejsce w atlasie” (Sydney, 1996), „Cierń i cień” (Sydney,2003), „Na smyczy słońca” (Sydney, 2008). W 2010 r. we Włoszech ukazał się wybór wierszy - „Canti del pianeta”, następnie "Status quo" (Toronto, 2014), zbiór opowiadań – „Jeu de masques” (Nantes,2014),"Nad wielką wodą" (Sydney,2015) oraz e-book jego powieści marynistycznej, osadzonej w XVI wieku „Aux vents conjurés”. |