Kartka z kalendarza: Zbrodnia niemieckich terrorystów na polskich żołnierzach pod Serockiem
data:04 września 2017     Redaktor: ArekN

 

Mit "szlachetnego" Wehrmachtu i złego SS jest wyjątkowo uwłaczający faktom. Niemieccy żołnierze w okrucieństwie niewiele ustępowali swoim kolegom z trupimi czaszkami na hełmach a współpraca między jedną i drugą formacją kwitła w najlepsze.

 


5 września 1939 roku w okolicach Serocka, niemiecki 604. Lekki Batalion Budowy Dróg stał się świadkiem ataku wojsk polskich na 1. Kompanię Sanitarną 32. Dywizji Piechoty. Jednak wbrew doniesieniom rozgłośni Deutschlandsender, dzięki interwencji polskiego oficera oddział ten nie ucierpiał. Batalion stracił tego dnia 6 ludzi. Strat tych „(…) dałoby się częściowo uniknąć, gdyby kompanie miały wystarczająco dużo broni. Poza tym okazało się, że młodzi członkowie Służby Pracy prawie w ogóle nie zostali przeszkoleni, przez co tracą nieco panowanie nad sobą”. W nocy z 4 na 5 września w punkcie zbiórki jeńców w Serocku doszło jakoby do próby ucieczki, podczas której wybuchła panika.


„Zaczęła się gwałtowna strzelanina, którą przerwała dopiero energiczna interwencja oficerów”. Żołnierze 604. Lekkiego Batalionu Budowy Dróg, „jeszcze trochę wzburzeni i wyprowadzeni z równowagi wydarzeniami dnia”, „z nadmiernego zdenerwowania” zastrzelili 84 jeńców. W toku przesłuchania świadków pod koniec lat sześćdziesiątych nie udało się wyjaśnić, czy jeńcy polscy w Serocku rzeczywiście podjęli próbę ucieczki. Jeńcy mieli zostać ostrzelani zarówno z karabinów, jak i z ustawionych dodatkowo armat przeciwpancernych, przy czym ogień przerwano dopiero wówczas, gdy pojawiło się niebezpieczeństwo, że ucierpią też żołnierze niemieccy. Tego samego wieczoru w sąsiednim Łowinie „w chwili przybycia około 800 jeńców zdenerwowani żołnierze również nadużyli broni podczas prób ucieczki”.


 


https://www.tygodnikprzeglad.pl/wehrmacht-jak-ss/


 


Warto przytoczyć również fragmenty poniższego artykułu, które wykazują, że niemiecka armia bardzo często działała jak organizacja terrorystyczna, nie przestrzegając żadnych międzynarodowych konwencji. Działania te miały miejsce od samego początku wojny, co wskazuje na realizowanie ściśle wytyczonego planu i obala mit o "zwykłych Niemcach zmuszonych do wojny". Walka o prawdę historyczną powinna obejmować również działania wywierające presję na niemiecki rząt, aby jego polityka edukacyjna uwzględniała historyczne fakty, czyli akty terrorystyczne wymierzone w polską armię i zwykłych Polaków.


 


Sprowadzenie Polaków do roli niewolników lub ich całkowita zagłada – taki cel przyświecał niemieckim oddziałom przekraczającym granice II RP 1 września 1939 r. Od samego początku z wyjątkową precyzją i skrupulatnością realizował go Wehrmacht.
Wbrew powszechnej opinii skrajnie antypolskie nastroje towarzyszyły nie tylko żołnierzom SS w czarnych mundurach i z trupią czaszką na czapce. Na długo przed wybuchem wojny zdominowały one także Wehrmacht, poczynając od zwykłych szeregowców, przez korpus oficerski, a na najwyższym dowództwie skończywszy. Polskę postrzegano jako „bękarta wersalskiego”, który zaburzył wielowiekowy porządek w Europie. Samych zaś Polaków uważano za podludzi, stojących na drabinie społecznej zaledwie szczebel wyżej od Żydów.


(...)


Hitler i jego dowódcy przemienili Wehrmacht w sprawną maszynę do zabijania. Czasy, kiedy wojenna przemoc ograniczała się do działań frontowych, dawno minęły. W „Wytycznych do jednolitego przygotowania Wehrmachtu do wojny 1939/40” wyznaczono armii rolę wykraczającą daleko poza jej tradycyjne zadania. W planowanej okupacji Polski Wehrmacht miał dodatkowo pełnić obowiązki administracyjno-policyjne. Oznaczało to, że przynajmniej w początkowej fazie cała administracja cywilna, podobnie jak wszystkie służby mundurowe, będzie podlegała wojsku. Mimowolnie więc dokument zdradzał totalny charakter nadchodzącej wojny, w której armia miała decydować o losie ludności cywilnej.
Już zupełnie otwarcie o celach Wehrmachtu w Polsce mówił sam Hitler. Podczas rozmowy z szefem wojsk lądowych, gen. Waltherem von Brauchitschem, w marcu 1939 r. przekonywał, że „Polska powinna być tak rozgromiona, aby w ciągu najbliższych dziesięcioleci nie trzeba było brać jej w rachubę jako czynnika politycznego”. Chociaż Brauchitsch skrycie gardził Führerem i jego ideologią, zgadzał się z nim co do przyszłości wschodniego sąsiada Rzeszy. Pogarda dla Polski i Polaków spajała niemiecką armię lepiej niż jakakolwiek odezwa wodza.
Tuż przed przekroczeniem polskiej granicy Brauchtisch zwrócił się do podkomendnych: „Niemiecki żołnierz nie może ani przez chwilę zapominać, że kiedy ma do czynienia z ludnością cywilną, nie należy ona do narodu niemieckiego i chociaż pozornie może wydawać się przyjazna, jest jednak wewnętrznie wroga. Każdy Polak, który zaatakuje niemieckich żołnierzy, urzędników lub folksdojczów, narazi na szwank ich własność albo dokona aktu sabotażu, zostanie skazany na śmierć”.


Bomby na bezbronne miasta


Nie zawodowi żołnierze, ale właśnie cywile stali się pierwszymi ofiarami niemieckiej inwazji. Zanim pancernik „Schleswig-Holstein” rozpoczął ostrzeliwanie Westerplatte, eskadra Luftwaffe zbombardowała Wieluń. W dwóch nalotach dokonanych wczesnym rankiem 1 września zginęło niemal 2170 osób, a ok. 75% zabudowy miasta legło w gruzach. Trzy dni później Luftwaffe zrzuciła bomby na Sulejów. Miasto zostało zniszczone w 70%, zginęło ok. 700 osób. 8 września, w święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, niemieckie bomby trzykrotnie spadły na Janów Lubelski, w którym tego dnia był odpust. „O godz. 11.30 rozpoczyna się uroczysta suma. Kościół przepełniony ludźmi. W połowie sumy, po podniesieniu słychać z oddali warkot samolotów. Na pewno nie będą bombardować bezbronnego miasta, przecież tu sami cywile. Nie ma wśród nich ani jednego żołnierza. Ale warkot staje się coraz głośniejszy. I nagle spadają bomby na miasto, jedna koło kościoła; huk niesamowity, ludność ucieka. Janów płonie. Widok niesamowity. Na rynku wielu poległo od bomb. Słychać jęk ludzi, mieszający się z jękiem zwierząt. Znowu słychać warkot bombowców. Powtórnie bombardują miasto. Chcą zniszczyć kościół. Obok niego padają bomby. Inne spadają na domy mieszkalne. Godzina 16. Niemcy po raz trzeci bombardują miasto! Wokół zabici, zgliszcza domów i sterczące kikuty kominów”, wspominał ówczesny wikariusz ks. Czesław Dmochowski. Zginęło ok. 350 osób. 13 września piloci 8. Korpusu Lotniczego Luftwaffe urządzili sobie zawody w trafianiu do celu we Frampolu. W ciągu kilku godzin ponad setka samolotów zrównała z ziemią niemal całe miasto. Miejscowości te nie miały żadnego znaczenia militarnego, w żadnym nie stacjonowała polska jednostka wojskowa.
Warszawa natomiast miała się stać przykładem dla całej Europy. Polska stolica była nieustannie bombardowana od pierwszych godzin wojny. Tylko 25 września, w „lany poniedziałek” – jak zapamiętano ten dzień – w wyniku nalotów zginęło ok. 10 tys. osób. Tak wielkie straty wśród cywilów wynikały z celowego zrzucania bomb na szpitale, kościoły i budynki mieszkalne. Jedna z pielęgniarek relacjonowała: „W szpitalach zdejmujemy na gwałt wywieszone flagi Czerwonego Krzyża. Okazuje się, że Niemcy nie tylko nie oszczędzają szpitali, lecz przeciwnie – specjalnie je ostrzeliwują”. Zdaniem polskich historyków, Warszawa na długo przed kapitulacją spełniała kryteria miasta otwartego, którego bombardowania zabraniała konwencja haska.
Okazało się jednak, że na podbitych terenach konwencja haska była martwa. W przenośni i dosłownie.(...)


Martwe konwencje


Do najgłośniejszych przykładów bestialstwa Wehrmachtu w pierwszych miesiącach okupacji należą mord na ocalałych obrońcach budynku Poczty Polskiej w Gdańsku oraz pacyfikacja Bydgoszczy. Tylko podczas tej ostatniej akcji śmierć z rąk niemieckich żołnierzy poniosło ok. 5 tys. cywilów, których jedynym przewinieniem było obywatelstwo polskie. Aby zabezpieczyć się przed odwetem, władze okupacyjne cały czas trzymały przed swoją siedzibą zakładników. „Oni sami i przechodzący Polacy wiedzieli dokładnie, że za każdy strzał (…) jeden z nich będzie musiał zginąć – raportował 8 września szef komendy operacyjnej w Bydgoszczy. – Ponieważ polscy strzelcy z ukrycia nawet tym nie dali się odstraszyć, spełnił się los pojmanych zakładników”.
(...) Niemal identyczna sytuacja miała miejsce tego samego dnia w Siewierzu. Za domniemany udział w akcjach przeciwko Niemcom rozstrzelano 19 osób, z których większość nie przekroczyła 20. roku życia.
„Kiedy tylko przybywaliśmy na nowe miejsce, dowódca miał zwyczaj mówić: »Zabijmy na początek kilku ludzi (…), zabijmy 20 mężczyzn, żebyśmy tu mieli ciszę i spokój. Nie chcemy, żeby jakieś pomysły urodziły się w ich głowach!«”, wspominał jeden z niemieckich żołnierzy.
Wehrmacht nie miał litości również dla pokonanych żołnierzy. Nienawiść do jeńców podsycała propaganda Goebbelsa, podając kłamliwie, że Polacy wymordowali 58 tys. Niemców. 11 września na głównym placu Zambrowa zebrano ok. 4 tys. polskich jeńców z 18. Dywizji Piechoty. Każda, nawet najmniejsza próba ruchu miała być karana śmiercią. W nocy na plac wbiegły konie, wywołując popłoch wśród uwięzionych Polaków. Niemcy otworzyli ogień, zabijając – według różnych  źródeł – od 50 do 200 osób i ok. 100 raniąc. Następnego dnia w Szczucinie w miejscowej szkole stłoczono ok. 40 jeńców i 30 cywilów, po czym budynek podpalono, a do jego wnętrza wrzucono granaty. Nikt nie przeżył.
Podobne zbrodnie na jeńcach można by długo wyliczać. W Ciepielowie oddziały niemieckie rozstrzelały 300 rozbrojonych polskich żołnierzy i oficerów. 66 jeńców zostało zamordowanych w Serocku. Na szybką śmierć nie mogło liczyć 42 żołnierzy Wojska Polskiego, z których wielu zakatowano pasami i kolbami karabinów niedaleko wsi Majdan Wielki (Lubelszczyzna). Pozostali zginęli od kul plutonu egzekucyjnego. Nie oszczędzano także pilotów. Wbrew haskim „Regułom wojny powietrznej” z 1923 r. niemieckie myśliwce z lubością celowały do polskich lotników ratujących się skokiem ze spadochronem.
Po egzekucji jeden z żołnierzy zanotował w dzienniku: „Ci nieludzcy Polacy, którzy wpadli w nasze ręce, ci Polacy, którzy bestialsko mordowali jeńców wojennych, (…) czy powinni być użyci do nawet najcięższej pracy? Nie! Dziesięć razy lepiej rozstrzelać ich, wystrzelać ich do ostatniego Polaka”.


Pacyfikacja wsi


Dantejskie sceny rozgrywały się również poza ośrodkami miejskimi. Agresję niemieckich żołnierzy potęgowała bieda i zacofanie polskiej wsi. „Tam, gdzie obecny jest wyłącznie polski element, wszystko jest zniszczone, brudne i nędzne, (…) ludzie zdemoralizowani, ulice i domy brudne”, relacjonował jeden z oficerów. Według różnych szacunków, w trakcie kampanii wrześniowej Wehrmacht spacyfikował od 430 do niemal 480 wsi. Już pierwszego dnia wojny w Zimnowodzie i Parzymiechach (okolice Częstochowy) od niemieckich kul zginęło ok. 110 mieszkańców. Podobny los spotkał m.in. przygraniczny Wyszanów, gdzie 2 września wymordowano ponad 20 starców, kobiet i dzieci. Wcześniej wszyscy nadający się do pracy mężczyźni zostali wywiezieni w głąb Rzeszy. Podczas kampanii wrześniowej całkowicie znikły z powierzchni ziemi m.in. Kajetanów (Łódzkie) i Torzeniec (Wielkopolska), gdzie Wehrmacht zabił łącznie ponad stu mieszkańców. Ci, którzy cudem przeżyli, nie mieli dokąd wracać.
W odwecie za opór stawiany czołgom najeźdźcy 2 i 3 września spalili Wysoką pod Jordanowem. We wsi uznanej za bandycką spłonęło 148 zabudowań. Na rozwieszonych tablicach widniał napis: „Wieś Wysoka już nie istnieje. Osiedlanie się na tym terenie grozi przymusowym przesiedleniem lub śmiercią”.
„Zamknąć serca na współczucie”, nakazał Hitler swoim generałom tuż przed inwazją na Polskę. Sądząc po przebiegu kampanii wrześniowej, słowa wodza trafiły na podatny grunt. Szacuje się, że do 25 października 1939 r., czyli do zakończenia tymczasowego zarządu wojskowego na podbitych przez Niemców terenach, w ponad 700 masowych egzekucjach rozstrzelano niemal 16,5 tys. cywilów, w tym wiele kobiet i dzieci. Tysiące wysiedlono w tym czasie m.in. z Pomorza i Wielkopolski.


Polowanie na Żydów


Rozmiary bestialstwa żołnierzy Wehrmachtu niepokoiły niektórych dowódców. „Smutkiem napełnia nas widok niemieckich żołnierzy, którzy bezmyślnie podpalają, mordują i rabują (…), bez skrupułów łamiąc prawo i plamiąc honor niemieckiego żołnierza”, zwierzał się jeden z oficerów w połowie października 1939 r. Kiedy jednak mjr Rudolf Langehauser próbował interweniować w tej sprawie u szefa sztabu, usłyszał tylko, że zgodnie z rozkazami każdy Polak mógł być rozstrzelany na miejscu.
Głosy sprzeciwu ginęły pośród krzyku ofiar i rechotu oprawców. O wiele wyraźniej dało się słyszeć inne wypowiedzi, takie jak pewnego lotnika Luftwaffe: „Drugiego dnia wojny w Polsce musiałem zbombardować dworzec w Poznaniu. Osiem spośród 16 bomb uderzyło w miasto, między domy. Nie sprawiło mi to radości. Trzeciego dnia było mi to obojętne, czwartego dnia miałem z tego zabawę. Ściganie po polu pojedynczych żołnierzy ogniem karabinów maszynowych i zostawianie ich tam z kilkoma kulami w kręgosłupie było naszą rozkoszą przed śniadaniem”.
Ci, którzy przeżyli pierwsze tygodnie okupacji, nadal nie mogli się czuć bezpiecznie. Relacje świadków z września i października 1939 r. pełne są opisów poniżania ludności cywilnej przez coraz bardziej rozzuchwalonych żołnierzy Wehrmachtu. Kobiety traktowano niczym łupy wojenne, nie przepuszczając żadnej okazji, aby je „wyszczotkować”, co w żołnierskim slangu oznaczało gwałt.
Jeden z szeregowców chwalił się koledze: „W Warszawie nasi żołnierze stali w kolejce pod drzwiami domu. W Radomiu pierwsze pomieszczenie było pełne, podczas gdy ludzie z ciężarówki stali na zewnątrz. Każda kobieta przyjmowała 14-15 mężczyzn na godzinę. Kobietę zmieniano po dwóch dniach”.
Pod rządami Wehrmachtu cierpieli wszyscy. Najgorszy los czekał jednak Żydów. Zanim powstały pierwsze obozy zagłady i komory gazowe, Niemcy stosowali mniej wyrafinowane, lecz równie skuteczne metody zabijania. Część historyków mówi nawet o swoistej „turystyce egzekucyjnej” niektórych żołnierzy, gotowych pokonać wiele kilometrów w poszukiwaniu kolejnych ofiar. (...)
Obok Polaków celem Einsatzgruppen byli również Żydzi. Oddział, którym dowodził obergruppenführer Udo von Woyrsch, znaczył swoją obecność na Górnym Śląsku, mordując setki Żydów i paląc dziesiątki synagog. Apogeum działalności grupy nastąpiło w połowie września 1939 r., kiedy w zaledwie trzy dni jej członkowie wymordowali ok. 600 Żydów z Przemyśla. „Rekordzista” chwalił się, że własnoręcznie zabił 50.


Mit uciszał sumienia


Choć te zbrodnie obciążają SS, odpowiedzialność za nie spada na Wehrmacht. To właśnie armia sprawowała wówczas pełnię wojskowej i cywilnej kontroli nad podbitymi terenami. Naturalnie zdarzali się oficerowie, którzy protestowali przeciwko bestialstwu Einsatzgruppen. Częściej jednak Wehrmacht przymykał oczy na działalność SS, a nawet czynnie ją wspierał. Tuż przed inwazją na Polskę członek Sztabu Generalnego meldował, że w sprawie funkcjonowania Einsatzgruppen „szybko doszliśmy do porozumienia”. Opornym zaś przypominano, że „wsparcie komand operacyjnych w ich zadaniach policji granicznej i państwowej jest w interesie wojska”.
Jak zatem ma się do tych faktów mit szlachetnego Wehrmachtu jako przeciwieństwa zbrodniczego SS? Odpowiedź jest prosta: nijak. Legenda o rycerskiej armii powstała tuż po klęsce 1945 r. jako wygodna wymówka dla milionów Niemców ubrudzonych udziałem w nazistowskiej machinie zagłady (w latach 1939-1945 przez niemieckie siły zbrojne przewinęło się ok. 17 mln mężczyzn). Nawet jeśli w pełni nie wybielała ich niedawnych czynów, to z pewnością usprawiedliwiała brak wyrzutów sumienia.
Mit ten szybko podchwyciła światowa popkultura. Kolejne filmy i książki tak długo powielały fałszywy podział na dobrych żołnierzy Wehrmachtu i złych esesmanów, aż utrwalił się on w powszechnej świadomości. Także Polaków. Emitowany niedawno w telewizji niemiecki serial „Nasze matki, nasi ojcowie” słusznie został skrytykowany za wykrzywiony obraz Armii Krajowej. Dlaczego natomiast nie było słychać głosów oburzenia na niemal sielankowe przedstawienie kampanii wrześniowej i okupacji Polski?
Nieprzypadkowo przełomowa, bo demaskująca grzechy niemieckiej armii, wystawa „Zbrodnie Wehrmachtu – wymiar niszczycielskiej wojny 1941-1944” pomijała jej udział w eksterminacji ludności polskiej. Mimo to pod naciskiem prawicowych polityków organizatorzy musieli na pewien czas wstrzymać ekspozycję. „Ci, którzy uważają, że całe wojenne pokolenie to członkowie i pomocnicy bandy zbrodniarzy, chcą Niemców dotknąć do żywego”, grzmiał prominentny działacz CDU Alfred Dregger.
Prawda bywa bolesna, tym bardziej nie powinno się jej fałszować ani uciszać. Skala zbrodni Wehrmachtu w Polsce nadal wymaga dokładnych badań, jednak nawet w świetle obecnych ustaleń nie sposób obronić mitu szlachetnej i czystej armii. „Jeśli porównać liczbę ataków fizycznych, przypadków grabieży i okropności popełnionych przez armię i SS, SS i policja nie wyglądają tak źle”, pisał Reinhard Heydrich w lipcu 1940 r. Trudno o lepsze podsumowanie rządów Wehrmachtu w Polsce niż słowa jednego z największych nazistowskich zbrodniarzy.
(...)


https://www.tygodnikprzeglad.pl/czarny-wrzesien-1939/


 







Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.