Z archiwum: Wykład prof. A. Nowaka "Komunizm realny - zatrute dziedzictwo i jego przezwyciężanie"
data:01 lipca 2012     Redaktor:


Przypominamy niezwykle ważny wykład prof. A.Nowaka sprzed 3 lat zarejestrowany przez Solidarnych2010. Jego aktualność i waga wciąż jest szczególna!


12 czerwca 2012 roku odbył się kolejny wykład z cyklu spotkań z historią "Pejzaże polskiej pamięci" organizowany przez Katolickie Stowarzyszenie "Civitas Christiana" i parafię św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu.

Zapraszamy do wysłuchania wykładu:

Materiał filmowy Nr 1

Zapis wykładu:

 

Przed chwilą miałem przyjemność spotykać się z młodzieżą jednego z warszawskich liceów, bo oczywiście kontakty z młodzieżą są tak samo potrzebne jak kontakty z każdą inną grupą wiekową naszych współobywateli.

 

Chcę najserdeczniej państwu podziękować za cierpliwość i zainteresowanie tematyką, która jest i państwu, i mnie bliska, za tę serdeczność, którą odczuwałem dla polskiej historii, a za jej pośrednictwem także dla tych, którzy tę historię na swój sposób uprawiają. Chciałem ogromnie podziękować księdzu prałatowi za tak równie serdeczną gościnę, za te niezwykłe, wyjątkowe miejsce, organizatorom - panu Marianowi Ćwikowi i Stowarzyszeniu Civitas Christiana, którzy są inicjatorami całego tego cyklu. Ogromnie im dziękuję za ten pomysł.

 

Żeby nie przedłużać tego, co powinno być długie, czyli wyrazu najszczerszej, serdecznej wdzięczności wobec państwa, wobec organizatorów, chcę na koniec tej części powiedzieć, że mam nadzieję, że będzie nas coraz więcej, niekoniecznie tutaj, bo tu zrobi się może duszno i nie do wytrzymania, ale na [innych] takich spotkaniach. Ta walka o polską historię, która toczy się, a która nabrała pewnej intensywności w ostatnich miesiącach dzięki ofierze strajku głodowego dzielnych ludzi, którzy tę ofiarę podjęli, by zamanifestować wolę obrony miejsca historii w polskich szkołach, zaczęliśmy chyba lepiej rozumieć. Państwu to nie było potrzebne, ale wiele osób poza tą salą, które być może nie doceniały znaczenia historii, dzięki tej dyskusji, szerokiej, coraz szerszej, zaczęły rozumieć, jak poznawanie naszej wspólnej przeszłości może nam pomóc dzisiaj odnaleźć swoją godność, odnaleźć kierunek swojego działania w chaosie, który tworzą codziennie media. Ta właśnie perspektywa walki o historię jest perspektywą, która nie ma końca. Nie jest tak, że możemy coś ogłosić za załatwione, odtrąbione. Ta walka będzie trwała dalej. Dzisiaj dowiedziałem się, przed chwilą, i mam nadzieję, że ta informacja się potwierdzi, że ministerstwo zadeklarowało wreszcie pierwsze maleńkie ustępstwo w sprawie reformy programowej, która zlikwidowała de facto naukę historii w II i III klasie liceum, że tutaj jakby pierwszy krok został postawiony w kierunku poprawy tej niedobrej sytuacji. Ale to także nie znaczy, że możemy, jeśli ta wiadomość się potwierdzi, uznać, iż coś osiągnęliśmy. Tylko codziennym przypominaniem znaczenia tej historii i codziennym wysiłkiem rozumienia swojego w niej miejsca, możemy tę historię, historię Polski, przedłużyć.

 

Spotkanie, które zacząłem przed kilkoma godzinami w Liceum im. Jana Kochanowskiego, nasunęło mi na myśl pewną zapomnianą rocznicę. Dwadzieścia pięć lat temu, 12 czerwca, Jan Paweł II zwrócił się w czasie swojej trzeciej pielgrzymki do młodzieży na Westerplatte [?] To było 25 lat temu; ja wtedy też zaliczałem się do tej grupy ( dziś już niestety nie mogę). A więc to jest adresowane do wszystkich pokoleń Polaków, to wezwanie, byśmy odnajdowali swoje Westerplatte. To wezwanie, które warto przypomnieć dzisiaj, tę niezwykłą, chyba najważniejszą, lekcję historii, jakiej Jan Paweł II udzielił młodym Polakom jako wezwanie do zakorzenienia w dziejach, do zrozumienia, że przykłady z przeszłości: bohaterstwa, poświęcenia, pracy na rzecz budowy tej wspólnoty, zmagania ze zdradą, z głupotą, z obcymi przeciwnikami i z tymi, którzy są w nas samych [?] w postaci lenistwa, zniechęcenia, czasem głupoty; że to zmaganie, któremu towarzyszy refleksja o tym, że przed nami zmagali się inni, że zostawili nam taki skarb, jakim jest Polska istniejąca wciąż w tym miejscu Europy, a o tyle bogatsza przezswoją kulturę przez tysiąc lat nawarstwioną, że to jest nadal nasz obowiązek, z którego nikt nas nie zwolnił i którym musimy zarażać tych, którzy być może jeszcze go nie rozumieją - jeszcze nie zrozumieli - jak on jest ważny na co dzień.

 

Ta rocznica 1987 roku przypomina mi także inny element, pamiętacie państwo, większość z państwa,ten czas, to zniechęcenie 6-letnią już szarówką[?] stanu wojennego, formalnie tylko odwołanego 22 lipca 1983 roku, ale przecież trwającego nieprzerwanie od 13 grudnia 1981 roku do, można powiedzieć, 4 czerwca 1989. Te sześć lat, to zniechęcenie wtedy nawarstwiające się, przypomina w istocie, czym był komunizm, na czym polegało to jego najbardziej zatrute dziedzictwo: na tym właśnie, byśmy się dali zniechęcić, byśmy opuścili ramiona, byśmy stwierdzili, że nic już się nie da zrobić, że inni przed nami próbowali i przegrali. Jak wtedy myślała większość z nas o sierpniu 1980 roku? Myśleliśmy o tym jako o przegranej sprawie. Może dzisiaj nie chcemy tego przyznać, ale takie były wtedy nastroje. Właściwie po śmierci księdza Jerzego tak już było. Ostatni moment, kiedy czuliśmy się razem, to był pogrzeb księdza Jerzego, ale czuliśmy jednak tę siłę, która depcze dobro, która depcze prawdę, siłę, o której przezwyciężenie modliliśmy się, ale traciliśmy nadzieję. Wielu z nas straciło nadzieję. Taka jest prawda o nastrojach społecznych; w każdym razie nie o indywidualnych wyborach - bo te były różne. Otóż właśnie to zniechęcenie, stłamszenie, zduszenie wspólnoty polskiej, wydaje mi się najważniejszym, tragicznym, rozpisanym na trzy pokolenia, doświadczeniem komunizmu w Polsce. Nie byłoby tego doświadczenia, oczywiście, gdyby nie tragedia II wojny światowej. Tragedia polegająca na tym, że Polska, która odzyskała w okresie II Rzeczpospolitej, jeśli można tak powiedzieć, status domu, w którym jest gospodarzem naród polski, Polska straciła swój dom i straciła swoją rolę gospodarza właśnie wskutek ataku dwóch najpotężniejszych imperiów totalitarnych w historii, które naraz połączyły swoje siły przeciwko II Rzeczpospolitej. Doświadczenie było tym bardziej tragiczne, że II Rzeczpospolita, jak o tym mówiliśmy, wychowała wyjątkowe, w skali całej polskiej historii, pokolenie. Pokolenie, w którym patriotyzm był jak powietrze. Film "Westerplatte" Stanisława Różewicza, o którym wspominałem kiedyś, niedostępny wciąż w sprzedaży masowej, najpiękniejszy film o polskiej historii czasu II wojny światowej, pokazuje właśnie tamto pokolenie ludzi, którzy w większości przecież przyszli ze wsi, niekoniecznie do miast, w większości jeszcze mieszkali na wsi, ale przyszli do wojska polskiego i gotowi byli bronić państwa polskiego, często dłużej nawet niż ci z dziada pradziada Polacy z wielkich miast, którzy byli oficerami. Nie mówię tutaj o żadnej perspektywie zdrady tych oficerów czy pokolenia inteligencji, bo takie postawy były bardzo rzadkie. Zwracam uwagę na coś innego, że zanikło w II Rzeczpospolitej pojęcie "tutejszy". "Tutejszych" w 90 procentach zastąpili Polacy. Były oczywiście jakieś grupy "tutejszych", były inne mniejszości narodowe, miały prawo być, ale niemal zanikła ta postawa obojętności wobec losów wspólnoty. Upowszechniona została, w stopniu wyjątkowym, w skali całej polskiej historii, postawa dumy z tego, że jesteśmy gospodarzami, że cieszymy się tą wolnością, swoim państwem. Spieramy się o to, jak ono ma się rozwijać, którymi ścieżkami; czasem bardzo ostro: narodowi demokraci z piłsudczykami, socjaliści z ludowcami, ale spieramy się z przekonaniem, że to jest coś najważniejszego: dobro tej wspólnoty. I ta wspólnota została zmiażdżona siłami nieporównanie większymi niż te, którymi mogliśmy dysponować po 20 latach budowania własnego państwa.

 

I potem nastąpiło coś jeszcze, coś co pogorszyło tę sytuację, coś, co dobrze odzwierciedla [?] książka, jaka ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa "Znak". Książka bardzo szeroko reklamowana. Nie tak szeroko, jak jej poprzedniczki, książki Jana Tomasza Grossa, książka na pewno poważniejsza, zasługująca na bardziej wnikliwą uwagę, ale która w gruncie rzeczy powiela ten sam schemat, co jej bardziej publicystyczne poprzedniczki. To jest książka Marcina Zaremby zatytułowana "Wielka Trwoga". To historyk polski. To jest jego rozprawa habilitacyjna. Bardzo utalentowany historyk, który zebrał ogromną masę źródeł historycznych, które mają wykazać stan zdziczenia społeczeństwa polskiego po II wojnie światowej. Stan zdziczenia spowodowanego tragicznymi doświadczeniami. Nie jest tak, że autor potępia społeczeństwo polskie w swej masie, tylko stara się zasugerować, że to jest istota wiedzy o Polsce i Polakach. W 1944/45 roku dzikie, poruszane najniższymi instynktami stado, gotowe zabić każdego, złupić, byle przetrwać, bo takie ofiary poniosło. Tego Marcin Zaremba nie kryje, mówi o skali prześladowań, które dotknęły także Polaków w czasie II wojny światowej.

 

Ten obraz, w którym nie ma prawie miejsca, na przykład, na doświadczenie martyrologium kościoła - to autora nie interesuje, nie ma miejsca na martyrologium inteligencji polskiej. To jest obraz, który niemal w całości wypełnia zdziczała tłuszcza - do tego jest zredukowane społeczeństwo polskie [?]. Wydawnictwo zasłużone, powiedziałbym, dla prezentowania tego rodzaju wizji Polski w ostatnich latach, bo przecież wcześniej w latach 60-70-tych, to naprawdę bez żadnej ironii i cudzysłowu, wspaniałe zasłużone wydawnictwo dla podtrzymania najlepszych tradycji polskiej inteligencji. Cytuję z tyłu okładki informacje o tej książce: "Czerwonoarmiści, sprzedajni milicjanci, dezerterzy, bandyci, setki tysięcy kalek, sierot, żebraków. To oni tworzyli prawdziwy krajobraz powojennej Polski." Koniec! To jest cała powojenna Polska! To jest właśnie charakterystyczny przykład uogólnienia, które jest intencjonalną pracą nad polską pamięcią: żebyśmy poczuli pogardę dla siebie samych, żebyśmy poczuli wstyd za siebie samych, żebyśmy zrozumieli, że musi przyjść ktoś, kto zapanuje nad tymi dzikimi instynktami, które w nas są. Kto przyjdzie i zaprowadzi porządek.

 

Otóż ta praca nie zaczęła się od książek Jana Tomasza Grossa czy od dużo poważniejszej i zasługującej oczywiście na większą recenzję, niż te parę słów, które tutaj poświęcam, książki Marcina Zaremby. Ta praca zaczęła się w 1944-45 roku, a raczej zaczęła się w 1939 r. po 17 września na części ziem Rzeczpospolitej. Wtedy zaczyna się historia PRL-u, komunizmu w Polsce. Nie od manifestu PKWN przygotowanego w Moskwie, a ogłoszonego w Chełmie Lubelskim w 1944 r., ale od doświadczeń z polskością, jakie nowa władza komunistyczna podjęła zaraz po wkroczeniu Armii Czerwonej na ziemie II Rzeczpospolitej między 17 września 1939 a 22 czerwca 1941 r. Nie mając czasu skupiać się nad tym bardzo ważnym przygotowawczym także okresem,publicystyką Nowych Widnokręgów, pracą tej części inteligencji polskiej, lewicowej najczęściej - choć nie zawsze - która wzięła udział właśnie w tym procederze gwałtu na polskiej pamięci, gwałtu na polskiej tożsamości, przejdę od razu do tego okresu, który nastał, kiedy Armia Czerwona wkroczyła ponownie na ziemie, które miały być przeznaczone na państwo wydzielone dla Polaków państwo (które nie miało być włączone bezpośrednio i formalnie do Związku Sowieckiego - jak połowa II Rzeczpospolitej wcielona do ZSRR decyzją Rady Najwyższej tego państwa w październiku 1939 r.). Mówię o tak zwanej Polsce Lubelskiej, która decyzjami Wielkiej Trójki w Teheranie, a potem potwierdzonej w Jałcie, miała pozostać jako osobny punkt na mapie. Nowe władze komunistyczne, które przyjechały tutaj dzięki czołgom sowieckim - inaczej nie mogłyby przecież tutaj się pojawić - zainstalowane zostały w Polsce nie w wyniku wojny domowej, jak uporczywie powtarza i ten autor, którego cytuję, Marcin Zaremba. Niestety to wyjątkowo nieudany, nieprawdziwy schemat propagandowy. I jak powtarza część podręczników szkolnych, tych które wchodzą teraz do I klasy liceum i gdzie reklamuje się, iż wreszcie polscy uczniowie będą mieli okazję poznać do końca, spokojnie, prawdziwą historię XX wieku.

 

W trzech na cztery podręczniki, jakie miałem okazję czytać i analizować, do I klasy, które wchodzą teraz, pojawia się ta właśnie formuła: "wojna domowa w Polsce". Nie było wojny domowej w Polsce. Gdyby była wojna domowa w Polsce, to nie byłyby potrzebne dwa fronty Armii Czerwonej i ich przejście przez ziemie polskie, a potem zostawienie, przez dwa kolejne lata, dwóch dywizji wojsk NKWD. 35 tysięcy żołnierzy, doborowych żołnierzy, sowieckich służb bezpieczeństwa. Nie doradców, nie o nich mówimy, w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, mówimy o żołnierzach liniowych, którzy mieli tutaj pilnować porządku. To nie byli Polacy biorący udział w wojnie domowej, to były jednostki sąsiedniego państwa, formalnie sąsiedniego. Te dwie dywizje brały udział w operacjach skierowanych przeciwko patriotom, których trudno zaliczyć do tej grupy czerwonoarmistów, sprzedajnych milicjantów, dezerterów, bandytów, kalek, sierot i żebraków. Zabrakło w tej wyliczance miejsca dla kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy podziemia niepodległościowego, którzy pozostali w podziemiu po maju 1945 r. i dalej chcieli walczyć - o tę Polskę niepodległą. A to oni właśnie stali się wyłapywaną przez czerwonoarmistów, a raczej NKWD-ystów, tak trzeba powiedzieć, łowną zwierzyną - nie w wojnie domowej, tylko w polityce okupacyjnej Związku Sowieckiego, której narzędziem stały się także jednostki kolaboracyjne NKWD, jednostki Ludowego Wojska Polskiego, w tym np. słynna ze swojego szlaku bojowego, którym napisała wiele naprawdę bohaterskich i tragicznych kart, I Dywizja im. Tadeusza Kościuszki. Żołnierze tej dywizji brali udział w tragicznej, strasznej obławie augustowskiej w Gibach, gdzie porwano, na przełomie lipca i sierpnia 1945 r., ponad 600 mieszkańców okolic Augustowa, by w ten sposób zdławić tamtejszą partyzantkę niepodległościową. Wiemy, że zniknęli beż śladu. 530 nazwisk na kamieniu w Gibach dokumentuje tę straszliwą, do tej pory nie w pełni udokumentowaną, zbrodnię. NKWD i jednostek kolaboracyjnych, właśnie tak trzeba je nazywać, polskich jednostek kolaboracyjnych. Nie można ich nie nazwać polskimi: po prostu byli też polscy kolaboranci tych władz okupacyjnych, którzy stopniowo przejmowali odpowiedzialność za Polskę z rąk mających zająć się innymi krajami, innymi sprawami, panów z Moskwy.

 

Otóż tu jest pierwszy element zatrutego dziedzictwa historycznego, na który trzeba zwrócić uwagę. Zafałszowanie, którego hasłem wywoławczym jest stwierdzenie "wojna domowa". Ono ma zafałszować prawdę o systemie komunistycznym, najważniejszą z naszego punktu widzenia (polskich doświadczeń), że jest to system który przyszedł do nas z zewnątrz. To nie jest usprawiedliwienie polskości i Polaków, nie jest tak, że jesteśmy immunizowani na komunizm, bo wielu Polaków zaangażowało się w walkę o wprowadzanie tego systemu, ale oni nie mieli szans na wygranie w Polsce, gdyby nie najazd zewnętrzny, gdyby nie zewnętrzna interwencja. Polska stała się częścią imperium sowieckiego. Stała się kolonią zewnętrzną imperium sowieckiego. To jest prawda o genezie komunizmu w Polsce. Pierwsza prawda, o której trzeba pamiętać. Pierwszy okres rządów tej właśnie kolaboracyjnej władzy w Polsce jest okresem najokrutniejszym.

 

Drugie kłamstwo, które wiąże się z dziedzictwem komunistycznym i tworzy jego szczególnie zjadliwą, zatrutą część, polega na tym, że widzimy to dziedzictwo w odwróconej perspektywie. Na czym ten fenomen polega? Otóż na tym, że pamiętamy i jest nam przypominany w szczególności ostatni okres władzy komunistycznej. To jest zresztą poniekąd naturalne, zgodne z naszą pamięcią. Pamiętamy to, co sami przeżyliśmy, to, co bliższe nam w czasie, niż to, co dawniejsze. W związku z tym raczej pamiętamy stan wojenny, od którego zacząłem. Rzadziej przywołujemy okres stalinowski. Na czym polega tutaj zafałszowanie? No na tym, że stan wojenny to były klocki dla małych dzieci w porównaniu z pierwszym okresem władzy komunistycznej w Polsce. W stanie wojennym, możemy szacować, zginęło 100 do 200 osób. 100 to jest ta minimalna cyfra zaproponowana przez Komisję Rokity, 200 to większe szacunki obejmujące różne typy ofiar stanu wojennego i oczywiście gigantyczne straty związane właśnie ze zniechęceniem całego pokolenia. To nie jestżadna apologia stanu wojennego, żebyście Państwo źle mnie nie zrozumieli. Nie mówię, że stan wojenny był dobry czy relatywnie mniejszym złem, nie. Chodzi mi o coś innego. Za chwilę dojdę do konkluzji najistotniejszej w tej kwestii. Teraz chodzi mi o przypomnienie najprostszego faktu: najbardziej zbrodniczym okresem w historii komunizmu w Polsce był pierwszy okres stalinowski. To był gwałt na polskości i Polakach, gwałt dokonany dla dobra, jeśli można użyć tutaj tego pojęcia, a raczej w interesie sąsiedniego mocarstwa, w jego najgorszej fazie ideologicznej. Gwałt dokonany dzięki oparciu o siłę tego mocarstwa, gwałt, w którym stopniowo coraz większą rolę odgrywały, rzeczywiście, formacje, instytucje kolaboracyjne państwa formalnie polskiego. Można szacować, że w tym okresie, między majem 1945, a 1955 r., zginęło lub zostało zamordowanych, w wyniku tego gwałtu, 40 do 50 tysięcy Polaków. To jest skala tego gwałtu. Przypomnę, że przez trzy tylko więzienia, Rawicz, Wronki i Fordon, przeszło 150 tys. polskich patriotów. Przeszło?, niektórzy wyszli do ziemi z tych więzień. Proporcjonalnie jeszcze więcej osób bohaterskich, obrońców godności Polski przeszło przez centralne więzienie MBP, tu w Warszawie oczywiście, na Mokotowie. A przecież takich więzień były dziesiątki, setki w skali całego kraju, wymieniam te najbardziej znane. NKWD zresztą wywoziło do Rosji te "najtrudniejsze przypadki" - przepraszam, że użyję tego właśnie określenia. Z Ziem Wschodnich Rzeczpospolitej wywieziono, tylko w 1944 i 1945 roku, ponad 30 tys. żołnierzy AK. I drugie tyle wywieziono z Polski Lubelskiej, czyli tej Polski formalnie oddzielonej od Związku Sowieckiego, także do Związku Sowieckiego. Oni nie znaleźli się w Polsce w "suwerennych" więzieniach, by tak rzec, podległych nawet formalnie polskiemu MBP, tylko trafili do sąsiedniego państwa. To tak się rozgrywa wojny domowe? Tu jednakże już podkreślam nie ten fakt zależności od Związku Sowieckiego, ale podkreślam fakt skali tego gwałtu, skali przemocy zastosowanej, by rzeczywiście wtrącić Polaków w poczucie beznadziei, w stan kapitulacji, w stan prostracji duchowej. To jest okres w którym każda forma patriotyzmu polskiego musiała przeciwstawić się władzy komunistycznej, każda forma - niezależnie od tego, jak kto polskość rozumiał. Żaden polski patriota nie mógł identyfikować się z tą władzą, która dokonywała takich masowych zbrodni. To jest czas, kiedy otwarcie odwoływano się do gwałtu właśnie. Przypomnę słynne powiedzenie filozofa, mistrza naukowego, Leszka Kołakowskiego, który potem zresztą przeszedł długą i skomplikowaną drogę, a więc nie jest to przytyk pod adresem Kołakowskiego i mistrza duchowego Czesława Miłosza (w tym czasie to także nie jest przytyk pod adresem Miłosza, bo ten też szedł swoja drogą). Mam na myśli Tadeusza Krońskiego, głównego nauczyciela "filozofów polskich" w tym czasie, który mówił prosto o tym, że "kolbami wybijemy z tych polskich właśnie prymitywnych głów alienację" tzn. wyobcowanie. Wyobcowanie z czego? Z tej postępowej tradycji, którą przynosiły nam sowieckie kolby, czołgi z czerwoną gwiazdą na pancerzu. Właśnie kolbami, tak, przemocą. Ale do tej przemocy fizycznej, którą symbolizowały więzienia, wspomniane przeze mnie wywózki, egzekucje, bo przecież ponad tysiąc wyroków śmierci wydały sądy Informacji Wojskowej? Znacznie więcej sądy cywilne? Otóż obok tych otwartych symboli przemocy mamy przemocsymboliczną, także bardzo ważną. To jest ta przemoc, która ma udowodnić to właśnie, do czego odwołuje się okładka książki Marcina Zaremby, że Polacy są, użyję celowo tego określenia, powojennym barachłem, nic nie wartą, a nawet niebezpieczną dziczą, która powinna być wzięta w karby. Tu niezwykle posłużyło do tej propagandy, która miała poniżyć polskość, rozegranie propagandowe tragedii pogromu kieleckiego. Przekształcenie Polski z ofiary II wojny światowej, początek tego procesu, do obrazu oprawcy. Protestowali przeciwko temu Polacy i Żydzi w pamiętnym liście protestacyjnym, podpisanym m.in. przez Kazimierza Wierzyńskiego i Jana Lechonia na terenie Stanów Zjednoczonych. Dzisiaj trochę brakuje takich głosów po wypowiedzi prezydenta Obamy, nawiązującej do tej sowieckiej, komunistycznej propagandy, rozpoczętej w lipcu 1946 r., a raczej zintensyfikowanej, bo obraz Polski patriotycznej jako Polski antysemickiej, rasistowskiej, niebezpiecznej, opartej właśnie na gwałtach szabrownictwie, na najniższych instynktach zawiści i zaboru cudzego mienia, gwałtu na cudzym życiu. Ten obraz był upowszechniany jako uzasadnienie nowej komunistycznej władzy, która zrobi z tym porządek, która wtłoczy Polakom kolbami nowy sposób myślenia wyzbyty tych złowrogich przesądów, które wynikają z całej Polskiej historii.

 

Tego rodzaju pedagogika wstydu była wcześniejsza - ona po prostu zintensyfikowała się w lipcu 1946 r. Jeśli państwo moglibyście wrócić, to bardzo ciężka oczywiście lektura, do czytania tekstów prasy codziennej z lat 45-46, zdumielibyście się państwo, jak wiele wątków, słów, sformułowań przypomina sformułowania prasy polskiej z roku 2009, 2010, 2011. W szokujący sposób tych najbardziej obrażających polską wspólnotę narodową, jej tradycję, historię, kulturę. Polska jako powód do wstydu - to właśnie sformułowania z tamtej propagandy, żywcem dzisiaj przeniesione, znajduję w prasie, w mediach współczesnych. Mówię o tym z takim przekonaniem, bo ogromny trud przywołania tamtej prasy, jej sformułowań, podjęła pani Janina Hera, teatrolog z Warszawy, której kolejne publikacje, przywołujące te dokumenty, także niezwykle ciekawe dokumenty cenzury komunistycznej, która skreślała z kolei to, czego nie wolno było drukować w polskiej prasie. Nie wolno było oczywiście drukować niczego, co pozytywnie mówiło o polskiej wspólnocie. Nie tekstów antysowieckich, bo to oczywiście było zakazane, ale nie wolno było nic dobrego o Polsce powiedzieć, po prostu o polskiej historii, polskiej przeszłości - to było wymazywane. O pomocy dla Żydów w czasie II wojny światowej, nie. Miał być tylko jednolity obraz polski antysemickiej, polski złożonej z szumowin, Polski, którą może powstrzymać i wyedukować na nowo tylko nowy komunistyczny władca. Te publikacje były drukowane na łamach redagowanego przeze mnie dwumiesięcznika "Arcana" i będą kontynuowane.

 

Otóż to właśnie doświadczenie gwałtu zostało po 10 - 11 latach zakończone przełomem październikowym. Przełomem, którego istotna część nosi datę nie października, ale czerwca. To było powstanie narodowe polskie przeciwko komunistycznej władzy. Zainicjowane w Poznaniu. W październiku miała miejsce rozgrywka na szczytach władzy komunistycznej, która zmieniła ten układ władzy. Zmieniła w sposób szczególny i na tym polega trzeci element zatrutego dziedzictwa komunistycznego, a mianowicie ci, którzy popełnili najcięższe zbrodnie w okresie pierwszym, tym najgorszym okresie, tym który powinien być zapamiętany i rozliczony symbolicznie, bo tylko o takim rozliczeniu mówię, w sposób najbardziej jednoznaczny. Ci ludzie, którzy odpowiadali za największe zbrodnie w tym pierwszym okresie, najgorszym, nagle po przełomie okazali się głównymi rzecznikami wolności, głównymi beneficjentami symbolicznymi tego przełomu, niekoniecznie na tej zasadzie, że doszli do władzy - w części ją stracili. Szczyt ich panowania miał miejsce w 1949, 1950-51-52. W 1956 r. doszedł do władzy Władysław Gomułka, który rządził już raz Polską, czy współrządził, można powiedzieć, z nadania Moskwy w 1945-46. Potem tracił stopniowo tę władzę, a w końcu w dramatycznych okolicznościach na rzecz czysto moskiewskiej partii Bieruta. Gomułka jest ciekawym fenomenem, wartym zapamiętania i refleksji w naszej historii, ponieważ jego 14-letnie rządy, między 1956-70, odzwierciedlają nowy etap historii komunizmu. Etap, w którym komuniści, ci, których najlepszym symbolem jest właśnie Gomułka, poczuli się już nie przywiezionymi na sowieckich czołgach, niepewnymi bardzo jeszcze panami tej społecznej tkanki, na której dokonywali krwawych eksperymentów we wcześniejszych latach. Nie, oni w czasie tego 14-lecia poczuli się gospodarzami w Polsce. I to było bardzo ważne doświadczenie.

 

Gomułka był szczególnie, osobiście, takim typem gospodarza, można powiedzieć. On poczuł się gospodarzem, w pewnym sensie odpowiedzialnym za ten barak, który mu władza moskiewska wyznaczyła. Chciał ten barak zarządzać po swojemu, w taki sposób, żeby on się rozwijał bezpiecznie, tak jak Gomułka wyobrażał sobie bezpieczeństwo tego baraku. Rozwinięcie tej mentalności gospodarza w części elit komunistycznych nie jest wydarzeniem, które moim zdaniem należałoby lekceważyć czy pomijać zupełnie milczeniem. Można bowiem dojrzeć w nim pewnego rodzaju elementy pozytywne. Jeśli spojrzymy na dorobek ekonomiczny tego czasu, to stwierdzimy, że oczywiście tzw. okres małej stabilizacji gomułkowskiej to nie jest okres szybkiego rozwoju Polski, a jeśli państwo jeździcie po Polsce samochodami, to ogromna większość dróg, które w Polsce są do dnia dzisiejszego, to nie są drogi zbudowane w III RP, a w szczególności przez mojego imiennika, pana ministra Nowaka, ale to są drogi zbudowane za czasów Władysława Gomułki, przy pomocy asfaltu produkowanego wtedy przez najważniejszą inwestycję gospodarczą, czyli przez Petrochemię Płocką, która umacniała skądinąd zależność Polski od dostaw ropy naftowej ze Związku Sowieckiego, ale zbudowano jakąś infrastrukturę drogową. Wtedy właśnie budowano tysiące szkół, rodziły się miliony dzieci. Nie było polityki antyrodzinnej wtedy, nie było też prorodzinnej, trudno w biednym kraju, a Polska była biednym krajem i zbyt wolno dźwigała się z biedy, bo nie mogła szybciej w komunistycznym systemie, ale jednak to państwo nie przeszkadzało rodzinom w ich powiększaniu. Warto z tego punktu widzenia, jako niezwykle ciekawym dokumentom ,przyjrzeć się stenogramom spotkań Gomułki z prymasem Stefanem Wyszyńskim, prawdziwym przywódcą narodu polskiego w tym czasie. Od momentu wyboru na prymasa, aż do śmierci w 1981 r., powiedzmy, przez trzy ostatnie lata, dzielił to przywództwo z Janem Pawłem II, ale w czasach gomułkowskich to jest zderzenie jakby dwóch wizji gospodarowania Polską. Tej wizji, która jest wizją na pewno pozbawioną wszelkiego szacunku dla indywidualnej wolności, tej wizji, którą reprezentował Gomułka: absolutnie autorytarnej, pogardliwej wobec wszelkiej oddolnej inicjatywy w Polsce, ale wizji gospodarza, autorytarnego gospodarza tego kraju, który stara się go zabezpieczyć. Przykładem najważniejszym pod tym względem była oczywiście umowa z Niemcami, zawarta wytrwałą polityką Gomułki. Umowa graniczna z Niemcami Zachodnimi wynegocjowana ostatecznie w grudniu 1970 r., która zabezpieczyła przynajmniej na dłuższy czas, do dnia dzisiejszego, można powiedzieć, naszą zachodnią granicę, wbrew intencjom władz sowieckich, które chciały grać tą granicą wcześniej, by straszyć Polaków, przytrzymywać ich w posłuszeństwie wobec Moskwy. Notabene, Gomułka w ten sposób podciął - w sposób zasadniczy - legitymację władzy komunistycznej w Polsce.Tę najważniejszą, która polegała na tym, iż można było straszyć Polaków okrojeniem Polski przez rewizjonizm niemiecki niemal automatycznie, natychmiastowo, kiedy tylko komuniści przestaną sprawować władzę w Polsce opierającą się o Moskwę. Po podpisaniu układu z Niemcami z RFN w grudniu 1970 r. ten straszak przestał działać, warto to sobie uświadomić , jeśli spojrzymy choćby na reakcję Polski na list biskupów do episkopatu niemieckiego z 1965 r. Niestety, trzeba przypomnieć, większość społeczeństwa polskiego była przeciwko temu listowi, zdecydowanie. Bliskie były doświadczenia II wojny światowej - to jeden element, ale bardzo żywe było poczucie, że grozi tutaj naruszenie polskiego interesu narodowego, niesłuszne oczywiście, ale komuniści mogli się nim posługiwać jeszcze, bo RFN nie uznawał naszej granicy zachodniej. Po podpisaniu układu w grudniu 1970 r. okaże się, że nawiązania do tego samego strachu 10 lat później, w sierpniu 1980 r., kiedy niejaki Ryszard Wojna, czołowy propagandysta komunistyczny, w trybunie Ludu 27 sierpnia 1980 r. nawiązał dokładnie do tego samego schematu: nie eskalujcie żądań wolnościowych, tam, w tym Gdańsku, z Solidarnością, bo przyjdą Niemcy i zabiorą nam Ziemie Zachodnie, a Związek Sowiecki nas nie obroni. Nikt już na to nie reagował, nikt się tego już nie bał w sierpniu 1980 r. Specjalnie jakby próbuję państwu pokazać pewnego rodzaju zmianę w funkcjonowaniu władzy komunistycznej. Nie dlatego, by ją usprawiedliwić, by pochwalić Gomułkę, nie: by pokazać na inny etap władzy komunistycznej, kiedy część komunistów przyjęła postawę gospodarzy w tym kraju, nie rozumiejąc jednak, czego rola gospodarza w Polsce wymaga. Wymaga poszanowania tradycji.

 

Gomułka nie deptał tradycji tak brutalnie, jak robili to jego poprzednicy, ale walczył świadomie z tym, co wyraża najgłębiej polską tradycję, czyli z Kościołem, z prymasem Wyszyńskim. Walczył dlatego, że widział w Kościele rywala, rywala na płaszczyźnie panowania w Polsce, gospodarowania w Polsce. Gomułka nie chciał mieć żadnego kontrgospodarza - by tak rzec - w Polsce. Przeciwko Gomułce zaczęli występować także ci, którzy reprezentowali tę najgorszą zbrodnię pierwszego okresu. Zaczęli występować pod hasłami wolności indywidualnej - nie pod hasłami niepodległości -tylko pod hasłami wolności indywidualnej, którą Gomułka rzeczywiście deptał na każdym kroku. W ten sposób ludzie odpowiadający za najgorsze zbrodnie komunizmu w Polsce zaczęli reprezentować obóz wolnościowy, zaczęli reprezentować grupę, która przyjmuje rolę nowej opozycji wobec władzy komunistycznej. Ta stara - przepraszam za określenie - zgniła w lochach MBP, została rozstrzelana, została zastraszona w tym pierwszym okresie gwałtu, o którym teraz zapomniano. Teraz zbrodnie Gomułki stały się jedynymi, o których pamiętano, rzeczywiste zbrodnie, czasem wyolbrzymione, ale nieporównanie mniejsze od tego, co było wcześniej.

 

Rok 1970 - zmiana, która nastąpiła na szczytach władzy (notabene, bardzo państwa zachęcam, jeśli kiedykolwiek jeszcze będzie emitowany w telewizji polskiej, program dokumentalny na temat grudnia 1970; raz przypadkiem miałem okazję widzieć ten program o 2 w nocy; oczywiście jedyna emisja tego programu o zamachu stanu w grudniu 1970 z udziałem wszystkich żyjących bohaterów Kociołka, Jaruzelskiego, Kiszczaka, którzy mówią niebywale odkrywcze rzeczy). Zamach był oczywiście przygotowany w Moskwie, zdecydowanie. Ta wymiana władzy, a kluczową rolę tu odegrał gen. Jaruzelski i wsparcie jakiego udzielał mu wtedy młody, ale ważny już pułkownik Kiszczak. Młody rangą, bo akurat są równolatkami z Jaruzelskim. Po to, by utorować drogę Gierkowi w tym momencie. Otóż ta zmiana, nie tak ważne w jakich okolicznościach szczegółowych się dokonała, potwierdzająca po prostu fakt uzależnienia Polski od moskiewskiego centrum kontroli nad naszymi ziemiami, otóż ta zmiana w grudniu 1970 r. dokonana, przyspieszyła procesy zainicjowane w poprzednim okresie, okresie gomułkowskim. Nowa elita nie czuła już się tak bardzo gospodarzem w Polsce, czułą się gospodarzem na swoim prywatnym folwarku - to była różnica. Gomułka czuł się gospodarzem Polski, nie chciał nikogo dopuścić do współgospodarowania. Gierek czuł się gospodarzem i jego ekipa na własnym prywatnym folwarku. Symbolem tego był przede wszystkim Maciej Szczepański i jego propaganda sukcesu, telewizyjna, która notabene jest zupełnie żałosną przymiarką do tego, z czym mamy dzisiaj do czynienia. Szczepański mógłby się uczyć, wiele lat powinien się uczyć, żeby dojść do tego poziomu, który dzisiaj osiągnęła telewizja publiczna i inne zaprzyjaźnione telewizje. Ale mówię o czymś innym: mówię właśnie o fenomenie przestawienia elity komunistycznej z tego, co było w pierwszym okresie świadomym gwałtem na polskości, taką frontalną walką z polskością, z tego, co było za Gomułki, a co było przyjęciem roli autorytarnego gospodarza polskości, zwalczającego każdą próbę innej interpretacji niż komunistyczna, tego, co dla Polski dobre, do roli pasożytów na Polsce. Ci ludzie chcieli wyłącznie zarobić skorzystać na tym, że rządzą Polską, zarobić tak jak dzisiejsze elity władzy. To była już podobna mentalność w trzecim pokoleniu gospodarzy Polski z nadania Moskwy.

 

Rozpleniło się poczucie: to już jest z nadania dane, to już jest nasze, to korzystajmy z tego dla siebie, bierzmy to, majątek jest nasz. To jest początek faktycznego uwłaszczenia nomenklatury. Wiemy, że formalnie nastąpi ono dopiero wraz z prawami ministra Wilczka w roku 1988, ale mentalność prowadząca do uwłaszczenia się na Polsce przez elity komunistyczne następuje w sposób przełomowo przyspieszony w 1970 r. w czasach Gierka, Wiąże się to z licznymi inwestycjami, pożyczkami zachodnimi, przy pomocy których zbudowano wiele w Polsce, to prawda, ale dzięki którym jeszcze więcej udało się rozkraść. To jest zupełnie nowy etap rozboju komunistycznego dziedzictwa w Polsce, którego ideologia wtedy przypomina dzisiejszą ideologię. Zapraszamy was wszystkich: kradnijcie każdy według swojej rangi. Elita komunistyczna może kraść najwięcej, ale ci, którzy nawet do partii nie należą, też niech kradną, tylko tak względnie, prawda, tak, żeby utrzymać porządek. Bo do tego jesteście stworzeni wy, Polacy, to jest wasz poziom, żeby tu ukraść na budowie kilo gwoździ, żeby wziąć lewe zwolnienie z pracy. Jeśli na tym poziomie przestaniecie, no to, czy będziecie na nas krzywo patrzyli, że my kradniemy troszkę więcej od was? Mamy te swoje dacze, trochę lepsze samochody, wyjeżdżamy do Bułgarii na wczasy czy do Jugosławii - jeszcze ci lepsi. To był początek tego układu społecznego, niezdrowego układu społecznego, który zaczął się rodzić, właśnie zapuszczać korzenie. Nie twierdzę, że zaczął się rodzić dopiero wtedy, bo może gdzieś głębiej sięgnąć możemy z tą mentalnością do czasu małej stabilizacji za Gomułki, ale który umocnił się w czasach Gierka zdecydowanie. To przeciwko temu stanowi protestem wspaniałym - do którego chyba już tutaj nawiązywałem - był poemat Karola Wojtyły "Myśląc Ojczyzna". To była odpowiedź na ten stan polskiego ducha, który wytwarzało owo zaproszenie komunistycznej władzy do wzajemnej korupcji. Wy się korumpujcie na swoim szczeblu, wy, małe Polaczki i pozwólcie nam żyć w ten sposób jako waszymi władcami, właściwie odpowiadającymiwaszemu poziomowi. Pewnego rodzaju zgoda mogła się tutaj nawiązywać.

 

Tę zgodę przerywa powstanie opozycji, w której do owych opozycjonistów zaczęli wyłaniać się w marcu 1968 roku. Dołączyli także ci, którzy protestowali w sprawach niepodległości Polski. Przypomnę pierwsze listy, o których się nie wspomina. Protestacyjne wtedy, to były listy w 1974-75 roku:najpierw w obronie Polaków pozostawionych zagranicą (za tak zwaną linią Curzona), list który podpisał m.in. Zbigniew Herbert, Jan Olszewski, wiele innych osób związanych z polską patriotyczną opozycją. Potem drugi list przeciwko zmianom w konstytucji, wprowadzający paragrafy48, 52 do konstytucji- zależność Polski od Związku Sowieckiego. I potem dopiero 1976 r. - powstanie KSS KOR, powstanie Ruchu Obrońców Praw Człowieka i Obywatela. Cały szereg już nowych, ważnych inicjatyw, w których wyrażał się zarówno ten opozycjonizm wolnościowy, słuszny, potrzebny, broniący wolności jednostki, jak i w nurcie ROPCiO, opozycjonizm wyrażający się w postaci obrony hasła niepodległości wspólnoty narodowej - tu przełomem oczywiście był,zwielokratniającym znaczenie tej opozycji, wybór Jana Pawła II, wybór, którego nie byłoby, gdyby nie wytrwała praca Kościoła, praca idąca przeciwko temu wszystkiemu, co komunizm próbował zrobić w Polsce, praca, która przypominała Polakom: nie jesteście tacy marni i podli, jak chcą wam wmówić. Jeśli macie wady, a macie, temu służyła cała surowa pedagogika prymasa Wyszyńskiego - on nie ukrywał wad narodowych. Przeciwko wadom narodowym, od pijaństwa zaczynając, podejmował systematyczną pracę, do której zmuszał, jeśli można tak powiedzieć, Kościół, do tej pracy, Kościół hierarchiczny biskupów, księży, do tego, by pracowali nad wadami narodowymi Polaków, ale właśnie dlatego, by pokazać Polakom: możecie być lepsi. Byliście lepsi, wspanialsi w swojej historii. Jeśli sięgniecie państwo do homilii prymasa Wyszyńskiego, to zobaczycie państwo najlepiej ten obraz pedagogiki narodowej, który idzie dokładnie przeciwko temu, co robili komuniści od 1944 r. z polską pamięcią. Przywracanie godności polskiej, historii, przypominanie jej najwspanialszych kart, przeciwstawianie się tej pedagogice wstydu, którą już wtedy obserwował przecież doskonale, widział jej znaczenie prymas Wyszyński. Otóż dzięki temu społeczeństwo polskie, które spotkało się z wyborem Jana Pawła II nie zareagowało tak, jak chcieli komuniści, ale zareagowało entuzjazmem jakiego komuniści się obawiali, entuzjazmem nawiązującym właśnie do tej lepszej pamięci o tym, czym Polska mogłaby być, czym mogliby być Polacy jako gospodarze w swoim kraju.Polacy poczuli się gospodarzami na chwilę w czerwcu 1979 r., kiedy okazało się, że do Jana Pawła II, który przyjechał tutaj do Polski, wyszło 10 mln Polaków w sumie, nie było chaosu. I nie zadeptali się, nie byli jak ta tłuszcza, ci właśnie kalecy, sprzedajni milicjanci, dezerterzy i bandyci. Tylko byli narodem pełnym godności, narodem, wspólnotą. Wtedy dopiero poczuliśmy, że jesteśmy takim narodem w sferze publicznej i możemy się ujawnić jako ten naród. Nie stwarzamy zagrożenia dla nikogo ani dla siebie nawzajem. Nawet komuniści mogą liczyć na narodową amnestię, jeśli odnajdą się w tej wspólnocie. Jeśli zechcą się w niej odnaleźć - niektórzy wybrali tę drogę. Przypomnę: w sierpniu 1980 r. tę w istocie drogę wybrał - to oczywiście niewielka mniejszość funkcjonariuszy poszła tą drogą - ówczesny I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego Gdańsku Tadeusz Fiszbach. On poszedł tą drogą: od komunizmu do polskości. Niektórzy poszli tą drogą. Nie jest tak, że kto wybrał raz komunizm, ten na zawsze pozostał na drodze śmiertelnie wrogiej wobec polskości. Było różnie, choć na pewno doświadczenie komunizmu było doświadczeniem bardzo niebezpiecznym na drodze indywidualnych życiorysów, by tak rzec, którzy przez to doświadczenie komunistycznej ideologii przeszli.

 

Otóż Solidarność była z jednej strony wielkim świętem tego narodu, który rozprostowuje ramiona i jednocześnie terenem straszliwej walki o to, kto przejmie kontrolę nad tym ruchem. Czy ci którzy chcą rozumieć zmianę, modernizację Polski w taki sposób, by całkowicie odrzucić z tej zmiany, z tej modernizacji hasło narodowej niepodległości, narodowej podmiotowości, ale chcą utrzymać hasło, które rozumieją, ważne także hasło indywidualnej wolności. Ci którzy pojawili się w historii polskich protestów w marcu 1968. Czy górę wezmą ci, którzy wiedzą, że historia Polski nie zaczęła się w marcu 1968 ani w lipcu 1946, tylko w kwietniu 906 r.? I ta walka została przerwana, a raczej, można tak powiedzieć, brutalnie wepchnięta znów do podziemia przez ostatnią próbę utrzymania komunistów w roli gospodarzy tego obszaru, jedynych, wyłącznych gospodarzy tego obszaru - przez decyzję o stanie wojennym. Zaczęliśmy od stanu wojennego i doszliśmy do stanu wojennego. To był bardzo smutny czas, właśnie czas zniechęcenia, czas, którego największą zbrodnią jest prawdopodobnie to, że ponad milion Polaków najbardziej aktywnych, najbardziej gotowych do działania, najbardziej przedsiębiorczych, zrezygnowało z Polski, wyjechało z Polski. Może nie zrezygnowało z Polski, bo chciało jej szukać gdzie indziej, możliwości pracy dla niej, ale zostało od Polski oderwanych przez tę właśnie decyzję gen. Jaruzelskiego.

 

Lata stanu wojennego, ten okres między 13 grudnia 1981 a 4 czerwca 1989 był okresem w którym komuniści, niezdolni już do sprawowania skutecznej kontroli nad tym obszarem i do odbudowania gospodarki po zniszczeniach, które sami jej zadali, szukali cały czas możliwości podzielenia się odpowiedzialnością za ten kraj. Szukali nie wśród tej części opozycji, która chciała polskiej niepodległości, która myślała o wolności w kategoriach wspólnotowych także. Szukali jej wśród tych, którzy pod hasłem wolności indywidualnej, jednostkowej i pod hasłem modernizacji, gotowi byli nawiązać do dwóch starych haseł komunistycznych. Jedno ? polskość jest potencjalnie niebezpieczna, w Polaku siedzi ten właśnie niebezpieczny motłoch spod Jasnej Góry, używam celowo tego określenia, które padło w tym brzmieniu na posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie w marcu 1989 r. , a wypow



Materiał filmowy 1 :






Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.