Niby nie bili jej, a zabili w niej duszę...
data:14 grudnia 2016     Redaktor: GKut

Poniżej prezentujemy fragment książki Marka Baterowicza wydanej w Sydney w 1992 roku - "Ziarno wschodzi w ranie".
Fragment nawiązuje do grudnia 1981 roku i pokazuje, że stan wojenny to nie było, jak sądzą przyjaciele obecnej opozycji, "kulturalne wydarzenie"

 

 

Natarczywy dzwonek do drzwi zbudził Ewę. Budzik wskazywał ósmą. Wstała, zaniepokojona tą wczesną pobudką, i podeszła do judasza. Poznała sąsiadkę z drugiego piętra. Odetchnęła.
— Pani Ewo, ja przepraszam, że tak wcześnie... Dzień dobry... Bałam się, że później pani nie zastanę... — tłumaczyła się pani Adela.
— Proszę, ależ proszę... — i Ewa wpuściła sąsiadkę, szczęśliwa że to ona składa jej wizytę, a nie inne, nieoczekiwane osoby — niech pani siada... O, napijemy się kawy, bo jeszcze oczy mi się kleją...

— Stokrotnie przepraszam, złocieńka... Gdybym wiedziała...
— To nic, czas wstawać i coś robić! — uspokoiła ją Ewa. Posadziła sąsiadkę w kuchni, sprzątając ze stołu spodeczki i brudne szklanki. — Co się stało, moja droga?
Pani Adela westchnęła ciężko, miała podkrężone powieki jak po nieprzespanej nocy. Klamra spinała jej przyprószone siwizną włosy.
— Pani Ewo, przychodzę do pani, bo pomyślałam, że pani właśnie powinna wiedzieć, co się dzieje w naszym kraju... Potworność! Rodzina przywiozła mi wczoraj bratanicę, skatowaną na UB... Biedna dziewczyna jest w takiej depresji, jakby postradała zmysły... Albo opowiada o tym, albo milczy godzinami... Czy może pani przyjść do nas i posłuchać, nie chcę jej zostawić samej na dłużej! Ja też mam kawę, prosimy do nas!


Ewa zawahała się. Znała panią Adelę od lat i miała do niej zaufanie. Zgasiła więc gaz pod czajnikiem. Na piżamę ubrała owerol i zeszły piętro niżej. W jadalni, na wersalce, leżała młoda dziewczyna, przykryta kocem.
— Basiu, Basieńko... — powiedziała pani Adela — poznaj moją najlepszą przyjaciółkę... Pani Ewa...
Dziewczyna spojrzała z niepokojem, ale z ciekawością.
— Nie bój się, pani Ewa jest z „Solidarności"... Barbara ożywiła się i uniosła na łokciu. Patrzyła z
lękiem, nie ufając jeszcze.
— Proszę pani, za co oni nas... — urwała i znowu opadła ma poduszkę.
Ewa usiadła koło niej, na krześle. Nie wiedziała jak się zachować, aby nie pogorszyć stanu nerwów dziewczyny. Milczała. Pani Adela usiadła obok bratanicy i wzięła ją za rękę.
— Basieńko... Ta pani pracowała w radiu, a teraz wyrzucili ją... Możesz powiedzieć wszystko, pani Ewa przekaże to „Solidarności"...
— To „Solidarność" jeszcze działa? — zdziwiła się Barbara — przecież internowali...

— Na szczęście nie mogli wszystkich — wyjaśniła Ewa — i nie dadzą rady. Teraz będziemy działać w ukryciu... Założymy biuletyn w podziemiu i tam właśnie będziemy informować ludzi, także o prześladowaniach... Co tobie zrobili?
Barbara otworzyła oczy, spojrzała na Ewę i znowu spuściła powieki.
— Ciociu... — odezwała się półgłosem — opowiedz ty... ja już...
— Dobrze, kochanie. Więc tak, zabrali ją z domu do samochodu i wozili za miastem parę godzin, wypytując i strasząc... A to, że zostawią ją przywiązaną do drzewa w lesie, a to że ją oszpecą — jeden to nawet żyletkę wyjął i pod nos jej podsuwał...
— Pytali o archiwum — przerwała jej Barbara — a wszystko spalił kolega, bo ktoś go uprzedził o stanie... Naprawdę już nie istniało... Oni nie wierzyli i w końcu... stało się najgorsze...
— Tak — podjęła pani Adela — zawieźli Barbarę na komisariat i tam, wie pani, są takie metalowe szafy. Wsadzili biedactwo do jednej z nich, zamknęli i bili pałkami... Domyśla się pani, jaki to hałas, jak to grzmi!
— Ile to trwało? — spytała Ewa.
— Nie wiem... chyba wieki... — odparła Barbara — koszmarne łomotanie, jakby się góry waliły... Z początku modliłam się, ale straciłam głowę... Jak skończyli nie mogłam mówić... Boję się, że zrobią mi to samo...
— Dlatego brat przywiózł ją do mnie, Basia teraz boi się mieszkać w rodzinnym mieście, widzi pani do czego doszło... Chciała ukryć się u mnie, nawet do lekarzy boi się pójść!
— Lekarza da się załatwić... — wtrąciła Ewa
— Nie chcę nikogo!...
— Dobrze, dobrze — uspokoiła ją Ewa — nie zawołam lekarza, masz rację, Basiu, twoja ciocia zastąpi go lepiej!
— Aha, miałam zrobić kawę! — i pani Adela pobiegła do kuchni. Ewa udała się za nią. Stanęła przy oknie i patrzyła na klon rosnący po drugiej stronie ulicy.
— No i widzi pani — szepnęła pani Adela — niby nie bili jej, a zabili w niej duszę... Czy otrząśnie się z tego?

(...)

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Marek Baterowicz ( ur. w 1944 w Krakowie ), poeta, prozaik, publicysta, tłumacz poezji krajów romańskich, latynoskich i Quebec’u. Romanista – doktorat o wpływach hiszpańskich na poetów francuskich XVI/ XVII wieku ( 1998), fragmenty tej tezy ukazały się we Francji. Wydał też tomik wierszy w języku francuskim – „Fée et fourmis” ( Paris, 1977). Jako poeta debiutował na łamach „Tygodnika Powszechnego” i „Studenta” ( w 1971). Debiut książkowy: „Wersety do świtu” ( W-wa,1976) – tytuł był aluzją do nocy PRL-u. W r.1981 wydał zbiór wierszy poza cenzurą: „Łamiąc gałęzie ciszy”. Od 1985 roku na emigracji, od 1987 w Australii.Wydał też kilka tytułów prozy. Autor wielu zbiorów wierszy jak np. „Serce i pięść” ( Sydney, 1987), „Z tamtej strony drzewa” ( Melbourne, 1992 – wiersze zebrane), „Miejsce w atlasie” ( Sydney, 1996), „Cierń i cień „ ( Sydney,2003) czy „Na smyczy słońca” ( Sydney, 2008). W r.2010 we Włoszech ukazał się wybór jego wierszy – „Canti del pianeta”, "Status quo"(Toronto, 2014) oraz najnowszy tomik- " Nad wielką wodą"(2015).

 
 
 
 
 
 
 





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.