Bożena Ratter: 11 lipca - dotyczy nie tylko środowisk kresowych
data:14 lipca 2016     Redaktor: agalaura

12 września 1683 roku wezyr Kara Mustafa u progu Wiednia mobilizuje wojska, broniący miasto są zdziesiątkowani, doskwiera brak wody i żywności. Na wzgórzu Kahlenberg stawia się polski król, by odnieść zwycięstwo nad najeźdźcą.

 
 
 
 
 
 

W Wilanowie znajduje się kompozycja rzeźbiarska przedstawiająca tryumf Jana III, który w pozie rzymskiego wodza zasiada na rydwanie zaprzężonym w cztery rumaki. Jest też  pochód wojowników niosących łupy wojenne, a za nimi grupa spętanych jeńców symbolizujących pokonanych Turków. Po powrocie do Wilanowa Sobieski sprowadził na tereny w pobliżu pałacu pojmanych jeńców i osiedlił ich. W żyłach wielu rodowitych warszawian płynie do dziś krew Turków pobitych przez Sobieskiego i osiedlonych w dobrach wilanowskich (Tu była Warszawa- Radio Warszawa).

 

"Ojciec mój Ignacy (ur. w 1889 r.) w poszukiwaniu pracy wyjechał z Żydowa k. Gniezna w okolice Borysławia do Schodnicy, mniej więcej w latach 1936-37. Pracował przy wydobywaniu ropy naftowej mieszkając u pewnych Ukraińców na sublokatorstwie. Zostaliśmy ściągnięci  przez ojca  (matka Maria, siostra ur. 1928r, ja ur.1933r) do Schodnicy, gdzie zamieszkaliśmy wszyscy razem w jednym pokoju, był to rok bodaj 1937. Trudno nam się tam żyło, byliśmy nie lubiani przez tamtejszą ludność, nie tylko my, lecz wszyscy Polacy. Ojciec mój zgłosił się w 1939 roku do wojska. Po pewnym czasie wojsko przechodziło przez Schodnicę i mój ojciec wyskoczył z szeregu, podał nam kawał chleba i dołączył do szeregów.

 

Nazajutrz zaprowadzono nas z mieszkania pod jakiś barak drewniany, tam się znajdowały inne rodziny polskie, i dowiedzieliśmy się, że w tym baraku zamknięto 50 żołnierzy polskich. Na naszych oczach oblano barak benzyną czy czymś w tym rodzaju i podpalono. Ucieczka z niego była niemożliwa, gdyżby był  on gęsto obstawiony przez ludność ukraińską, uzbrojoną w widły, łopaty, siekiery itp., tak, że kto się nie spalił, to go dobito.” (Ziemia Drohobycka nr 14, wspomina Kazimierz Kaniewski). Adam Gad, mieszkaniec  Sandomierza, zmobilizowany w 1939 roku, wraz z jednostką przemaszerował do Drohobycza i uczestniczył w kilkunastodniowej jego obronie. Podpalenie przez Niemców szybów naftowych w Drohobyczu uniemożliwiło dalszą obronę. 28 września polscy żołnierze zostali wzięci do niewoli.  Przeprowadzeni pod eskortą Wermachtu i Ukraińców do Urycza  zostali wtłoczeni kolbami Ukraińców do niewielkiej stodoły (80 polskich jeńców, chłopcy ze Śląska, Pomorza, poznańskiego). Wrzucono do niej wiele granatów, które rozrywały się na głowach i ramionach i zapaliły znajdującą się w stodole słomę. Adam Grad cudem ocalał.

 

Ukraińscy faszyści spod znaku trójzębu mordowali polskich jeńców, a przecież to Niemcy i Rosjanie napadli na Polskę w 1939 roku. Ukraińcy spod znaku OUN UPA i zmanipulowana ludność cywilna nie wsparli nas w trudnym okresie, oni nas dobijali. Wielokrotnie zapraszali wyczerpanych żołnierzy do stodoły na siano, a nocą podpalali zamknięte uprzednio stodoły i strzelali do tych, którzy zdążyli wydostać się z płomieni. Dlaczego? To była realizacja zbrodniczej ideologii, powstałej w latach 1920-ych i nazwanej przez Wiktora Poliszczuka integralnym nacjonalizmem ukraińskim, zakwalifikowanym przez niego jako odmiana faszyzmu.

 

Ustanowienie 11 lipca dniem pamięci ofiar ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej dotyczy nas wszystkich. Mordowani byli mieszkańcy Krakowa, Warszawy, Poznania, Gdańska,  którzy w tej części Polski, czyli na Kresach, zakupili ziemię,  posiadali letnie rezydencje (i dzisiaj  mieszkańcy miast posiadają domy na wsi), prowadzili tam interesy lub znajdowali lepiej płatną pracę, odwiedzali rodzinę, uciekali przed przesuwającym się frontem niemieckim, a potem sowieckim, byli żołnierzami z innych województw Polski kierowanymi do walki na wschodnim froncie czy wreszcie mieszkańcami na tych ziemiach od wieków. Ludobójstwo zostało dokonane na Polakach.


Początek miał miejsce już w 1919 roku, o czym pisze Zofia Kossak Szczucka w „Pożodze”-  „podburzali ludność przeciw Polsce, podkładając umiejętnie zarzewie  niechęci i walki. (…) Po wsiach krążyły broszury i odezwy, wzywające chłopów do  wytępienia całej ludności polskiej, nie cofające się przed sofistyką  subtelną, jak np.:  

 

„Hańba tomu, kto by Lacham pomahał i z nymi bratałsia, kto by ranienomu Lachowi wody podał, abo do chaty pryniał. Ne ma pomyłowania cym muczyteliam, krowopijcam, pidpankam i pankam biłorucz- kim i czwankowatym. — Riżte ich wsich wo sni na kwatirach, rwijte im szlachi za nymi pered nymi i ne mijte miłosti dla nihoho z nych…”

 

Pogromy masowe zaczęli od Żydów, największy co do liczby ofiar był pogrom płoskirowski. „Ludzie zamieszkujący naówczas Płoskirów zaręczali mi, że straszna ta rzeź nie była niczym wywołana, i sprowokowana. Po prostu na chłodno, starannie oznaczono wprzód domy i mieszkania nieżydowskie, otoczono wojskiem miasto i przystąpiono do krwawego dzieła tak, jak się przystępuje do siewów lub żniwa. Grozę potęgował fakt, że przez cały czas pogromu nie padł ani jeden strzał. Wśród stosu ofiar, zalegających nazajutrz ulice, nie było ani jednego człowieka, który by zginął od kuli. Wszyscy zostali zarżnięci, skłuci lub poćwiartowani żywcem. Systematycznie przechodząc wszystkie zaułki i domy, nie oszczędzano nikogo - od niemowląt do najstarszych. Nieludzkie wycie napełniało miasto. Ludzie zmuszeni być świadkami  tego mordu bliscy byli obłędu. Daremnie skazańcy starali się przekupić żołnierzy, oddawali pieniądze, złoto. „Nam was treba, ne waszich hrosziw!” odpowiadali, nawet nie zwracając uwagi na prośby. Zabitych wyrzucano z okien na ulice, gdzie po kilku godzinach zebrały się istne materace z trupów. Leżały tam w grozie swej strasznej niedoli - matki ciężarne, z których wydarto wnętrzności, dziewczęta z odrąbanymi piersiami, starcy wyszczerzeni, okropni... Z balkonów zwieszały się wianki związane z dzieci maleńkich rozpłatanych bagnetami, powiązanych sznurem za główki żałośnie zwieszone.

 

Do stojącej w śródmieściu apteki polskiej wpadali co moment oficerowie kierujący rzezią. I wnosząc ze sobą mdły odór mordu, świeżych, ciepłych trzewi, ryczeli: „Dawat’ duchi!!” Przynoszono więc miednicę wlewano do niej wszystkie flakony perfum, wody kolońskiej itp., jakie były w składzie. Krwawi rycerze myli sobie twarze, ręce, posklejane od krwi włosy, po czym, stokroć jeszcze bardziej potworni niż przedtem, wybiegali kończyć straszne swoje dzieło”.

 

Apogeum ludobójstwa na polskiej ludności cywilnej to 1943 rok. 11 lipca 1943 r. w niedzielny poranek w około 100 miejscowościach na Wołyniu odbyły się brutalne napady na Polaków. Często były to napady na kościoły. Dokonywane bestialskie zbrodnie przez faszystów ukraińskich z OUN UPA wspieranych zmanipulowanymi i zastraszanymi „sąsiadami zza płota” skrywane były przez sprawców i ich popleczników kilkadziesiąt lat. Ale ofiary i świadkowie wciąż cierpią i wymagają pomocy.

 

„To była taka drewniana studnia, z daszkiem, wiadro na korbę spuszczane. Jakaś kobieta powiedziała dowódcy batalionu (Istriebitielnyj Batalion), że tam są dzieci powrzucane. Ja mówię, to ja tam wejdę ..zobaczyłem ..21 dzieci potopionych. Wyciągali dzieci, ostatnie wpadło, więc spuściłem się, lodowata woda…potem 2 tygodnie w szpitalu leżałem . Miałem wtedy 16 lat, urodziłem się w Drohobyczu, starszy brat był porucznikiem w Stanisławowie i został wywieziony do Katynia, ojciec i brat zaprzysiężeni w AK” - opowiada 89-letni mieszkaniec Chełmska Śląskiego. Ten widok potopionych dzieci towarzyszy mu co noc. Głos załamuje się, gdy próbuje odpowiadać na zadawane pytania o czas wojny. A potem ucieczka przed nienawiścią Ukraińców i przymusowy wyjazd na tzw. Ziemie Odzyskane. Pijani sowieci rabujący, gwałcący matki, żony, siostry - „musieliśmy ich pilnować”- wspomina. I trzeba było zaczynać życie od nowa.

 

Prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski ocenił, że historyczne konflikty polsko-ukraińskie powinny pozostać rzeczą historyków.

 

Niedorzeczna wypowiedź. Zadośćuczynienie ofiarom ludobójstwa na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej dokonanego przez  faszystów ukraińskich, które określa Pan jako historyczny konflikt,  jest sprawą wagi państwowej. I to nie tylko przez uchwalenie 11 lipca dniem pamięci o ludobójstwie. Wypędzeni przez faszystów ukraińskich Polacy zostali straszliwie okaleczeni psychicznie, osieroceni poprzez wymordowanie ich rodzin, skazani na wielką traumę, której nie wolno im było wyjawić i która w wielu przypadkach sprowadzała ich życie do pobytu w ośrodkach psychiatrycznych, ograbieni z wielopokoleniowego dorobku i przez to skazani na życie na znacznie niższym poziomie lub nędzę. Zostali zesłani na Ziemie Odzyskane, które zostały straszliwie zdewastowane w PRL i III RP i w związku z tym, są obecnie powtórnie skazani na nędzę i osierocenie, gdyż ich dzieci opuszczają rodzinne siedliska w poszukiwaniu pracy. Ci co przeżyli ludobójstwo, do dzisiaj nie znają miejsca szczątków zamordowanych małżonków, rodziców, rodzeństwa.

 

Jak pogodzić beztroską wypowiedź pana o pozytywnych stosunkach między Polakami i Ukraińcami z wypowiedzią Marysi Pyż ze Lwowa (TUTAJ)?

 

Czy niechętny stosunek Ukraińców do oddania kościoła we Lwowie i inne represje stosowane wobec zamieszkujących tam Polaków nie wymagają interwencji Polski w sytuacji, gdy fundujemy Ukraińcom w Polsce zatrudnienie, emerytury, stypendia i 500+ (w Polsce przebywa ponad milion obywateli kraju, który zaciera ślady wielowiekowej polskości, a jednocześnie korzysta z polskich dóbr, których nie zdewastował, np. sanatorium w Morszynie)?

 

Czy w rządowym raporcie z audytu znalazła się kwota 230 000 zebranych przez Polaków żyjących na Ukrainie (zarabiających 300 zł miesięcznie),  która została w ubiegłym roku przez fundację rozdysponowana na cele statutowe ? Jak pogodzić wypowiedź pana z nędzą Polaków żyjących w Żytomierzu, dla których siostry zakonne ogłaszają w Polsce zbiórkę kaszy i makaronu? Jak pogodzić beztroską wypowiedź pana z nędzą Polaków, którzy jako samotne dzieci po wyrzezaniu rodzin przez faszystów z OUN UPA trafiły do polskich domów dziecka? Z racji kalectwa są bezdzietne, mają 900 zł renty, leżą unieruchomione w mieszkaniu, do którego raz dziennie zagląda pomoc społeczna (centrum Warszawy)? Ukrainki sprzątające w domach żon byłych funkcjonariuszy SB, WP i WSI zarabiają po 6 000 miesięcznie, ale unieruchomiona pani nie jest w stanie zapłacić na jednorazową wizytę 100 zł, ponieważ ma tylko 900 zł renty.

 

Jak pogodzić wypowiedź z nędzą potomków żołnierzy, którzy byli rozbrajani i odprowadzani na Rakowiecką przez Ukraińców znajdujących się w szeregach WP? Jak pogodzić beztroską wypowiedź pana z nędzą Sybiraków, zsyłanych przez sowietów, którym towarzyszyli ukraińscy donosiciele - żołnierze? Sybiracy wracali z łagrów w latach 50 i nadal byli szykanowani, są szykanowani do dzisiaj (nie wszyscy, bo jak powiedział przedstawiciel Związku Sybiraków, wtedy byliśmy równi, ale po powrocie już nie), ich dzieci również szykanowane i często zmuszane do wyjazdu za pracą, a osamotnieni Sybiracy, często okaleczeni na ciele i z wielką traumą (im co noc śni się historia tak łatwo zanegowana przez pana),  ich rodziny wyginęły w łagrach, transportach, podczas ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich. Jak pogodzić wypowiedź pana z nędzą córki lwowskiego profesora zamordowanego na Wzgórzach Wuleckich na podstawie listy sporządzonej przez ukraińskich studentów (otrzymuje w Warszawie  960 zł renty)?

 

Dolny Śląsk został również zdewastowany, ograbiony i skazany na zagładę  przez miłościwie panujących komunistów i postkomunistów, ich krewnych i znajomych, którzy reprywatyzując rozkradli huty, kopalnie, przemysł włókienniczy (Bielawa, Lubawka, Chełmsko), pozbawiając pracy dziesiątki tysięcy ludzi. Na popadających w ruinę domach reklamują się biura pośrednictwa pracy w Niemczech, dla opiekunów  ludzi starych.

 

Polskie kobiety (korzenie ich są w Tarnopolu, Drohobyczu, Stanisławowie, Trembowli , Lwowie - to stamtąd wypędzili ich rodziców faszyści ukraińscy) zamieszkałe na Dolnym Śląsku kursują do pobliskich niemieckich miast, by pełnić tam funkcję nawet hierarchicznie niższą niż rola pokojówki, pogardliwie wywołana przez Tomasza Sawczuka z redakcji „Kultury Liberalnej”, podczas promocji wspaniałej  książki Ewy Polak-Pałkiewicz „Powrót pańskiej Polski” (TUTAJ). Kursują busami, cierpią z powodu  rozłąki z rodziną, nie mogą zapewnić opieki własnym starzejącym się rodzicom, ich życie jest pozbawione radości.

 

Czy nowa władza uczestniczy w tym procederze? Czy do rozmów na tematy polsko- ukraińskie nie powinniśmy zapraszać ludzi z szerszym horyzontem ? To nie historia, to tragedia tysięcy Polaków.

 

Domagam się, by pozwolenia na pracę ukraińskie kobiety otrzymywały, ale były kierowane do Ośrodków Pomocy Społecznej i otrzymywały tam takie wynagrodzenie, jak Polki za tę pracę. I z Pomocy Społecznej były kierowane do opieki nad Sybirakami, Polakami z Kresów i pozostałymi chorymi i starymi, którym rządy polskie świadomie i celowo (by unicestwić dobrą tkankę) zabraniają godnie żyć i umierać. A mieszkania po nich - nie dla Ukraińców, ale dla ich dzieci, które zmuszone były wyemigrować.


7 lipca o godzinie 13.00 powinniśmy wszyscy zebrać się pod Sejmem, nie dajmy sobą manipulować. Wszak pamiętamy i uczestniczymy w obchodach pamięci o shoah i jakoś nie wpływa to na relacje z winowajcami, czyli Niemcami. "Nie ma zbrodniczych narodów, są zbrodnicze ideologie i organizacje" (motto Wiktora Poliszczuka) i by uchronić nas i inne narody przed podobnymi zdarzeniami chcemy nazwania zbrodni zbrodnią.

 

W Warszawie w Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa wystawa "Antoniny po pożodze". To wspaniałe dzieło Marii, córki Romana Sanguszki, który za udział w Powstaniu Listopadowym został zesłany na Syberię, i Józefa Potockiego, gdzie gospodarność i nowoczesność z poszanowaniem naturalnych warunków klimatyczno-przyrodniczych nazwane wsią Antonin, było również miejscem pracy teścia Zofii Kossak, doktora Juliusza Szczuckiego, który  zajmował się szpitalem, apteką i ochronką. Wspaniały folwark z ogrodami botanicznymi, cieplarniami, zwierzyńcem, karczmą, cerkwią, hodowlą psów myśliwskich równą angielskiej, hodowlą koni [z których jeden był protoplastą sprzedanego za sporą kwotę w PRL], z własną elektrownią, telegrafem, centralą telefoniczną, wybudowana została tam  linia kolejowa dla łatwości komunikacji, pomieszczenia dla pracowników, dzisiaj zwane przez pracujących tam urzędników "grafowskimi" - to wszystko zostało zniszczone w imię zbrodniczej ideologii, miast dać miejsca pracy współczesnym mieszkańcom. To właśnie losy tego dworu opisała Zofia Kossak w "Pożodze".

Zobacz równiez:





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.