Dla takiego prawdziwka nasz dorsz i chińska panga to ryba
data:09 lipca 2016     Redaktor: GKut

Felieton Krzysztofa Pasierbiewicza

 

 
 
Motto: Kto się urodził leszczem, nie zdechnie szczupakiem

Jako rzetelny bloger, w każdą sobotę rano słucham audycji Beaty Michniewicz „Śniadanie w Trójce, w której dzisiaj oczywiście wałkowano temat warszawskiego szczytu NATO, ale prócz problemów stricte politycznych omawiano także menu wieczornej kolacji, na której prezydent Andrzej Duda podejmował wiele głów państw z prezydentem Barackiem Obamą na czele.

 

Redaktor Beata, jak to wiejskie baby mają zwyczaj czynić, z nieskrywaną ironią w głosie dziwowała się wielce, jakie to cudactwa zaserwowano zaproszonym gościom, a najbardziej ją frapowało to, że jako danie główne na stole pojawił zwykły dorsz ze szpinakiem i czerwoną porzeczką. Ten temat podchwycili ochoczo ziomale z „elitarnej” „Platformy” i nowofalowej „Nowoczesnej”, którzy przysłowiowej suchej nitki na tym daniu nie pozostawili.

 

Więc jako senior wypoczywający na Półwyspie Helskim nieprzerwanie od roku 1952 i obywatel odznaczony przez władze Gminy Jastarnia honorowym medalem za wierny wybór tego miejsca dla letniego wypoczynku oraz wiarę w najcenniejsze symbole tej gminy: rybackie korzenie i morskie położenie, czuję się kompetentny żeby tym głąbom buraczanym uświadomić, że szlachetny bałtycki dorsz to nie to samo, co karmiona chińskim łajnem panga, jakże modna na nowobogackich stołach.

A teraz słów kilka o niemających sobie równych owocach Morza Bałtyckiego.

Ziemia obiecana Morza Bałtyckiego prócz cudu niezwykłej natury ofiarowała również ludziom wiekuiste bogactwo boskich owoców morza, a początkowo nieufni tubylcy zrazu ostrożnie, później coraz śmielej zaczęli zdradzać letnikom skrywane przez wiele lat najbardziej sekretne tajniki starej kaszubskiej kuchni. Pierwszymi smakoszami, którzy się na tych cudach wyznali byli wypoczywający przed wojną nad Bałtykiem przedstawiciele elit Drugiej Rzeczpospolitej, że wymienię takie ikony, jak Mościcki, Beck, Bodo, Halama, Smosarska, długo można wymieniać. Zaś kiedy nadeszła komuna i na wybrzeże bałtyckie spadła niwecząca wszystko, co piękne fala polskiego tsunami funduszu wczasów pracowniczych, prawdziwym letnikom, nawet w najcięższych czasach pamiętnej „epoki octu” nad Bałtykiem nigdy nie zbrakło sytej, posilnej strawy.

 

Bo w mojej ukochanej Jastarni w czasie, gdy polskich sklepach straszyły gołe haki i puste półki obiady jadało się obowiązkowo u słynnego Wawrzyniaka, gdzie smażony na blasze i rozpływający się w ustach puchaty dorszowy filet smakował jak pokarm bogów, zaś u wrót tej legendarnej garkuchni oczekiwały w pokorze wręcz tasiemcowe kolejki najbardziej znanych person tamtych pamiętnych lat. Już nigdy potem czegoś tak pysznego nie pokosztowałem.

 

A gdy upał już nieco zelżał przed rybackimi domami, na koślawych zydlach wystawiano tace mieniących się srebrem rolmopsów z gorczycą i wielkie pachnące jałowcem patery pełne  przesypywanych kryształami soli świeżo wędzonych fląder połyskujących w blasku gasnącego słońca miodową barwą jantaru.

Pod wieczór zaś zaczynał się snuć po Jastarni niezapomniany aromat „świętego dymu” starych kaszubskich wędzarni wabiący najwybredniejszych z wybrednych do tych zaczarowanych miejsc, gdzie jak w cynamonowych sklepach na osmalonym, kutym ręcznie ruszcie zwisały ciężko ociekające jeszcze ciepłym sokiem szkarłatno brunatne płaty szlachetnego bałtyckiego łososia i płaczące przekłutymi na przestrzał oczami grona opasłych węgorzy wędzonych z tajemną maestrią na czereśniowym drewnie, owych nieziemskich cymesów o smaku, który podlany kieliszeczkiem „czystej” przywracał wątpiącym pewność, że życie potrafi być piękne.

 

A teraz jeszcze raz przypomnę krótki rys historyczny tłumaczący, dlaczego jednej z drugim z Platformy i Nowoczesnej szlachetny bałtycki dorsz nie smakuje.

 

Jak starsi pamiętają, a młodsi niestety już nie, gdyż nie mieli się skąd o tym dowiedzieć, w latach powojennych komuniści dokonali bardzo sprytnej socjologicznej sztuczki. Z zacofanej i zabiedzonej prowincji, piszę prowincji a nie ze wsi, by prawdziwych i dumnych polskich chłopów nie urazić, przerzucono wtedy do miast rzesze prostych i niewykształconych ludzi. Brano głównie tych „nijakich” i bez charakteru.

 

W miastach, zazwyczaj w pobliżu zakładów przemysłowych, pobudowano dla nich nowe dzielnice, a w nich bloki z wielkiej płyty, które im się zdały pałacami. Potem im umożliwiono zrobienie zaocznej matury, co oni uznali za awans społeczny. Ci właśnie ludzie, z grubsza okrzesani w hotelach robotniczych i temu podobnych ośrodkach krzewienia kultury masowej, przepoczwarzyli się z czasem w coś w rodzaju „przyzakładowych wierchuszek”. Słowem ni pies, ni wydra, albo, jak kto woli zdegenerowany twór bez rodowodu. Jednocześnie komunistyczna propaganda przypominała im bezustannie, że swój awans zawdzięczają dbającej o ich interesy władzy ludowej, co się w ich świadomości zakodowało na trwałe w formie ślepej wdzięczności dla komuny. To ci właśnie ludzie stanowili służący wiernie stalinowskiemu reżimowi pierwszy rzut zasilający szeregi PZPR, milicji i urzędu bezpieczeństwa.

 

W następnym pokoleniu, lata 60/70, ich dzieci pokończyły już częściowo studia tworząc grupę „nowej inteligencji”, drastycznie odmiennej kulturowo od ideałów inteligencji „starej” wywodzącej się z czasów przedwojennych. Tu skłaniałbym się ku zastąpieniu terminu „nowa inteligencja” określeniem „klasa ludzi wykształconych w pierwszym pokoleniu”. Ta grupa społeczna od inteligencji „starej” różniła się głównie tym, iż nie wyniosła z domu praktycznie żadnych głębszych wartości. I choć nieźle wykształcona zawodowo, nie miała, świadomości, bądź jej nie dopuszczała, iż jest genetycznie skażona piętnem służalczej wdzięczności wobec komunistów, którzy umożliwili ich ojcom społeczny awans. Myślę, że to ci właśnie ludzie poparli, a jeszcze żyjący nadal popierają wprowadzenie stanu wojennego traktując generała Wojciecha Jaruzelskiego jako męża stanu. I w pewnym sensie nie można ich za to winić, gdyż tak ich po prostu wychowano. To oni właśnie, ludzie niejako genetycznie wyzuci z sumienia i lojalności w stosunku do państwa, w którym żyją sprytnie podpuścili krzykliwe szwadrony "użytecznych idiotów", którzy teraz pod hasłem (Sic!) "I have a dream” zbierają się na manifestacji KOD-u, w czasie trwania szczytu NATO - przy okazji nadania jednemu ze stołecznych skwerów im. Martina Luthera Kinga.

Jednakże żywię głęboką nadzieję, że pan prezydent Obama nie da się nabrać na ten tani numer. Chociaż... ech! kończę, bo mi jeszcze notkę zwiną.

 

Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki)

 

Zobacz równiez:





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.