Bożena Ratter: Polska - oderwana od Europy w 1944 roku
data:08 maja 2016     Redaktor: Redakcja

Do Europy należeliśmy od tysiąclecia, oderwał Polskę od Europy siłą i podstępem, bez jej zgody, na kilkadziesiąt lat, totalitaryzm sowiecki (zainicjowany niemieckim).  Przypieczętowali to komuniści sowieccy i polscy obwieszczając  22 lipca 1944 r.   utworzenie Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego (PKWN). To protoplaści naszych rodaków planujących rokosz zamknęli dostęp do Europy Polsce, która tam od wieków była. I to jak tam była!


Setki tysięcy Polaków zapłaciło utratą życia, utratą bliskich, utratą ziemi ojczystej, utratą majątku oraz dorobku naukowego i duchowego, przymusową emigracją za zgodne współistnienie w wielonarodowej, wielokulturowej, wielo religijnej Polsce,  znanej i cenionej nie tylko w Europie ale na całym świecie. Wystarczy przejrzeć kilka życiorysów z setek tysięcy, by przekonać się, iż byliśmy w Europie do czasu PRL, wystarczy przejrzeć wyroki skazywanych na ubeckie katownie i sowieckie  łagry by przekonać się , jak drogo Polacy zapłacili za tożsamość polsko-europejską, za choćby znajomość języków obcych.

„Misjonarz belgijski o. Rutten, który pierwszy próbował szczepionkę Weigla, pisał: Najstraszliwszy nasz wróg tyfus plamisty, który więcej nam porwał ofiar niż wszystkie niedomagania, morderstwa razem wzięte... Od chwili rozpoczęcia szczepień metodą polskiego naukowca prof. Weigla, czyli od siedmiu lat, nie zdarzyło się, aby szczepiony misjonarz lub krajowiec umarł wskutek tyfusu plamistego. Wasza polska szczepionka uratowała życie nie tylko misjonarzom, ale tysiącom Chińczyków. W 1937 roku Weigl na zaproszenie Ligi Narodów wygłasza i w Genewie wiele referatów na międzynarodowej konferencji specjalistów od zagadnień duru plamistego, a w dwa lata później na zaproszenie rządu włoskiego udaje się wraz ze swą asystentką Anną  Herzig i laborantem Martynowiczem do Addis Abeby, by tam w Abisynii, zorganizować akcję zwalczania tyfusu. Lwów był  w tym czasie Mekką dla wszystkich parazytologów i zjeżdżali tu uczeni z Ameryki, Azji, Afryki i Australii. Charles Nicolle, chluba Francji i uczeń Pasteura, powie na konferencji w Paryżu: Weigl uratował życie tysiącom ludzi, jest to człowiek, który zasługuje na najwyższe uznanie, jako pierwszorzędna głowa, jako niezmordowany pracownik, jako fanatyk nauki" . Niestety, mimo iż profesor podczas okupacji  uratował życie kilku tysiącom przedstawicieli polskiej inteligencji zatrudniając ich przy produkcji szczepionki jako żywicieli wszy, mimo sławy jaką zyskał w świecie,  dla władz PRL-u aż do swojej śmierci w 1957 r. był persona non grata. Nie należał nigdy do entuzjastów powojennego ustroju politycznego Polski, za co spotkały go różne szykany. "Na szczęście inne nacje bywają obdarzone lepszą pamięcią" - pisze Jerzy Janicki i cytuje fragment listu zachowanego  w dokumentach rodzinnych profesora, a datowany w Liege 9 maja 1948 roku. „Panie Dyrektorze - pisze misjonarz. Od 1937 roku mieszkałem w Chinach pod okupacją japońską, w 1943 zostałem internowany, podobnie jak prawie wszyscy Belgowie z terenów okupowanych. W 1945 zostaliśmy uwolnieni i wyjechałem do Hongkongu, czekając na repatriację, ale statki były tak rzadkie, że mogłem wyjechać dopiero w 1947 roku. (…) Laboratorium w Pekinie, którym do dziś kieruje dr Joseph Chang, przygotowywało i dostarczało szczepionki przez całą wojnę, od 17 lat żaden z naszych misjonarzy nie umarł na tyfus plamisty. Pańska szczepionka  nadal jest ogromnym dobrodziejstwem dla naszych misji na północy Chin. W naszych publikacjach w Belgii, Holandii i w Ameryce wspominaliśmy z wdzięcznością, jak wielkie zasługi nam Pan oddał ". Jest dla mnie ta sprawa do dziś niepojęta, że mogąc chwalić się takim rodakiem, uczonym światowego formatu, polskie encyklopedie poświęcają mu sześć (słownie sześć) wierszy. (Jerzy Janicki, Alfabet lwowski).

„W Zurychu filozoficznych wykładów prawie nie było. Chodziłem na te wykłady, na które chodził mój kolega: na wykłady przyrodnicze, zoologię, antropologię. Wszystko mi było jedno, chciałem się czegoś nauczyć, a żadnych szczególnych upodobań naukowych nie miałem. Po jednym semestrze szwajcarskim przeniosłem się do uniwersytetu bliższego a większego- w Berlinie. Tu nie brakło w zakresie filozofii sławnych profesorów i znakomitych wykładowców. Chodziłem raczej na pasjonujące monograficzne wykłady Simmla. I jednocześnie uczęszczałem na wykłady z historii politycznej, archeologii klasycznej, historii sztuki, socjologii, psychologii eksperymentalnej, przeszedłem sumiennie kurs chemii, chodziłem nawet na wykłady wydziału medycznego: anatomii i psychiatrii. Życie berlińskie było intensywne. Nie tylko uniwersyteckie - bo jednocześnie co dzień bywałem w muzeach czy na wystawach nowości artystycznych, co wieczór w teatrze lub na koncercie. Nic dziwnego, że po dwu takich latach czułem się zmęczony. A przez ten czas w kraju nic się nie zmieniło. Uniwersytet w Warszawie nadal nie był czynny, i nie było do czego wracać; więc postanowiłem się przenieść do któregoś z mniejszych niemieckich uniwersytetów".(Teresa i Władysław Tatarkiewiczowie, Wspomnienia)

Wspaniały polski filozof, Władysław Tatarkiewicz , człowiek wielkiej erudycji, wiedzy i skromności ,w wieku 23 lat uzyskał doktorat a  na Zachodzie pojawiła się jego książka o Arystotelesie. W 1950 roku  wykłady profesora zostały zawieszone przez grupę ośmiu studentów, członków PZPR, którzy wystąpili z listem otwartym atakującym Władysława Tatarkiewicza. Protestowali  przeciwko dopuszczaniu na prowadzonym przez niego seminarium do wypowiedzi wrogich budującemu Polskę  socjalizmowi.

„10 kwietnia 1943 roku w Smoleńsku wylądowała pierwsza polska delegacja, która miała zbadać sprawę masowych grobów w Katyniu. Jej członkiem był przedstawiciel p.o. prezydenta Warszawy - dr Konrad Orzechowski. Za udział w tej wyprawie przyszło mu zapłacić wysoką cenę. Gdy Niemcy j 11 kwietnia kolportowali w świat informację o odkryciu nieopodal Smoleńska straszliwej zbrodni sowieckiej, w Generalnym Gubernatorstwie byli już naoczni polscy świadkowie tego makabrycznego odkrycia. Polacy przekazali swoje spostrzeżenia rodakom, korzystając z bardzo różnych kanałów komunikacji - od struktur walczącego z Niemcami Polskiego Państwa Podziemnego, przez instytucje takie jak Polski Czerwony Krzyż czy RGO, aż po kontrolowaną przez Niemców prasę polskojęzyczną. Ich sprawozdania były pierwszymi polskimi świadectwami o Zbrodni Katyńskiej. Goetel już 12 kwietnia zdał w Warszawie ustną relację przedstawicielom ZG PCK. Konrad Orzechowski  pracował w Wydziale Szpitalnictwa, gdzie był zatrudniony od 1932 roku na stanowisku dyrektora przy Zarządzie Miejskim m.st. Warszawy. Zasłynął jako niestrudzony organizator szpitalnictwa i animator higieny społecznej,  szczególnie zaangażowany był w zwalczanie gruźlicy. Wcześniej był m.in. dyrektorem Szpitala Zakaźnego na warszawskiej Woli i lekarzem powiatowym a podczas oblężenia Warszawy przez Niemców, stanął na czele Sanitarnego Komisariatu Cywilnego stając się jednym z najbliższych współpracowników  Stefana Starzyńskiego. Cywilna służba sanitarna należała, obok elektrowni, wodociągów i kanalizacji oraz straży ogniowej, do najważniejszych instytucji w systemie obrony miasta. Musiała bowiem  zapewnić bezpieczeństwo medyczne odciętej i bombardowane j stolicy, w której z każdym dniem przybywało rannych. Orzechowski dobrze koordynował pracę podległych mu szpitali i ośrodków zdrowia. a także m.in. Ubezpieczalni Społecznej, której pracownicy zasilili najbardziej obciążone placówki. Służba sanitarna do końca oblężenia zachowała zdolność do wykonywania zadań, nawet gdy pod presją niemieckich bombardowań załamywały się już niektóre formy samopomocy społecznej. Orzechowski wytrwał na stanowisku do 1 sierpnia 1944 roku, a więc do wybuchu Powstania Warszawskiego. W krótkim okresie wolności organizował pomoc medyczną dla walczącego Mokotowa w szpitalu zlokalizowanym przy ul. Puławskiej niedaleko Królikarni.  W końcu września 1944 roku został wywieziony przez Niemców do obozu w Pruszkowie, po zwolnieniu mieszkał w Milanówku. Po zajęciu zimą 1945 roku przez Armię Czerwoną obszarów na zachód od Wisły Orzechowski nie złożył deklaracji negujących odpowiedzialność sowiecką za mord katyński. 28 lutego 1945 roku Orzechowski został aresztowany i osadzony w obozie NKWD w Rembertowie, w którym więzieni byli głównie żołnierze Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych. Po przeszło dwóch latach Orzechowski został zwolniony z łagru. W 1979 roku w Polskim Słowniku Biograficznym jego aresztowanie przez NKWD i lata w niewoli sowieckiej pokryto, z powodów cenzuralnych, słowami: „W okresie 1945- -1947 był odsunięty od pracy zawodowej”. (IPN, pamięć.pl,  Grzegorz Wołk - historyk, politolog, pracowni Edukacji Publicznej IPN).

Do dzisiaj żyją i mają się dobrze odpowiedzialni za unicestwianie  polskiej elity, za zamknięcie bramy do Europy,  za kary stosowane  za próby kontaktu z Europą (nie mam na myśli agentów, oni otrzymywali wielkie profity), za zakaz powrotu emigracji z Europy, za niszczenie elity,  która w imię demokracji i dobra publicznego nas, obywateli,  tak wiele uczyniła i która znana była tamtej  Europie.
Propaganda postkomunistyczna manipuluje Polakami jak w ponurych czasach PRL i zbiera żniwo, ponieważ w sukurs poszła jej (jak i wtedy) spolegliwa edukacja, literatura, filozofia, socjologia, kultura i media. Nie ulegali jej tylko ci, którzy pozyskali wiedzę zgodnie z edukacją II RP , gruntowaną w domach rodzinnych i w kościele, przykłady w postaci przeżycia bliskich, sąsiadów czyli „żywa historia”, przekaz słowny i stosowna literatura były w nich obecne.

„Komunistyczna propaganda słynęła z rozpowszechniania kuriozalnych niekiedy wiadomości. Tłumaczenie własnych porażek działalnością wrogich państw i „imperialistów" należało do porządku dziennego. Dziś opowieść o zrzucaniu z amerykańskich samolotów stonki ziemniaczanej w celu niszczenia upraw ziemniaków jest przyjmowana z rozbawieniem. Jednak w latach pięćdziesiątych za jej negowanie można było znaleźć się na celowniku Urzędu Bezpieczeństwa i ponieść surowe konsekwencje. Początkiem walki z tym owadem był artykuł opublikowany w maju 1950 roku w „Trybunie Ludu”. Już sam tytuł miał przerazić czytelnika. Tekst „Niesłychana zbrodnia imperialistów amerykańskich” rozpoczął wojnę z „pasiastym dywersantem”, jak niekiedy określano stonkę. Ten chrząszcz z rodziny stonkowatych pochodził ze stanu Kolorado w USA i to wystarczyło, by winą za jego migrację na terytorium Polski obarczyć amerykański  wywiad. Walkę ze stonką wykorzystano także do dalszego niszczenia środowisk tradycyjnie wrogich komunizmowi. Na celowniku bezpieki znaleźli się księża, przypominający podczas kazań o uszanowaniu niedzieli jako dnia wolnego od pracy, oraz działacze rozbitego przez komunistów kilka lat wcześniej Polskiego Stronnictwa Ludowego. Wrogiem mogli być także urzędnicy, którzy niezbyt ochoczo zwalczali problem stonki. Walka z owadami stała się także okazją do pozyskania nowej agentury. Nie wiemy, ile to mogło być osób, ale biorąc pod uwagę ogólnopolski zasięg akcji, możemy przypuszczać, że setki, a może i tysiące. Uderzająca jest także suma, którą rząd  wydal na walkę z pasiastym szkodnikiem: 30 min złotych w samym 1951 roku.  Przeciętne miesięczne wynagrodzenie wynosiło wówczas 599 zł, co oznacz: że na zwalczanie stonki wydano ponad 50 tys. pensji. (IPN, pamięć.pl,  Grzegorz Wołk - historyk, politolog, pracowni Edukacji Publicznej IPN).

„DO SZEFÓW WOJEWÓDZKICH I P0WIATOWYCH URZĘDÓW BEZPIECZEŃSTWA PUBLICZNEGO.

Od dwóch lat prowadzi się w Polsce walką ze stonką, którą wywiad  amerykański przerzucił  na nasze tereny dla zniszczenia  pól kartoflanych i wywołania trudności aprowizacyjnych.” Tak zaczyna się dwustronicowy dokument wydany przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego 18 sierpnia 1951 r.  „Na czele akcji zwalczania stonki stoi Komisja Rządowa. W województwach, powiatach i gminach za akcję odpowiedzialne są  Prezydia Rad Narodowych. W województwach i powiatach pełnomocnikami do tej akcji są kierownicy i instruktorzy stacji ochrony roślin. Na gromadach wyznaczani są specjalni kontrolerzy spośród ludności.“ Nie było internetu ani telefonii komórkowej, polecenie zostało wysłane  tradycyjne do samorządów lokalnych.  Dzisiaj można już inaczej, urzędnicy sejmików wojewódzkich otrzymali sms-y powiadamiające  o konieczności udziału w majowym marszu KOD. Ciekawe, czy tak jak w czasach PRL podczas wymuszonych pochodów 1-majowych,  ze strachu  przed utratą posady i innych profitów stawią się na wezwanie?. Może jednak pomyślą o tym, iż wybrani zostali by pełnić służbę publiczną a nie "nowopańską"?

Wszystkich zmanipulowanych kuriozalnymi oskarżeniami opozycji skierowanymi w obecnie rządzących, opozycji  niezdolnej do wspólnego działania na rzecz dobra nas, obywateli, opozycji reprezentującej   niewielką grupę prywatnych interesów ( ale dużych interesów), grupę nawołującą do rokoszu, bo przecież jeszcze coś w naszej Ojczyźnie można pozyskać dla siebie i znajomych, dobrze  byłoby skierować 7 maja 2016 roku np. na Stadion Narodowy,  na Wielką Lekcję Historii, której nie odbyli w stosownym czasie nie ze swojej winy. Ale z winy protoplastów grupy opozycji, protoplastów, którzy w tamtych czasach wybudowali mur między nami i Europą, zamknęli drzwi do Europy głosząc zwycięstwo socjalizmu i wznosząc okrzyki „Socjalizmu będziemy przed Europą bronić jak niepodległości”. Ta wspólna lekcja historii pomogłaby by nam wspólnie myśleć i działać na rzecz odbudowy Polski i interesu wszystkich Polaków.

W lutym 2012 r. Prezydent Bronisław Komorowski wniósł do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o zmianę waloryzacji emerytur i rent z kwotowej na procentową. Wniosek miał 31 stron i powoływał się na niezgodność waloryzacji kwotowej z Konstytucją. Bronił interesu wysokich emerytur, procent od 20 000 to jednak coś. A jaki jest malutki gdy otrzymuje się  960 PLN renty. Ale czy waloryzacja nadążająca za inflacją ma pozwolić na zakupienie nadal bochenka chleba czy na zakupienie drugiej działki w słonecznej i nie zdewastowanej przez grupę dużych interesów Hiszpanii? Wracając do wniosku, Trybunał Konstytucyjny odrzucił wniosek Prezydenta (5 sędziów miało zdanie odrębne) podkreślając w wyroku, iż waloryzacja kwotowa jest zgodna z Konstytucją. Jednak w 2013 roku waloryzacja była już procentowa.

A gdyby tej naszej elity nie unicestwiano, witałaby  pani Kinga Dunin na swoich salonach setki  tysięcy wytwornych,  eleganckich, szarmanckich, elokwentnych mężczyzn. I szanujących i kochających kobiety. Szkoda, że nie uczestniczy w spotkaniach organizowanych przez środowiska , które chcą przywrócić pamięć o nich. Jeszcze można spotkać żyjących z tej elity,  wciąż z nich emanują te cechy. A byli też wśród naszej elity mężczyźni o  rysach orientalnych, wszak Polska była wielonarodowa i wielokulturowa do czasu, gdy protoplaści pani Kingi uznali za słuszne,  by w naszym Narodzie znaleźli się tylko  zwolennicy komunizmu.

Bożena Ratter



Materiał filmowy 1 :






Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.