LEKTURA OBOWIĄZKOWA! Andrzej Nowak: "Antologia Smoleńska. 96 wierszy" - wstęp
data:06 kwietnia 2016     Redaktor: Redakcja

Po raz pierwszy publikujemy pełną wersję wstępu profesora Andrzeja Nowaka do wydanej nakładem Solidarnych 2010 w 2015r. "Antologii Smoleńskiej. 96 wierszy". Nieprzypadkowo tekst "Droga przez pustynię" ukazuje się dziś, tuż po opublikowaniu w jednym z tygodników skandalicznego artykułu, w którym szkalowana jest twórczość poetycka nawiązująca do tragicznych wydarzeń 10 kwietnia 2010r. Przyświeca nam nadzieja, że Polakom uda się zwycięsko przejść "moralną pustynię", o której pisze A.Nowak, a której bezwzględne przejawy tak boleśnie dotknęły wielu poetów, wymienionych wprost i pośrednio w cynicznym manipulatorskim artykule.
Wyrażamy najwyższe uznanie tym, którzy swymi talentami upominają się o godność Ofiar katastrofy i dają świadectwo prawdzie o Smoleńsku - w każdej dziedzinie twórczości!

 
 
 
Andrzej Nowak
 
Droga przez pustynię

Do czego służy poezja? Co za pytanie. Zaprzęgać pegaza indywidualnych, najbardziej intymnych emocji do orki, do służby, może chyba tylko jakiś cham. A jednak poezja, która do niczego nie służy, z ego powstaje i w ego się obraca, nikogo nie obchodzi.  Doświadcza tego losu wielka część produkcji tomików poetyckich, bardzo dziś łatwej i dlatego tak często jałowej.
 
Wiersze tu zebrane czemuś najwyraźniej służą.  Nie wstydzą się tego. Ostentacyjnie wręcz angażują się – w sprawę publiczną. To wielkie ryzyko – wiemy: poezja zaangażowana. Wystarczy przywołać jedno choćby nazwisko, laureatki literackiej Nagrody Nobla. Nikt tak wymownie nie przestrzega przed zaangażowaniem, przed służbą, jak czyni to przykład Wisławy Szymborskiej. Kiedyś zdecydowała się – z legionem swoich rówieśników – służyć na dworze oprawców, by potem, raz „sparzona” swoim zaangażowaniem, całą (niemal) swą twórczością po roku 1956 namawiać do tego, by już żadnym idolom publicznym nie służyć. Już nie służyła, ale wciąż, niestety, była wykorzystywana. Także jako narzędzie do walki z próbami odnowienia nuty patriotycznej w polskiej kulturze.
 
To już miało nigdy nie wrócić, odstawione do lamusa, razem z tak wykpiwaną „martyrologią”. Zgasnąć raz na zawsze miała ta nuta, która polską poezję ożywiała dotąd w całej jej historii: od zapisanej po łacinie przez Anonima zwanego Gallem pieśni wojów Bolesława Krzywoustego poprzez skrzydlate słowa Jana Kochanowskiego, hymny konfederatów barskich,  wiersze Ignacego Krasickiego, Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Cypriana Kamila Norwida, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Tadeusza Gajcego, Mariana Hemara, aż po Zbigniewa Herberta i Jarosława Marka Rymkiewicza. 900 lat zaangażowania w sprawę polskiej wspólnoty, wiernej służby polskiemu losowi. I wystarczy! – mówią szydercy. Dosyć! Nareszcie wolni od publicznych serwitutów, możemy wychynąć z zaścianka, dorosnąć do uniwersalnej tematyki, pozostać przy swoim „JA”. Kto tego nie przyjmuje, czepia się tradycji, domu, wspólnoty, historii, przeżywa polski los, który przecież nie skończył się ani 4 czerwca 1989, ani 1 maja 2004 (po wejściu do UE) – ten naraża się na chłostę śmiechu, zostaje z tyłu, wyrzucony w zewnętrzne ciemności.
 
I oto teraz, po tak skutecznie, zdawałoby się, powtarzanej lekcji pogardy i zapomnienia, okazuje się, że z tych zewnętrznych ciemności  dobiega głos czysty. Nie ma w nim strachu przed werdyktem salonu warszawskiego (krakowskiego, gdańskiego, wrocławskiego…). Nie ma w nim strachu, bo jest silniejsze od niego poczucie zobowiązania. Upomnieć się o sprawiedliwość – wobec krzyczącej niesprawiedliwości. O prawdę – wobec najbardziej zuchwałego, podłego kłamstwa. O godność – wobec ostatecznego upodlenia.  Do tego służy poezja, wierna swoim obowiązkom.
 
To jest właśnie poezja obudzona  tragedią smoleńską.  Poezja, która jest drogą, a nie celem.  Ta droga prowadzi przez pustynię. Przez krajobraz zaniku. Zaniku  podstawowych więzi nie tylko obywatelskich, nie tylko patriotycznych, polskich, ale po prostu międzyludzkich. Kiedy okazało się, że można szydzić z nie ostygłych jeszcze zwłok, z bólu osieroconych w tragedii dzieci, żon, które straciły swoich mężów, że można organizować całe medialne kampanie wsparcia dla najbardziej wulgarnych zachowań, które to szyderstwo miały wyrazić. To jest pustynia, na której pojawiają się pytania ostateczne, nie tylko to – czy Polska jako wspólnota jeszcze cokolwiek znaczy? czy jeszcze jest? – ale także pytanie, czy słowo „człowiek” znaczy coś jeszcze, czy do czegokolwiek to pojęcie zobowiązuje?
Stawianie tych pytań nie jest, jak w przypadku poetów stalinowskiego dworu, służbą fałszywym idolom. Nie jest służbą opłacaną rządowymi srebrnikami. Wiersze tu zebrane nie przynosiły talonów na samochody, kolejnych metrów kwadratowych przyznawanej przez władze przestrzeni mieszkalnej ani miejsca na trybunie honorowej. Przeciwnie, to są wiersze okupione często ostracyzmem środowiskowym, wiersze pisane nie z potrzeby uzyskania świadectwa politycznej poprawności, ale z potrzeby dania świadectwa: świadectwa rzeczywistości, rzeczywistości trudnej, bolesnej, nie lukrowanej.
 
W owej potrzebie spotkali się poeci różnych pokoleń – od Leszka Elektorowicza, rówieśnika i przyjaciela Herberta, po młodszego o ponad pół wieku Przemysława Dakowicza. Poeci najbardziej uznani oraz mniej znani. Można by na pewno ułożyć antologię poezji „smoleńskiej” wielokrotnie obszerniejszą – bo autorów piszących z podobnej, obudzonej tragedią 10 kwietnia potrzeby jest w Polsce nie 50, ale setki. I nie piszą dla siebie, ale piszą, bo sprawa, której służą, obchodzi tysiące, setki tysięcy.
 
Ich wiersze prowadzą nas przez pustynię. Można na niej zabłądzić, stracić orientację. Wtedy właśnie z pomocą przychodzą te słowa, które z rdzenia polskiej tradycji wydobywa w swoim wstrząsającym wierszu Wojciech Wencel: „Jeszcze Polska nie zginęła póki my giniemy”. Kiedy słyszymy jazgot zagłuszarek sumienia, pomaga „Odpowiedź” Krzysztofa Koehlera – który na pogrzebie Pary Prezydenckiej w Krakowie widział, przez chwilę, naród, jak wznosił flagi – i mógł rzucić wówczas gorzko-dumne: „W Polsce jesteśmy znów”. Kiedy dostrzegamy dokoła siebie tylu naszych współobywateli, współbraci, którzy nie chcą widzieć, nie chcą słyszeć, nie chcą mówić, wtedy pomaga nam zrozumieć ten fenomen Przemysław Dakowicz w dedykowanym pamięci Anny Walentynowicz „Syndromie Ismeny”  – czyli opisie tej, która, inaczej niż jej siostra Antygona, boi się pochować swego brata, nie chce narazić się władzy i woli „Nie widzieć. Nie czuć. Nie przekraczać miary.”  Kiedy sami ulegamy już znużeniu, tracimy wiarę w możliwość dochodzenia prawdy, wtedy nie pozwala nam ulec tej pokusie Roman Misiewicz swoim uporczywym pytaniem „kto”: „kto ślad zaciera myli tropy / niszczy dowody wersje mnoży / łże podle patrząc prosto w oczy / raz się nabija raz nas trwoży”. Nie pozwala nam usnąć w chocholim śnie-rutynie piękna „ballada uliczna” Jana Pietrzaka, która przypomina, że do tego, co stało się 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem „Każdy sobie musi dośpiewać przesłanie. / Od tego zależy co się z Polską stanie”. Marcin Wolski, w swojej poezji, przywołującej najlepsze wzory Mariana Hemara, odnawia naszą nadzieję, ufundowaną w polskiej tradycji i polskiej kulturze: „Choć o Małym Rycerzu dumka pękła jak hejnał, / będzie dalej historii toczył kamień się młyński. / A w kronikach, wspomnieniach, pamiętnikach, legendach / sen o Polsce odważnej, będzie snem o Kaczyńskim”.
 
W tych i w innych tu pomieszczonych wierszach jest obraz rzeczywistości, jest próba zrozumienia sensu ofiary, próba zmierzenia się z tragedią – próba ponawiana przecież we wszystkich pokoleniach budujących ludzką kulturę. Jest też przestroga przed zniechęceniem, jest nadzieja.  Jest tutaj ukryte posłannictwo każdej prawdziwej poezji: pomoc w drodze przez pustynię, która jest wokół nas i w nas samych.  Do tego właśnie służy ta poezja.
 
Z moralnej pustyni może nas wyprowadzić tylko wiedza o dobru i złu, ich jasne rozróżnienie. Widzimy, ile jest zła. Ta poezja pomaga je zobaczyć z całą ostrością. Ale dzięki niej także, dzięki jej autorom dostrzec możemy również dobro. I pójść w jego stronę. Ta droga prowadzi przez Smoleńsk. Nie może go ominąć. Wiedzie dalej, przez Krakowskie Przedmieście, na Wawel, do Polski.
 
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
"Antologia smoleńska. 96 wierszy" wyd. Stowarzyszenie Solidarni2010, 1000egz., 140 stron, oprawa twarda;

Wstęp: prof. Andrzej Nowak; posłowie: ks. Stanisław Małkowski

W najbliższym czasie - dystrybucja książki  pod Namiotem Solidarnych 2010 w Warszawie naprzeciwko Pałacu Prezydenckiego  w dniu 10.04.2016r.

Dodatkowe informacje: natalia.tarczynska@solidarni2010.pl

Zobacz równiez:





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.