"Pewna firma wygrała przetarg na okablowanie stadionu. Zdradzę jedynie, że nie był to stadion "Narodowy", chodzi o mniejszy obiekt. Wartość zakontraktowanej pracy obliczono na niemal milion złotych. Firma wygrała i natychmiast? rozpisała kolejny przetarg na tę samą usługę, bo sama nic nie buduje, tylko nadzoruje cudze prace i zajmuje się "obsługa prawną".
W tym drugim przetargu wystartował mój kuzyn. Zaproponował cenę stu tysięcy złotych i wygrał. Nie ukrywał, że musiał temu wykonawcy wyższego rzędu zapłacić sporą łapówkę. Opłaciło się. Kuzyn zakupił kilka kilometrów kabla - łącznie za 32 tysiące i zapłacił mnie 10 tysięcy za wykonanie pracy. Ja zaś zatrudniłem 4 ludzi. Za 10 dni pracy polegającej na wciąganiu kabla w kanały telekomunikacyjne zapłaciłem każdemu z nich po tysiąc złotych. Mój zarobek to 6 tysięcy minus podatek. Mieliśmy z kuzynem szczęście; tamta firma, ów "wykonawca wyższego rzędu", nadzorowała finansowo jeszcze kilka innych kontraktów, byliśmy ostatnimi podwykonawcami, którzy w ogóle otrzymali od niej wynagrodzenie. Zaraz potem przestała płacić".
Wiem, że przytoczona historia jest prawdziwa. Czy opisuje zjawisko powszechne, nie potrafię powiedzieć. Z pewnością jednak obraz naszych wielkich " budów socjalizmu" jest sfalsyfikowany językowo. Tzw. "wykonawcy" są zazwyczaj po prostu pośrednikami, "podwykonawca" oznacza zaś w tym języku prawdziwego wykonawcę.
Dariusz Kozłowski
Źródło: http://dariusz.kozlowski.salon24.pl/