POLECAMY! Ewa Kurek: Czysta jak szklanka wody Ukraina - Chrobrów 1939-1943 (V)
data:03 marca 2016     Redaktor: agalaura

"Czysta jak szklanka wody Ukraina, czyli dzieje polskiej osady Chrobrów na Wołyniu 1939–1943" - to zapowiedź najnowszej, niewydanej jeszcze książki dr Ewy Kurek "Wiek na zawietrznej 1912-2012". Publikowane fragmenty książki opowiadają o tragicznych losach mieszkającej na Wołyniu rodziny dr Ewy Kurek. Winna to jestem mojej babci Małgorzacie Kurek zamordowanej przez Ukraińców i Ukraińcowi Siańkowi Klepcowi, też przez nich zamordowanemu za to, że ocalił Polaków - pisze Autorka.
Składamy gorące podziękowanie za możliwość publikacji pierwodruku na naszym portalu.

 
 
 
 
 
 
 

Wieść o uratowanej przez Ukraińca osadzie Chrobrów i nowych uciekinierach obiegła szybko miasto Łuck. Janek jako kolejarz dostał od Niemców pokój z kuchnią w centrum miasta przy ulicy Jagiellońskiej 21. Kolejarska brać zdobyła dla niego stół, kilka taboretów i prycze. Nie było jednak co i czym jeść. Nie mieli łyżek, garnków i wszystkiego tego, co ludziom na ogół potrzebne jest do życia. Dzieci pobiegły zwiedzać okolicę. Karolina siedziała przerażona. Obok niej równie przerażona siedziała Ola Klepcówna. Karolina zdecydowała, że nie odda dziewczyny nikomu innemu pod opiekę. W końcu to do niej przybiegł Siańko Klepiec z ostrzeżeniem. Z letargu wyrwała je ciotka Lodzia Gawrońska. Gawrońscy uciekli z domu w Nieświczu kilka tygodni wcześniej z częścią dobytku.

– Bogu dzięki, żyjecie, kozy moje, a to najważniejsze! – wykrzyknęła na powitanie.

Wyściskała Karolinę i Olę, obcałowała i czym prędzej wróciła do swojego mieszkania. Wkrótce energicznym krokiem znów szła ulicą Jagiellońską. Za nią, obładowany do granic możliwości, kroczył wuj Władek Gawroński.

– Słyszałem, że Jankowi nowa niewiasta do haremu przybyła. A to zuch z niego – zaczął wuj od progu aluzją do obecności Oli Klepcównej.

– Wujek to zawsze żarty stroi – nadąsała się Karolina.

– Jemu zawsze tylko głupstwa w głowie – zawtórowała ciotka Gawrońska. – Za drzewem lepiej jakim się rozejrzyj, w piecu trzeba rozpalić. Jankowi pomóż, bo kozy, widzisz przecież, że kompletnie rozbite i przerażeniem jeszcze żyją – dyrygowała.

Ciotka krzątała się po mieszkaniu. Wuj Władek nie wiadomo skąd przyniósł drzewo i w piecu rozpalił. Wyciągali z kosza po kolei wszystko to, co zdołali przytargać. Ciotka, nie pytając nikogo o zdanie, rozścieliła na stole biały obrus.

– No, kozy! Koniec mazgajstwa, do kuchni stawać, pora obiad szykować! Ważne jest to, że żyjecie. Karolciu, stół jest, obrus leży na stole, znaczy, jest życie! Będzie życie! Koniec mazgajstwa – powiedziała tonem nie znoszącym sprzeciwu.

„Kozy”, czyli Karolina i Ola, drgnęły. Ani się obejrzały, jak na stole stanął garnek zupy i cała rodzina zasiadła do pierwszego posiłku na wygnaniu, w którym tylko obrus ciotki Gawrońskiej przypominał spalone minionej nocy życie. Karolina miała łzy w oczach. Uciekinierzy z Chrobrowa ulokowali się blisko Karoliny i Janka. Jakoś wszyscy tak szukali, żeby kupą być, blisko siebie. Bo raźniej, bezpieczniej i weselej.

– Daniela Dogońskich przywieźli! – któregoś dnia dzieciaki rozbiegły się roznosząc po domach chrobrowiaków wieść o mężu zamordowanej wiosną ciężarnej Hanki.

Wylegli wszyscy. Z nadzieją, że Daniel powiększy grono uciekinierów.

Na ulicy Jagiellońskiej w Łucku stała wymoszczona słomą furmanka. Na niej leżało zakrwawione ciało, w którym z trudem tylko rozpoznać można było Daniela Dogońskiego, męża zamordowanej wiosną Hani. Puste oczodoły wypełnione były zakrzepłą krwią. Krew miał w ustach i na ubraniu.

– Za ciężkie pieniądze oddali nam Ukraińcy ciało syna – powiedziała przez łzy matka Daniela.

Ojciec Daniela stał obok furmanki i milcząc ugniatał w dłoniach lejce.

Ulicę Jagiellońską w Łucku zaległa cisza.

Dziewięcioletni Gutek, syn Karoliny i Janka, zwymiotował.

– Dzieciaki, do domów! – oprzytomniał ktoś wreszcie.

Dzieci rozbiegły się.

– To jeszcze nie koniec. Daniel jeszcze nie jest ostatni – odezwał się Radziewicz.

– Rok temu ślub, a dziś oboje na tamtym świecie – dodał ktoś inny.

– Wojna, to zastrzeliliby, trudno się mówi. Ale żeby tak? Żeby tak z dziećmi!? – odezwał się zrazu cicho ojciec Daniela i na syna ręką pokazał. – Żeby tak z dziećmi?!! Żeby tak z dziećmi?!!! – powtarzał coraz głośniej. – Żeby tak z dziećmi?!!! – wrzasnął ostatni raz z ogromną mocą, po czym zachwiał się i runął na ziemię.

Ktoś pognał po lekarza.

 

x     x     x

 

Jak żyć, gdy brakuje wszystkiego? Najgorsze są początki. Potem człowiek uczy się i przywyka do tego, że aby zmienić dzieciom ubranie, należy je rozebrać, wykąpać, położyć do łóżka, potem uprać dziecięce odzienie, wysuszyć jak najszybciej nad gorącym piecem i… ubrać dzieci w te same czyste już rzeczy. W takiej sytuacji można z powodzeniem obyć się bez szafy. Gorzej tylko jest wtedy, gdy kończy się lato, a nadchodząca zima stawia człowiekowi nieubłagalne wymagania. Zanim jednak spadł pierwszy śnieg, dzieci i kobiecy harem Janka miał na nogach buty i coś ciepłego na grzbiecie. Karolina i Ola prześcigały się w pomysłach, aby ze zdobytych cudem starych płaszczy uszyć coś, co nie uczyni z nich wszystkich orszaku strachów na wróble.

Wigilia 1943 roku, pierwsza po spaleniu, upływała pod znakiem grozy. Ukraińcy rozpuścili po Łucku wieść, że piąte wojenne Boże Narodzenie spłynie krwią Lachów tak, jak nigdy wcześniej w dziejach nie bywało. W mieszkaniu Janka i Karoliny było tłoczno. Do stołu zasiadło dwadzieścia sześć osób spośród najbliższej rodziny i sąsiadów. Ulica Jagiellońska była w samym centrum miasta, pod bokiem Niemców, więc o siebie się nie bali. Mimo to życzenia brzmiały smutno i ponuro. Nawet wuj Gawroński był wyjątkowo nieskory do żartów i w milczeniu przeżuwał kolejne potrawy.

– To niemożliwe, żeby banderowcy napadli na Łuck. To jest po prostu niemożliwe – uspokajał wszystkich Janek.

Okazało się, że jednak było możliwe. Rankiem pierwszego dnia świąt miasto obiegła wieść, że za Styrem pod nóż poszło kilka polskich ulic. Zamiast do kościoła, kto żyw, pognał za rzekę. Widok był straszny. Za stołami, przy choinkach i białych świątecznych obrusach, leżały pomordowane całe polskie rodziny. Od niemowląt w kołyskach po starców. Grupa ludzi w milczeniu otoczyła zastygłe w śniegu zakrwawione ciałko niemowlęcia z roztrzaskaną o płot główką. Zakonnica w czarnym habicie podniosła ciałko dziecka do góry.

– My giniemy, bośmy zgrzeszyli. Ale za co zamordowali ciebie? Bo jesteś Polakiem! – powiedziała.

Tłum poruszył się, zafalował, i straszny szloch zaległ ulicę.

Czy poruszy Najwyższego?

– Nie ma już Boga na Ziemi! – zakrzyknął siwowłosy starzec.

– Nie ma. Jeśli dopuszcza, nie ma – przytwierdzili mu inni.

Zakonnica bezradnie opuściła maleństwo. Milczała. Łzy płynęły po jej policzkach. Kto ma rację? Sama już nie wiem. Może i nie ma Boga na polskiej ziemi…

Zobacz równiez:





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.