POLECAMY! WYCHODZENIE Z MILCZENIA - O "Afazji polskiej" Przemysława Dakowicza
data:19 grudnia 2015     Redaktor: Redakcja

Wychodźmy z  naszej "afazji" poprzez lekturę książki Przemysława Dakowicza...


Recenzja Agnieszki Czachowskiej ukazała się pierwotnie w "Twórczości".
Przemysław Dakowicz, „Afazja polska”, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2015

WYCHODZENIE Z MILCZENIA

Afazja znaczy niemota. Cierpi na nią człowiek upośledzony lub niezdolny do „wyrażenia myśli słowami”, „zrozumienia mowy (…), niekiedy znalezienia odpowiedniego słowa” w następstwie  „uszkodzenia mózgowych ośrodków mowy lub ich połączeń” (Encyklopedia Popularna PWN, Świat Książki 1997). Zastosowanie tego terminu w ramach koncepcji historyczno-literackiej ma swoje źródło w przekonaniu, że swoistą afazją może zostać dotknięta zbiorowość, cały naród. Traci wówczas zdolność opowiedzenia swojej historii a także stworzenia swojej epopei.
Dakowicz powiedział, że chciał napisać o tym krótką, a w każdym razie przeciętnej grubości książkę, która jednak w miarę podejmowania kolejnych wątków rozrastała się do rozmiarów znacznie przekraczających zaplanowane, aż w końcu zatrzymała swojego autora na etapie decyzji o kontynuowaniu tematu w następnym tomie. Którego jeszcze nie ma, ale który zapewne już powstaje, ponieważ sygnały zawarte w omawianej publikacji (i nie tylko) są bardzo wyraźne. Ta sytuacja wydaje mi się przedziwnym skrótem opowieści o współczesnej „modzie” na krótkie teksty, zastępowanie całości fragmentami, a egzegezy – powierzchownymi diagnozami (praktyka niestety powszechna obecnie w edukacji, także na poziomie maturalnym). Krótkie teksty nie wyczerpują zagadnienia, chodzi jednak o to, by nie przekraczały granic wytrzymałości współczesnego czytelnika, granic narzuconych przez tempo życia a przede wszystkim – przez nadmiar informacji. Zamiast o modzie należałoby więc raczej mówić o konieczności. Ale jak zadowolić jej oczekiwania, gdy sam zasób zagadnień wymaga choćby zwykłego „ogarnięcia”? Do niego jednak nie dochodzi, bo przytaczanie kolejnych motywów wywołuje następne i następne, tworzy się łańcuch skojarzeń, obrazów, scen…
Spróbujmy zapisać kilka ogniw, z których Przemysław Dakowicz – doktor nauk humanistycznych, poeta, historyk i krytyk literatury, eseista i nauczyciel akademicki – buduje swoją książkę: Dramat bohatera III części „Dziadów”, Cichowskiego, który po latach tortur w śledztwie rosyjskim zamyka się w bastionie milczenia przerywanego tylko ponawianą co chwila deklaracją wyboru: „Nic nie wiem, nic nie powiem!” Dramat stanu wojennego, który zniszczył w ludziach zdolność przekraczania granic własnego egoizmu. Dramat Sokala, miasta, którego historię „znikania” uznać można za symboliczną dla polskich Kresów. Dramat likwidacji elit intelektualnych II Rzeczypospolitej, czego przykładem były losy profesorów UJ wywiezionych na początku wojny do Sachsenhausen. Dramat zaufania członków Armii Krajowej sowieckim „deklaracjom bezpieczeństwa”. Dramat Żołnierzy Wyklętych, których szczątki nadal ukryte są pod grobami oprawców na powązkowskiej Łączce. Dramat Witkacego, który stworzył teorię Czystej Formy, by oderwać się od „romantycznej” konwencji historii, a potem rozpaczliwie spieszył popełnić samobójstwo, „kiedy jeszcze jest Polska”. Dramat Józefa Czechowicza – katastrofisty zabitego niemiecką bombą w lubelskim zakładzie fryzjerskim we wrześniu 1939 roku.
Dramat Warszawy bombardowanej w tym samym wrześniu, gdy kończył się świat zrozumiały, swojski, chronologicznie opisany. Kolejność – z punktu widzenia historyka – „przypadkowa”. Zaledwie trzysta trzydzieści sześć stron. Nawet ignorant dostrzeże brak Katynia, Rzezi Wołyńskiej, Powstania Warszawskiego, Smoleńska… Brak nie spowodowany przecież niewiedzą czy obojętnością autora. Wnikliwej znajomości tematów, którymi się zajmuje, oraz głębokiej wrażliwości dowiódł we wszystkich swoich poprzednich publikacjach – od „Helikonu i okolic” (2008), poprzez poetyckie tomy, aż do ostatniego „Obcowania” i „Notatnika smoleńskiego” (2014) – w dorobku dla pisarza niespełna czterdziestoletniego zaiste imponującym. Więc nie ignorancja czy nieumiejętność. Afazja. To znaczy – chcę mówić, zaczynam mówić i - ogrom przemilczanych dotąd kwestii chwyta za gardło, paraliżuje poczuciem bezradności. Domaga się chronologii, porządku, systematyczności, ale jak uporządkować coś, co nie zostało jeszcze opowiedziane, wyrażone? Jak opowiedzieć, gdy trzeba by najpierw wymyślić albo odnaleźć język tej opowieści? Tylko pozornie Dakowicz korzysta z narzuconego pędem rzeczywistości prawa do braku chronologii, jakby pracownik naukowy uniwersytetu kapitulował na rzecz poety, którego obowiązuje jedynie owa klasyczna licentia przyzwalająca na najbardziej kapryśne skojarzenia i przeskoki wyobraźni oraz oryginalne metafory. A przecież tak właśnie działa pamięć. Podsuwa obrazy, ogniwa, zasłyszane niegdyś lub przeczytane zdania, fotografie, strzępy relacji bliskich i dalszych krewnych, strofy piosenek i wierszy – w rytmie przypomnień i olśnień, którym do systematyczności z natury daleko. Śledząc rozrastanie się toposów i wątków, czytelnik ma szansę poczuć się jak zdumiony podróżnik, przed którego oczami kupiec na jakimś egzotycznym bazarze rozwija z pysznej beli niezwykły kobierzec różnobarwnej tkaniny, a każdy metr odsłania nową tajemnicę, nową plątaninę wzorów, nowe i zaskakujące rozwiązanie pozornie symetrycznej konstrukcji zdobniczej. Humanista - w najlepszym tego słowa znaczeniu – erudyta i literat zarazem wykorzystuje każdą dostępną i znaną sobie metodę, by tę tkaninę najpierw odczytać, a potem spróbować pokazać innym.
A jest nią Polska. Jej historia, jej pamięć, tragedia i duma milionów, które żyją i umierają, szanują i szydzą, poznają i mijają obojętnie, usiłują zrozumieć i porzucają, zapalają się i gasną. Za jednego ze swoich mistrzów Przemysław Dakowicz uznaje Jarosława Marka Rymkiewicza – także naukowca, poetę i erudytę. Obaj, drążąc fascynujące ich tematy, korzystają z rozmaitych sposobów wyrażania myśli, przekazywania wiedzy, docierania do przyczyn i skutków, z rozmaitych gatunków literackich i form wypowiedzi – od precyzyjnej analizy do najbardziej szalonej i dziwacznej interpretacji, od studium do impresji, od szkicu teatralnej sztuki do eseju. Obaj są przekonani, że to konieczność, nie moda eksperymentowania na żywym organizmie piśmiennictwa i czytelnictwa wszelkiej maści. Konieczność sięgania w przeszłość, opowiadania jej, rozumienia, kontynuowania, nawiązywania ciągłości, kultywowania tradycji, poznawania historii aż do najdrobniejszych szczegółów. Bez tego zginiemy, nie będzie teraźniejszości, a już na pewno nie będzie kontynuacji, ciągłości, scalania i wspólnoty. Będzie chaotyczny stos cząstek, fragmentów, w które współcześni specjaliści od wszelkiego rodzaju „metodyki” usiłują zmienić poznawanie procesu dziejów – wraz z jego logiką i jego prawami (a także bezprawiem). Jest taki fragment w „Kinderszenen” Rymkiewicza, gdzie autor porównuje swoje – zniszczone i ukradzione przez wojnę - dzieciństwo do dziury powstałej w wyniku wybuchu czołgu-pułapki na Podwalu w pamiętny sierpniowy dzień Powstania Warszawskiego – czarnego dołu spalenizny, krwi, ludzkich szczątków i zamienionych w miazgę przedmiotów.
Napisałam „przez wojnę”, ale Rymkiewicz mówi o Niemcach, po imieniu nazywając sprawców zrujnowania polskich losów – tych jednostkowych i tych zbiorowych. U Dakowicza winnych jest więcej, bo i więcej wątków. „Niemiec mieszkający w Polsce miał pozostać lojalny nie wobec państwa, w którego granicach mieszkał, ale wobec Rzeszy, miał się stać – w pełnym znaczeniu tego słowa – agentem sprawy niemieckiej.” („Afazja polska”, s. 33)  „Wrzesień 1939 roku był miesiącem, w którym proces znikania polskiej państwowości wkroczył w fazę decydującą. (…) od kilku wieków (…) w Prusiech i Niemczech, w Rosji i Związku Sowieckim, stale przemyśliwano nad tym, jak by tu Polskę zlikwidować (…)” (s. 88)  „Więc kłamali, zapewniając uroczyście swobodę ruchu, więc nie dotrzymują umowy? Nie dotrzymują żadnego jej punktu – to są bolszewicy.” (s. 136, cytat z relacji podpułkownika Kazimierza Ryzińskiego) „Jeszcze zanim ustąpił stąd jeden okupant, fala wojsk ze Wschodu zalała kraj. Głośno mówiono o ‘wyzwoleniu’, deklarowano, ogłaszano manifesty.
Samozwańcze rządy tymczasowe zapraszały do współpracy (…). Zaraz potem mówiły o ‘jedności narodowej’. I jednoczyły. Wycinając, strzelając w potylicę, wieszając.” (s. 159)  „Przejęty przez komunistów aparat państwowy służył konserwowaniu owej niewymowności (…).” (s. 185) „ Wojnę, jaką sowiecki generał w mundurze z polskimi symbolami narodowymi wydał nam wszystkim, należy ocenić jako jedną z największych zbrodni komunizmu w Polsce.” (s. 9-10)  „Polska pieśń żołnierska znana pod tytułem Jak to na wojence ładnie, której fragment zacytował Komorowski, powstała w czasie powstania styczniowego i posiadała jednoznaczną wymowę antyrosyjską. (…) Nie sposób wyobrazić sobie frazy bardziej sprzecznej z całą życiową postawą Wojciecha Jaruzelskiego niż ta, którą posłużył się prezydent.” (s. 188)
Ktoś powie: a cóż to za afazja, jeśli garść cytatów nie tylko poraża ilością sformułowań, ale i jakością interpretacji historii? W dodatku interpretacji, z którą wielu z pewnością nie będzie skłonnych się zgodzić?
Odpowiedzią na pierwszą wątpliwość może być metoda, którą Dakowicz zastosował w dwóch miejscach swojej książki. Te dwa miejsca to jakby szkic dwóch wędrówek po strefach kaźni Polaków – po Sachsenhausen i Warszawie 1939 roku. Jedną z nich autor przedstawił w mansjonach, drugą poprowadził kręgami. Czytelne dla jako tako obeznanego z historią kultury odbiorcy odwołania do średniowiecznych misteriów i dantejskich zaświatów uświadamia bogactwo nie tyle tego, co w ten sposób zostało powiedziane, ale przede wszystkim tego, co zostało przemilczane. Wykorzystując literacką i historyczną wiedzę, znajomość pamiętników i innych relacji z epoki oraz rodzinne opowieści, wykształcony humanista tworzy jedynie zarys tego, co powinno być wyrażone, przywrócone i wypełnić puste miejsce, w którym od kilku dekad króluje „fałszywa wizja polskiej rzeczywistości”, „wersja naszej historii spreparowana tak, by służyła interesom innych.” (s. 11)
Opowieść to literatura. Dakowicz posługuje się czymś, co można nazwać literackimi próbami, nie ukrywa jednak, że historia wymaga epopei, jeśli nie w klasycznej formie, to w każdym razie -wielotomowej powieści. Tylko epopeja mogłaby scalić przeszłość z teraźniejszością, o-calić przemilczane karty tejże historii od zapomnienia, wyrazić i nazwać niewyrażone, a w końcu –niewyrażalne. Tylko wielka literatura jest w stanie uporać się z traumą, upiory przeszłości zmienić na nowo w żywych ludzi, którymi w istocie są. To oni – mówi Dakowicz – ci z Łączki, z katyńskiego lasu, ze wszystkich ubeckich katowni – to oni są żywi, a my jesteśmy martwi. W „Katyniu” Wajdy generał mówi do swoich żołnierzy: „Bez was nie będzie wolnej Polski.” I nie ma. Coś, co nie zostało opowiedziane, nie istnieje. Więc ta ilość przemilczanego, ta „reszta”, która jest milczeniem, na razie milczeniem pozostanie. Mimo wierszy, szkiców, esejów i recenzji.
Ale jest jeszcze kwestia druga. Tylko epopeja, tylko wielka literatura uprawomocnia radykalne interpretacje. Tylko ona dysponuje ową licentia poetica, metaforą, symbolem, rozmaitymi sposobami narracji, które nie pozwalają jednoznacznie określić narratora, wielorakimi możliwościami wyrażenia zbiorowych emocji, których nie sposób nie uznać za jednostkowe i subiektywne, a więc – „bezpieczne”. O literaturze można dyskutować, można się o nią kłócić, jak latami kłócono się o Trylogię Sienkiewicza, odczytywać na wiele różnych sposobów, ale nie da się jej jednoznacznie zdiagnozować na tyle, by oskarżyć autora o zakłamanie przeżycia historii. Takie zarzuty w odniesieniu do „Afazji polskiej” zapewne się pojawią, jak pojawiały się przy okazji kolejnych tomów poetyckich Dakowicza (zwłaszcza „Teorii wiersza polskiego” i „Łączki”) czy notatnika smoleńskiego „Przeklęte continuum” lub ostatniego zbioru esejów i manifestów pt. „Obcowanie”. A przecież historia krakowskich profesorów, Józefa Czechowicza, Stanisława Ignacego Witkiewicza i prezydenta Starzyńskiego zdarzyła się naprawdę. I bombardowanie warszawskich szpitali, i zagłada Niezłomnych, i nawet słowa młodego żołnierza, który w ostatnich chwilach wołał: „O Polsko kochana, dla ciebie krew moja płynie”, miast wzywać imienia dziewczyny czy matki, wybrzmiały naprawdę i zostały zanotowane przez zdumionego świadka (s. 302). Jednak „Wiek XX nie wydał wielkiej polskiej powieści, powieści-syntezy, która zbierałaby i przepracowywała wszystkie niewiarygodne zbiorowe doświadczenia.”(s. 284)  Nie wydał, ponieważ ci, którzy ją mogli napisać, zostali zabici albo zastraszeni, oszukani, zmanipulowani i zakłamani, więc milczą, nie wiedząc nawet, że to milczenie jest wynikiem i objawem choroby zwanej afazją. Polski naród to kadłub z odciętą głową, dlatego nie mówi, przeszłość spowita jest mgłą i zapomniana, teraźniejszość – zakłamana i niezrozumiała, a przyszłość – niemożliwa do przewidzenia. Tak radykalna interpretacja dziejów wydaje się zdolna do obrony jedynie w świetle wielkiej literatury, pozostawiona sama sobie „musi” wywołać jałowe spory. Czy rzeczywiście musi? Cudzysłowu użyłam nieprzypadkowo. Niewątpliwy talent literacki Dakowicza, czytelny w języku i emocjach dla każdego, kto z literaturą w tradycyjnym znaczeniu słowa i jego konotacji miał do czynienia, kreuje treści nasycone mocą przekonania, siłą prawdy, która jest nie tylko racją w jakiejś akademickiej dyskusji. Jego koncepcja pozwala na nowo uświadomić sobie potrzebę uprawiania klasycznej refleksji humanistycznej, etyki w estetyce. Na początku rozdziału pt. „Mansjony Germanii” Dakowicz przypomina starą jak ludzkość wizję świata jako teatru, w którym człowiek jest marionetką, „igraszką w rękach bogów”, oraz przywołuje fragment „Wspomnień z Sachsenhausen” Jana Gwiazdomorskiego, gdzie budowa i rozbiórka obozowych baraków porównane są do zmiany dekoracji teatralnych (s. 57-58). Ale ten „spektakl” rozgrywa się naprawdę. Literatura i teatr nie oznaczają abstrakcyjnej umowności. Pochodzą z życia i opisują życie. Świadectwo literackie jest równe historycznemu, a w pewnym sensie nawet je przewyższa, bo zawiera niepowtarzalny zasób emocji i wyobraźni. A także – czy może przede wszystkim – dysponuje narzędziem w postaci swoistego języka, w którym dosłowność miesza się z metaforą w takim stopniu, jaki pozwala wniknąć w omawiany temat zarówno na poziomie intelektualnym, jak i emocjonalnym oraz – co szczególnie ważne – estetycznym. Jeśli świat jest kreacją bogów, to literatura także podporządkowana być musi boskim prawom. Lub, jak kto woli, prawom mitu. Mit to pierwotna postać literatury. Koło się zamyka. Czas mitu – w przeciwieństwie do czasu historii – nie jest linearny, lecz kolisty właśnie. Rzeczywistością, w której historia i mit zostają scalone w jedno, jest epos. Bo historia się nie powtarza. Historia się nawarstwia. Jej krąg rośnie w rytmie konsekwentnej logiki, można by rzec – logiki sacrum. Aby to się dokonało, trzeba odbudować wspólnotę, bo epopeja, jakkolwiek ma zazwyczaj swojego konkretnego autora, jest owocem doświadczenia zbiorowego. Toteż dramatyczne pytanie Dakowicza _ „Gdzie jesteś, Polsko?” (s. 284) – wymaga odpowiedzi, do której twórca „Łączki” zobowiązuje siebie i swoich czytelników. Gdzie jej szukać? Czy każdego 1 sierpnia na Powązkach lub na Placu Piłsudskiego, gdzie śpiewamy „nie-zakazane” piosenki? Jeśli tak, to jest nadzieja.
O „Afazji polskiej” Przemysława Dakowicza bardzo trudno jest napisać krótki tekst. Ale literatura (przez duże „L”) broni się sama.

Agnieszka Czachowska

Przemysław Dakowicz, „Afazja polska”, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2015


Materiał filmowy 1 :

Materiał filmowy 2 :

Zobacz równiez:





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.