Okiem Shorka - W tajnej służbie jego komorowskości
data:20 maja 2015     Redaktor: Shork

Przedwczoraj Komorowski zawitał do Wrocławia. Nie wiedzieliście? Dużo ludzi nie wiedziało.
Niestety komuś tajemnica się wymsknęła i pojawił się alternatywny komitet powitalny.





 
Alternatywny dla dzieci z podstawówki stojących karnie pod ścianą i paru osób ze standardowego otoczenia kandydata.
Alternetywny dla zaproszonych beneficjentów obecnego układu politycznego, którzy na zamkniętym podwórzu udawali szarych  obywateli miasta.
Impreza zamknięta, nawet dla dziennikarzy spoza tych prawomyślnych, odbywała się w budynku Ossolińskich przy ulicy Szewskiej. Mieszkańcy Lemingradu (jak już pieszczotliwie nazywane jest w środowiskach prawicowych moje ukochane miasto), żyjąc w obfitości piwa, bliskiej granicy z Niemcami i mnogości firm zagranicznych zatrudniających jak popadnie, nie zwrócili uwagi na wydarzenie, myśląc o kolejnym melanżu.
Zjawili się zaproszeni oficjele i niezaproszeni, niepokorni obywatele. Oczekiwanie umilały słowa prawdy płynące na zmianę z dwóch megafonów. Pod bramą stało stadko spędzonych z pobliskiej szkoły dzieci w towarzystwie osoby, której z całą pewnością swojego dziecka pod indoktrynację bym nie powierzył. Tuż przy nich osoby ze sztabu Komorowskiego-Dudy z przylepionymi do gąb uśmiechami.
Napisałem niedawno, że te przylepione, niezależnie od sytuacji uśmieszki gwałcą moje poczucie humoru. Nie ma nic bardziej obrzydliwego niż fałszywy uśmiech. Jest gorszy niż fałszywa miłość niemytej od tygodni prostytutki. Uśmiech, którym reagujemy mimo złości, który otwiera przed bliźnim duszę, został sprowadzony do obleśnej pornografii. I właśnie takie grymasy prezentowali witający Komorowskiego. Pilnowali tego przez cały czas, ale reszta ciała zdradzała braki w przeszkoleniu. Czyżby kasa się kończyła? Co z tego, że trzymasz na wargach pogardliwy grymas, jeżeli nogi tańcują jakby dała o sobie znać opryszczka, a ręce uciekają szukając zajęcia? Pełen profesjonalizm. Jeden uśmiechnięty gość tak się skupiał, że mało pod tramwaj nie wszedł.
 
Okrzyki trwały, zmieniały się żeby było oryginalniej i czas oczekiwania się nie dłużył. Nagle zauważyłem tajniaków z ochrony prezydenta. Dobrze napisałem – tajniaków, dobrze napisałem zauważyłem. Rzucali się w oczy. Byli ubrani nie tak i w nieodpowiednim miejscu. Wyróżniali się jak gestapowcy w swoich skórzanych płaszczach i kapeluszach próbujący się wtopić w biedny tłum okupowanej Warszawy.
Po pierwsze, w tej części Szewskiej knajp nie ma. Są budynki Uniwersytetu, obiekty sakralne, miejsca epatujące kulturą i sztuką, więc rośli panowie, jeżeli już by zbłądzili w te zakamarki, powinni być wyposażeni w walizki na kółkach, albo być kompletnie pijani. Okulary i czapki z przydziału. Tragedia. Przeszli oczywiście NIEZAINTERESOWANI wcale tym, że parę osób coś wywrzaskuje i wymachuje transparentami. Oczywiście, przecież to codzienność.
Parę minut później podjechały limuzyny z kandydatem, który wyskoczył z auta, uraczył tłum  fałszywym uśmiechem i machnięciem ręką i ukrył się w bramie. Jak na sygnał dzieci karnie odmaszerowały za swoją panią, ciesząc się pewnie z piątek za aktywność. Przed bramą zostali ochroniarze.
I wtedy coś mnie tknęło. Czytam od czwartego roku życia. Czytam kompulsywnie. Jeżeli w zasięgu są jakieś litery, to za chwilę wpadną do mojej głowy. W domu przeczytałem wszystkie swoje książeczki, kryminały rodziców mnie nie pociągały, więc łupem padała encyklopedia. Stara, zniszczona i niepotrzebnie wyrzucona gdy po latach trafiła się sześciotomowa. W tej encyklopedii były fotografie przedstawiające typy ludzkiej fizjonomii. Był Eskimos, Nordyk, Słowianin, Mongoł itp. Wiem, że teraz to passe i rasizm, ale obrazek wbił mi się na tyle w pamięć, że bez problemu rozpoznaję pochodzenie człowieka na którego patrzę, jeżeli nie w pierwszym to w drugim pokoleniu. Każdy z nas odróżni Europejczyka od Chińczyka, odróżnienie rodowitego mieszkańca Ameryki Północnej od Eskimosa może być już trudniejsze, szczególnie gdy zabierzemy temu pierwszemu pióropusz.
Przyjrzałem się i ochroniarzom. Ci w bliskim otoczeniu zdawali się normalni. Archetyp polskiego ochroniarza. Ogolona głowa, bokserski chód, w uchu terminal. Ci w drugim kręgu byli inni.
Inne rysy twarzy, inna linia włosów. Uczesanie obce, strój sportowy, ale jakby się kompletami powymieniali i te okulary prosto z reklam wyżelowanych picuśiów rozglądających się za blacharami, znad zimnego łokcia czarnego BMW. Okulary, których żaden szanujący się Polak by nie założył. Chyba że dla żartów.
Tak. Ci ludzie z całą pewnością wtopiliby się w tłum na Ukrainie, Białorusi lub w Rosji. Z całą pewnością ciężko by ich było odróżnić od epatujących znaczkiem adidasa archetypowych „Słowian” widzianych na fotografiach z podpisem: Rosja to stan umysłu. Za takie rysy twarzy hollwoodzki reżyser potrzebujący „rosyjskich” statystów zapłaciłby kupę kasy.
 
Do tego, te dwa kręgi ochroniarzy wyraźnie się nie przenikały, mimo że robili dokładnie to samo. Szeptali wyłącznie w swoim gronie.
Może pilnują go, żeby nie uciekł?
 
Witający Komorowskiego po całej imprezie pozbyli się niewygodnych akcesorów.
 
Zobacz równiez:





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.