Tego poranka nie zapomnę…(7)
data:01 kwietnia 2015     Redaktor: GKut

Śmierć Prezydenta

 
 
 
 
(pisane nazajutrz)
 

To miał być udany weekend z rodziną. Wyrwaliśmy się więc z pracy „na wygnaniu” i oto śpimy zmęczeni podróżą we własnym łóżku, we własnej sypialni. Jest sobota, siódma rano. Budzi nas tupanie trzech par bosych nóżek, które po chwili wskakują na naszą kołdrę. Śmiechy, krzyki, dziecięca paplanina. Zaraz, zaraz, chwileczkę, pozwólcie jeszcze pospać… coś mi się... Już wiem! Pamiętam, co mi się właśnie śniło! Przedziwny sen. Remont w mieszkaniu. Jakaś ekipa zmienia tapety, maluje ściany, jeden z majstrów ma wielkie ucho inkrustowane… gałkami ocznymi. Makabra. W głębi korytarza, w półcieniu, widzę nagle… Izabelę Jarugę-Nowacką. Przez moment spotykamy się wzrokiem, a potem… to już te stópki naszych najsłodszych wnuczek. Schodzę na dół. Córka karmi już psy i koty; gotuje dzieciom mleko. Opowiadam jej sen.

 

- Ach, te twoje sny! Wczoraj przez telefon też opowiadałaś jakiś koszmar. Bzdury!

 

Tak, tak, wiem. Sen – mara, Bóg – wiara! Babcia zawsze mi to powtarzała, a moje dziecko strofuje mnie jeszcze bardziej, straszy grzechem.

 

A poprzedniej nocy sen także był szczególny. Nasza trzyletnia wnusia uruchomiła stojący w ogródku helikopter (we śnie nic nie jest dziwne). Widzę, jak śmigłowiec lata między jabłonkami, a potem unosi się gdzieś w chmury. Jestem przerażona, wołam pomocy. Wtem spostrzegam schodzące ze schodów dwie siostry zakonne i proszę je o modlitwę. Jedna z nich natychmiast klęka; druga przytula mnie i wtedy stwierdzam, że to jest… Matka Teresa z Kalkuty. Unoszę głowę, wypatruję helikoptera i widzę ciągnące powoli po niebie różne samoloty, balony i wielkie zwierzęta. Mój mąż uśmiecha się – w uzębieniu ma wyraźną lukę. I to po przebudzeniu najbardziej mnie przeraża. Rzeczywiście zadzwoniłam do dzieci. „Pilnujcie dziewczynek, uważajcie na siebie!”

 

Tak, tak, przesądy, grzech, ale przez moment lęk mnie aż paraliżuje.

 

Córka opowiada o śmierci dalekiego znajomego.

 

- O, masz swoje zęby – mówi. I znów upomina mnie surowo.

 

Wszyscy gromadzimy się na śniadaniu. Wnuczki jedzą z apetytem, paplają trzy po trzy. Ja znów wyskakuję ze swoimi snami, no bo jakoś tak zapamiętałam, i takie okropne. Tym razem dostaję reprymendę od męża i zięcia. W przedpokoju dzwoni moja komórka. Biegnę odebrać. Nie rozumiem słów. Moja kuzynka chce mnie o czymś zawiadomić, ale tak płacze, że aż nie może mówić.

 

- Kto umarł?! Kto zginął?! Jaki prezydent?! Nasz Prezydent?! To przecież nie może być prawda!!!

 

Już otacza mnie cała rodzina. Ktoś wyrywa mi słuchawkę i jeszcze raz głośno powtarza wiadomość o śmierci Prezydenta Kaczyńskiego. Najpierw stoimy jak sparaliżowani, potem rzucamy się do telewizora i komputera. Wszyscy płaczą, nawet najmłodsza trzylatka. Z telewizora ktoś wyciągnął jakiś kabel, komputer startuje wyjątkowo ociężale. Trzęsą nam się ręce, nie możemy poradzić sobie z tym nieszczęsnym kablem. Wreszcie mamy obraz i dźwięk. Nic do końca nie jest pewne. Klękamy z dziewczynkami przed obrazem ukrzyżowanego Jezusa. Modlimy się. Za Prezydenta, za Ojczyznę, za wszystkie Ofiary. Znów wracamy do szukania informacji. Mężczyzn ( i najstarszą, dziewięcioletnią wnuczkę) ogarnia nagle – oprócz strasznego rozżalenia – gniew. Wykrzykują jedno przez drugie, przypominają, ile było zła. Samo słowo „samolot” daje aż za dużo powodów do złych skojarzeń, do złych wspomnień. Katyń 2010 – wypisują czarnym flamastrem na kartonie.

 

- Popatrz – mówi nagle córka – śniła ci się Jaruga-Nowacka, a zginął nasz Prezydent!

 

Udaje mi się wejść na stronę „Rzeczpospolitej”. Jest pierwsza lista ofiar. Z bólem wypatruję tych nazwisk, które są nam znajome i bliskie, ale przecież teraz wszystkie są bliskie. Wszyscy stali się bliscy i nasi. Wszystkich opłakujemy.

 

- Nie uwierzycie – wykrzykuję – Na liście jest Izabela Jaruga-Nowacka!

 

Boże! Dlaczego właśnie ona pojawiła się w moim śnie? Kierowała się zupełnie innym światopoglądem. Nie respektowała wielu najcenniejszych nam wartości. Posługiwałam się czasem Jej nazwiskiem w jakichś szyderczych wierszykach. Jest mi naprawdę bardzo, bardzo przykro. Mam ją przed oczami, jako atrakcyjną, elegancką, często uśmiechającą się kobietę. Będę się za nią szczególnie modlić.

 

I potem, pewnie tak, jak w każdym polskim domu – żal, rozpacz, wspólny płacz i modlitwa. Od czasu do czasu, fala gniewu, pretensji, wyliczania, kto powinien uderzyć się w piersi, kto powinien udać się do Canossy, kto powinien przeprosić, kto wycofać się z publicznego życia. Wrzeszczymy, płaczemy, uspokajamy siebie wzajemnie. Tak nie można. Nikt nie chciał tej tragedii. Niezbadane są wyroki Opatrzności Bożej. Uciszy nas dopiero modlitwa w kaplicy Ojca Pio.

 

Patrzę przez okno. Wszędzie pcha się wiosna! Kiedy tak się zazieleniło to pole za płotem? Koteusz Piękny wdrapuje się na wierzbę. W dali widzę miniaturowe sylwetki pasących się koni. Na niebie odrzutowiec zostawia za sobą jasną smugę…

 

Myślę o moim Prezydencie, którego już nie ma; którego TUTAJ już nie ma. Myślę słowami, jak z czytanki dla dzieci(bo tylko takie słowa są tu odpowiednie) – że był odważny i prawy, że kochał ojczyznę i Jej dobro zawsze miał na względzie; że nie zawodził przyjaciół; że nie szukał poklasku; że był ponad te wszystkie oszczerstwa, wyszydzania i opluwania… Myślę o mojej osieroconej Polsce, która budzi się na wiosnę zbolała i zdziwiona, że aż tak ogromną poniosła stratę.

 

Módlmy się, żeby dobry Pan Bóg przyjął wszystkie Ofiary tej strasznej katastrofy do swojej światłości i – żeby zmiłował się nad naszą Ojczyzną.

 

Dopisek po latach:

 

Minęło prawie pięć lat. Dziś jest 11 marca 2015 roku. Tajemnica tragedii do tej pory niewyjaśniona. Aż dziwię się, że tak spokojnie znosiliśmy skandaliczne śledztwo, obrażanie Ofiar, bezczelne kłamstwa, zamianę - a kto wie, czy nie bezczeszczenie - zwłok!

Wrak nadal w Rosji. Nawet nie chce się tego wszystkiego komentować.

 

 

Do tej pory modlę się za Izabelę Jarugę-Nowacką, tym bardziej, że w rok po tragedii wydarzył się znowu dziwny zbieg okoliczności. Otóż, gościliśmy w Polsce zaprzyjaźnionych Węgrów. Wybraliśmy się z nimi między innymi na Powązki. I na czyj grób dosłownie wpadłam? Tak. Na grób osoby, która tuż przed swoją śmiercią zagościła w moim śnie. Wiem, sen mara, Bóg wiara, ale ja zrozumiałam z tego tylko tyle, że muszę się nadal za nią modlić.

 

Barbara Lipińska-Postawa

 

Zobacz równiez:





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.