W „Micie Syzyfa” Albert Camus zaproponował wstrząsającą interpretację historii króla Koryntu. Oto skazany przez bogów Syzyf stoi z ogromnym kamieniem u podnóża wysokiej góry i zbiera siły. Jeszcze nie wie, że jego praca okaże się daremna na wieczność. Myśli, iż kara polega na wtoczeniu głazu na szczyt stromizny i gotuje się na wielki wysiłek. Upłynie wiele czasu wypełnionego katorżniczą pracą i powtarzającymi się upadkami kamienia, zanim nieszczęsny pojmie wreszcie, że jego los to wtaczanie, powtarzające się rytmicznie klęski i powroty… Esej ten przypomniał mi się podczas kolejnych obchodów Święta Niepodległości.
Od kilku lat Marsz Niepodległości w Warszawie zakłócają „chuligani” w kominiarkach i kapturach, atakujący policję wyrwanymi z bruku odłamkami granitowej kostki. Od kilku lat strzelają w niebo czerwone race. Oddziały wyposażone w gumowe pałki, armatki wodne i broń gładkolufową „bronią się”, „wyłapują winnych zajść”, przerywają i zawieszają marsz, zmieniają mu trasę itp., itd., etc. W telewizji, radiu i internecie toczą się, identyczne jak ze złego snu, dyskusje „ekspertów” i „komentatorów”. Organizatorzy dwoją się i troją: tłumaczą, pokazują filmy, z których niezbicie wynika, kto był prowokatorem, a kto ofiarą, powołują straż obywatelską, ustalają coraz to nowe pomysły na przemarsz, by, broń Boże, nie zahaczyć o żaden newralgiczny punkt w stolicy, nie przechodzić koło tęczy, skłotu, niewłaściwych pomników, właściwych ambasad i czego tam jeszcze. Wszystko na nic. Czarny scenariusz powtarza się jak katastrofa wymykającego się bezsilnemu Syzyfowi kamienia. I tak pojawią się zamaskowani prowokatorzy, zomopodobni policjanci, gazy łzawiące i petardy. A wcześniej – ostrzegawcze informacje, które co roku beztrosko ignorujemy: o zatrzymaniu młodzieńców z kieszeniami wypełnionymi kostką brukową, o włóczeniu się po mieście facetów w kominiarkach na kilka godzin przed Marszem, o stróżach prawa odwiedzających młodych ludzi w całej Polsce i wypytujących o plany na 11 listopada… Komedia po prostu.
Kochani, pojmijmy wreszcie: tego Marszu ma nie być. Niczego nie ustalimy, niczemu nie zapobiegniemy, niczego nie wytłumaczymy. Nie wolno nam świętować po swojemu. Obowiązuje patriotyzm reglamentowany – w różowych okularkach, z czekoladowym orłem, obowiązkowo w towarzystwie Pana Prezydenta i nieodłącznego Tomasza Nałęcza, pod rozwieszonymi na Krakowskim Przedmieściu pasiastymi „markizami”, które tylko przypadkowo są biało–czerwone. Będziemy współpracować albo wyginiemy jak dinozaury. Chyba że… Znajdziemy w końcu, jak Camusowski Syzyf, sens w upartym powtarzaniu pozornie daremnego rytuału. Kropla drąży skałę. Także syzyfową. Albo wymyślmy wreszcie mądrą alternatywę, której „bogowie” nie zdołają przechytrzyć. Polak potrafi!
Żmirska