Pamiętam, pamiętam - 17,03 w Olsztynie?
data:10 kwietnia 2012     Redaktor:

W drugą rocznicę śmierci Prezydenta Rzeczypospolitej, prof. Lecha Kaczyńskiego.

Ostatni raz widziałem Prezydenta podczas jego spotkania z mieszkańcami Kartuz, 10 lutego 2010 roku. Było chłodne i wietrzne popołudnie, zwłaszcza tam na podwyższeniu sceny, ustawionej na rynku miasta. Stał z gołą głową, bez rękawiczek. W wystąpieniu przypomniał  walkę Kaszubów o utrzymanie polskości na tych ziemiach. Zachęcał zebranych  do podtrzymania kaszubskiej kultury, tradycji i języka. "Kaszuby to mała ojczyzna o większym stopniu odrębności niż inne - mówił - ale proszę, abyście nie zapomnieli, że jesteście Polakami. Niedaleko stąd, w Pucku, 90 lat temu odbyły się zaślubiny Polski z morzem. Przedtem "Polska morska była Polską kaszubską". Po skończeniu części oficjalnej Lech Kaczyński, w otoczeniu ochrony, szedł jedną stroną rynku witając, się z mieszkańcami i zamieniając z każdym parę słów. Z pewnym trudem dostałem się w jego pobliże. "Panie Prezydencie  -  Józef Szmidt czeka". Odwrócił się od szpaleru ludzi z którymi  rozmawiał i bez zastanowienia odpowiedział mi: "Pamiętam, pamiętam? 17,03, rekord świata w Olsztynie w 1960 roku i dwa złote medale olimpijskie: Rzym i Tokyo".  Pamiętał rekordowy wyczyn Szmidta i pamiętał, że był oczekiwany  przez mistrza i jego żonę jesienią 2010 roku. Miałem mu towarzyszyć w tym spotkaniu. Czytał moje teksty wywiadów w Joggingu z Andrzejem Badeńskim legendarnym czterystumetrowcem lat sześćdziesiątych i Józefem Łuszczkiem, narciarskim mistrzem świata z roku 1978.  Ucieszył się, bo znał ich i  kibicował im. Zastanawiał bardzo się nad zagadkową śmiercią Badeńskiego.

Prezydent doskonale znał wyniki wielu dyscyplin sportu. Szczególnie bliska mu była lekkoatletyka z czasów sławnego Wunderteamu. Fenomenalna, wszechstronna pamięć ułatwiała mu również zapamiętywanie rekordów, nazwisk medalistów Polski, Europy, świata i mistrzów olimpijskich, począwszy od pierwszych Igrzysk ery nowożytnej w Atenach. Pamiętał co do sekundy i co do centymetra wyniki polskich rekordzistów świata: Chromika, Sidło, Krzesińskiej, Krzyszkowiaka, Piątkowskiego, Kozakiewicza. Cztery krótkie rozmowy o sporcie i jego orientacja w tej dziedzinie były dla mnie zdziwieniem i zaskoczeniem podobnie, jak wszechstronna znajomość historii. Nie dojechał do Szmidta, nie doszło do spotkania. A ja odwiedziłem Go rankiem, 12 kwietnia w Pałacu Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu, leżał już na katafalku. 

Od dziecka uczył się z podręczników i z literatury zawiłej historii Polski i Europy. Poznawanie jej ułatwiała mu atmosfera domu rodzinnego na Żoliborzu, pełnego tradycji i ducha patriotyzmu. Gdy miał osiem lat, razem z bratem Jarosławem zdążyli już  dwukrotnie przeczytać, lub wysłuchać czytanej przez ich Mamę Trylogii Sienkiewicza. Jak mi powiedział Jarosław Kaczyński  na spotkaniu w Kościerzynie,  Pana Wołodyjowskiego wydzierali sobie z rąk. Już jako prezydent Lech Kaczyński budził respekt wśród głów państw swoją rozległą wiedzą, również o ich krajach. Pod względem erudycji przewyższał swoich odpowiedników w Unii Europejskiej. Będąc 3 marca 2006 roku na słynnym Uniwersytecie Humbolta, przedstawił wykład "Solidarna Europa". Widział Unię jako silny związek państw narodowych, jednocześnie dążył do zmiany jej Traktatu Konstytucyjnego. Kiedyś znalazł się w gronie niemieckich historyków. Bardzo dokładnie przedstawił im genezę zjednoczenia Niemiec za kanclerza Bismarcka i całą historię Republiki Weimarskiej. Wywołał tym wśród słuchaczy aprobatę i zdumienie znajomością historii Niemiec przez prezydenta.

Znał daty i losy bitew polskiego oręża na Kresach, czasu zaborów, powstania styczniowego i listopadowego, obu wojen światowych, udziału Polaków w walce o wolność innych narodów. Potrafił szczegółowo opisać stanowiska bojowe, nazwiska dowódców, wyniki bitew polskiego oręża, ilość poległych po obu stronach, zawierane pakty i rozejmy. Wymieniał z pamięci nazwiska królów, cesarzy, carów, niezależnie od czasu ich panowania. Wcześniej, jako wykładowca prawa na Uniwersytecie Gdańskim, miał u studentów przydomek "paragraf", ponieważ długie ustępy prawa pracy znał na pamięć i mówił je z pamięci.  Również nie sprawiało mu trudności zapamiętanie numerów ponad czterdziestu telefonów komórkowych,  pracowników swojej kancelarii. Tylko kilka z nich miał wpisane na stałe. Czekałem na jego przemówienia, tak uporządkowane w treści i wygłaszane poprawną polszczyzną. Miał własny niepowtarzalny styl przekazu. Nie doceniano tego, nigdzie w mediach nie można było się doszukać, jeśli nie przyjaznej, to chociażby rzeczowej  informacji. W tamtych dniach, gdy inni wielcy panikowali, ten człowiek wykazał się niezwykłą odwagą i determinacją w obronie Gruzji. Późnym wieczorem 12 sierpnia 2008 roku na ogromnym wiecu  w Tibilisi,  Lech Kaczyński - powiedział  Rosji nie! Zatrzymał okupację małego kraju.

Wieczorem, 23 października 2005 roku, w dniu ogłoszenia zwycięstwa Lecha Kaczyńskiego stało się coś niespotykanego w cywilizowanym kraju, jakim jest Polska. Konkurent nie złożył tego wieczoru elektowi publicznych gratulacji. Konkurent, który miał na przedwyborczych bilbordach wypisane hasło "człowiek z zasadami". Okazało się to zwykłym, nic nie znaczącym chwytem. Gdy należało złożyć zwycięzcy życzenia, zasady poszły w kąt. Powiedział tylko 12 maja 2006 roku: " Polska nie ma prezydenta, dzisiaj tylko jedna partia rządząca nazywa go prezydentem. Donald Tusk uważa się za sportowca, jest przecież niezłym piłkarzem amatorem. Czyżby nie wiedział i nie widział, że podaje się rękę temu, który okazał się lepszy? Zamiast tego, niezwłocznie przystąpił do demonstracyjnego ataku na elekta.  Nie robił tego sam, uzyskał usłużność "znakomitych" mówców, dziennikarzy i mediów. Już wkrótce wystąpiła powszechna wrogość wobec Lecha Kaczyńskiego i jego brata Jarosława. Oto tylko część słownictwa, jakie do tego niecnego celu użyto: dureń, cham, kartofel, pijak, pętak, kurdupel, mlaskacz, naburmuszony, spięty, nadęty, udający zucha, tępa kaczka, dyplomatołek, zacietrzewieniec, złośliwiec, kompromitujący kraj.

Na zdjęciach był pokazywany w jak najbardziej niekorzystnych  ujęciach. Dopiero po śmierci można było zobaczyć piękne zdjęcia kochającej się pary prezydenckiej. "Durniem" nazwał profesora prawa absolwent zasadniczej szkoły zawodowej w Lipnie - Lech Wałęsa, który chwalił się kiedyś, że nie przeczytał w życiu żadnej książki. Potwierdził to znieważenie w dniu pogrzebu Prezydenta. Nieco później, 1 września 2010 roku oznajmił w telewizji, że "największym osiągnięciem Lecha Kaczyńskiego było to, że zginął, innych jego osiągnięć nie widzę".  Bardziej elegancko, jak przystało na damę, wypowiedziała się o L. Kaczyńskim Danuta Wałęsa: "był dla mnie taką niemotą". Bronisław Komorowski powiedział w dniu wyboru Lecha Kaczyńskiego na najwyższy urząd w państwie: "szkoda Polski". O gratulacjach nie było mowy. W orędziu do narodu odczytanym 10 kwietnia 2010 r. w godzinach popołudniowych, zaznaczył układającym jego treść: "tylko bez picowania".  O swoim poprzedniku na urzędzie nie omieszkał powiedzieć, że "odniósł sukces w Brukseli, bo zdobył krzesło". "Jeśli to ma być miarą jego sukcesu, to ja bym się na jego miejscu spalił ze wstydu" (16.X. 2008 r.) "Gdzieś poleci i wszystko się odmieni". "Jaka wizyta, taki zamach. Snajper (w Gruzji) musiał być ślepy, żeby nie trafić z 30 metrów". Był rozbawiony i śmiał się od ucha do ucha, gdy wieczorem 16 kwietnia 2010 r. o godz. 21,59 przyleciało na Okęcie osiem kolejnych trumien ze Smoleńska, w tym  m.in. ciała:  Przemysława Gosiewskiego, gen. Franciszka Gągora najlepszego oficera NATO, aktora Janusza Zakrzeńskiego, posłanki Izabeli Jarugi Nowackiej. Nie ukrywał zadowolenia i nie potrafił dostosować się do  dramatyczności chwili, wobec oczekujących zrozpaczonych rodzin powagi i uszanować majestatu  śmierci (film na youtube 30 sek.) Czy można sobie wyobrazić, żeby prezydent Stanów Zjednoczonych śmiał się podczas znoszenia ciał poległych żołnierzy amerykańskich i żeby jutro pełnił jeszcze swój urząd?

7 grudnia 2009 roku Bronisław Komorowski, jako marszałek sejmu powiedział "chciałbym skrócić zły okres prezydentury Lech Kaczyńskiego". A po Smoleńsku, już jako prezydent oznajmił: "wielu w Europie z ulgą przyjęło, że zakończył się etap walki o samolot, o krzesło, o to, kto jedzie na jaki szczyt, Polska wraca do serca Europy. Dzięki mojej aktywności, odzyskuje dobry wizerunek na zewnątrz". 

Parafrazując słynny wiersz Czesława Miłosza, można powiedzieć;  poeta pamięta - spisane zostały słowa i czyny, nie bądź bezpieczny. Politycy, dwie bogate prywatne stacje telewizyjne i największy dziennik bezlitośnie atakowały prezydenta, chociaż nikomu krzywdy nie zrobił. Był niewygodny, bo zwalczał przestępczość i korupcje, porządkował niesprawne sądownictwo. jeszcze, jako minister sprawiedliwości,  Miał przecież na uwadze  dobro Polski, chciał żeby była silna, uczciwa i solidarna. Widać było, że celem jego urzędowania nie jest władza i splendor, a jedynie racja stanu.

To był człowiek wielkiej inteligencji i uroku osobistego. Dążył do tego, aby Polska miała bezpieczeństwo energetyczne,  należną  pozycję w świecie i w Europie. Dbał o jej godność, historię, suwerenność, wszczepiał  patriotyzm, solidarność i miłość do ojczyzny. Martwił się liberalnym podejściem do polskości. To z jego woli, Sejm uchwalił dzień 1 marca Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy  Wyklętych. Jest on wyrazem hołdu dla niezłomnych żołnierzy, którzy nie godzili się z komunistycznym zniewoleniem Polski, przelewając własną krew. Karta Polaka również jest jego pomysłu. Przywiązywał  dużą wagę do dziedzictwa narodowego i do nauki historii w szkołach. To jego staraniem, chociaż najczęściej milczy się o tym, powstało wspaniałe Muzeum Powstania Warszawskiego.

Jego znajomi mówią, że żywił obsesyjną miłość do Polski. Na 90?tą rocznicę odzyskania niepodległości przez ojczyznę urządził  bal z udziałem zagranicznych delegacji. Premier i jego rząd zbagatelizowali tę uroczystość, nawet ją wyśmiali. Jedna z ważnych osobistości "partii miłości" - Zbigniew Chlebowski, nazwał tę uroczystość "wiejską potańcówką". Tyle znaczyła dla niego i jemu podobnych, rocznicowa pamięć o odzyskaniu po 123 latach niepodległości przez kraj.

Prezydent Kaczyński uczył też ogłady w sprawach bardziej codziennych, jak chociażby premiera, który kiedyś wszedł pierwszy do gabinetu prezydenta, przed swoją współpracownicą.

Nie spodziewał się takiego morza nienawiści, szyderstw, kłamstw, przenoszonych również poza granice kraju. Przecież niespełna miesiąc temu w powszechnych wyborach, otrzymał wielkie poparcie społeczeństwa. Lech Kaczyński nie przypuszczał że nagle, tak wielu chciało go wyeliminować z życia politycznego za wszelką cenę. Był człowiekiem wrażliwym i to go bolało.  Pani Maria - żona Prezydenta, osoba mądra, spokojna, często z tego powodu płakała wieczorami.  Z początkowej krytyki i uszczypliwości, przerodziło się to wkrótce w jawną pogardę. Socjolog prof. Jan Szczepański pisał, że jest ona ważnym orężem w walce politycznej w każdym wymiarze. Ma w sobie wielkie bogactwo treści psychologicznej i społecznej. Wywołuje skojarzenia użyteczne dla polityka. Zaczęto przypisywać  prezydentowi błędy, których nie popełniał.

Wszechobecny chór prześmiewców powiększał się z każdym dniem, poprzez media wyszedł na ulicę, do szkół, w kolejki przed lekarzem, na uczelnię, na rodzinne spotkania przy stole. Stało się coraz powszechniejsze, aby "Kaczora", jak powszechnie nazywano prezydenta, wyśmiać, obrzydzić do dna, zaszczuć, wyszydzić i zdehumanizować. To stało się kanonem, to było trendy. Przekaz o "strasznych kaczorach", wręcz o demonach, przybrał postać atawistycznej nienawiści. Wystarczyło sprawnie operować pilotem telewizyjnym, tam było duże jej źródło. Większość stacji karmiło widzów fałszywym obrazem prezydenta. Nie powstrzymywani  przez nikogo szydercy, rozpasani w bezkarności,  dożynali  prezydenta i watahę PiS. Apogeum wściekłości wykazują jeszcze  nadal  dwaj jego prześladowcy,  nawet teraz - pośmiertnie. Wspomnę tylko jednego z Łodzi, ale bez tytułu, imienia i nazwiska, chroniąc tym grono profesorów, od wstydu za "uczonego". Z wytrzeszczem oczu i drapieżnością słów zjawiał się często przed kamerami telewizyjnymi. Drugiego z nich,  którego nazwisko też pominę, przypomnę tylko, że ów osobnik 22 maja 2010 roku, gdy jeszcze miliony Polaków przeżywały jeszcze żałobę, rozsyłał wiadomość następującej treści " wyjechał kartofel, kurdupel i alkoholik,  a wrócił mąż stanu". Dwa tygodnie później proponował zastrzelić Jarosława Kaczyńskiego, wypatroszyć go, a skórę wystawić na sprzedaż. W ostatnich wyborach z dużym poparciem społeczeństwa, ten pupil mediów został wybrany posłem? 

Nawet Episkopat nie stanął w obronie głowy państwa pomimo, że hierarchowie  słyszeli każdego dnia o  tym rozmiarze nienawiści i pogardy dla prawego człowieka. Była cisza.  Nie stanął w jego obronie,  chociażby z urzędu minister kultury. Słowem nie odezwali się w obronie prezydenta laureaci literackiej nagrody Nobla, osoby o szczególnej wrażliwości na język. Sławny językoznawca stwierdził, że słowo cham nie jest znieważające.

Ostentacyjnie i metodycznie lekceważono Prezydenta. Pracowało nad tym wiele "mądrych" głów.  Wylewano tony tuszu na pisanie kłamstw, przez tysiące godzin bezlitośnie atakowano go w telewizji. Walili, szydzili, kopali, gryźli, prowokowali do konfliktu, chociaż autorzy horroru, nie dorastali mu intelektualnie. Przekonali jednak do tego większość społeczeństwa, które w to uwierzyło. Jeszcze teraz podczas życzeń noworocznych, jeden z moich bliskich kolegów, nie omieszkał mi przypomnieć "dwóch  kaczorów ? dwóch chamów"  z Żoliborza. Dodam tylko, że ów kolega uważa się za  człowieka  z cenzusem.

Najwięksi ludobójcy świata, razem wzięci; Neron, Herod, Stalin, Hitler, Pol Pot - nie zaznali  setnej części tej nienawiści i pogardy, jakiej Lech Kaczyński doznał od rodaków. On sam nigdy nie rewanżował się szydercom. To nie leżało w jego wymiarze intelektualnym.  Poniżano go i przedstawiano jako człowieka zacofanego, zakompleksionego, złośliwego, nieufnego, spiętego, chociaż był otwartym, serdecznym,  życzliwym, szarmanckim w odniesieniu do kobiet. Każda  wypowiedź przeciwko niemu w telewizji, czy  na blogu, była natychmiast wielokrotnie publikowana. Nie było tu miejsca na rzeczową polemikę, było tylko  nieustanne  ośmieszanie. W stosunku do oszczerców, niezawisły sąd nigdy nie doszukał się znamion wykroczenia. W ocenie komentatorów i niektórych "sław"  nauki, ci oszczercy to  niezwykle inteligentne postaci. Ich  słownictwo  weszło  na stałe  do "skarbnicy" polskiego języka i jest już w stałym obiegu.

Pośmiewisko z Prezydenta Rzeczypospolitej nie ustało nawet  po jego śmierci. Teraz, tylko w większym rozmiarze, dotyczą Jego brata - Jarosława. Światowego  formatu polityk rodem z Żyrardowa,  Leszek Miller powiedział 21 stycznia 2011 roku o Lechu Kaczyńskim: nie odgrywał on żadnej istotnej roli w polityce europejskiej i światowej. Budził uśmiech politowania. Kto miałby motywację, aby dokonać zamachu na niego. Zresztą ten polityk poparł L. Wałęsę w zniesławiającym nazwaniu prezydenta durniem. Aktualnie jest posłem i cieszy się dużym uznaniem, zwłaszcza na Wybrzeżu.

Jakież było moje zdziwienie i zażenowanie, gdy 18 kwietnia, po zakończonej ceremonii pogrzebowej na Wawelu, zobaczyłem  trzech panów - niedawnych prześmiewców Prezydenta, jak ustawili się w szyku, do odbierania kondolencji od delegacji zagranicznych. Mieli odwagę i honor,  aby się tam znaleźć. Jeden z nich jeszcze niedawno mówił, że Prezydent jest mu niepotrzebny, bo jest Prezydentem jednej partii, drugi, że Prezydent gdzieś poleci i Polska się odmieni. Radosław Sikorski  w formie ubawu, wtórował 28 lutego 2010 roku w Operze Nova w Bydgoszczy refren, że już za 297 dni będziemy mogli powiedzieć; " były Prezydent Lech Kaczyński". Prezydent może być niski, ale może być mały, podkreślił dobitnie mówca. Zbudziło to aplauz widowni. Autor słów i audytorium nie musieli czekać, aż tak długo, wystarczyło 40 dni i ich życzenie stało się faktem. Autor wieczoru jest wysoki, przystojny, wielki, dumny i zadowolony z siebie, chętnie rozdaje uśmiechy. Klasa.

Do końca  dni pozostanie mi w pamięci wyjątkowy człowiek, z prometejską wizją służby Polsce, jakim był Lech Kaczyński. Nie zapomnę poranka 10 kwietnia 2010 roku, kiedy to w nadal nie wyjaśnionych okolicznościach, nagle zakończyło się jego życie, ale także życie "bizantyjskiego orszaku", jak nazwał delegację na uroczystości katyńskie a wypowiedziane dla Rzeczypospolitej, 19 sierpnia 2010 roku, przez obecny prezydent.  W tamtą pamiętną sobotę Prezydent chciał oddać hołd poległym w Katyniu i wygłosić przemówienie o najtrudniejszej stacji polskiej Golgoty. Nie zdążył wypełnić swej historycznej powinności wobec tych, którzy tam zostali zamordowani i wobec Ojczyzny. Po kilku dniach narodowej żałoby i wyciszenia, w mediach ruszyła smoleńska propaganda kłamstwa, nie pomijająca winy Lecha Kaczyńskiego za katastrofę. Tłumiono pamięć o nim, gaszono  płonące znicze przed Pałacem, niszczono wieńce i kwiaty i  wywożono na śmieci. Bito modlących się przede krzyżem. Straż miejska wyrywała portrety pary małżeńskiej z rąk żałobników i  wrzucała je do pojemników z odpadami. Nie zapomnę zniewag, których doznał prezydent  za życia,  których  żaden z "ofiarodawców" nie odwołał i nie myśli odwołać.  Ich  autorzy  nigdy nie poczuli drgnień serca i sumienia, winy i najzwyklejszego wstydu. Nie padli w czasie pogrzebu na kolana, jak to sugerował im Marcin Wolski  i  nie przeprosili  Zmarłego, nie poprosili go o przebaczenie, zachowali swoje niezłomne ego.

Tadeusz Gawlik   





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.