CO FILOZOF ZAWDZIĘCZA CHRZEŚCIJAŃSTWU
data:08 kwietnia 2012     Redaktor:

Tekst Ryszarda Legutki, z którym powinniśmy się zapoznać

GK

Żyjemy w czasach, kiedy filozofia i chrześcijaństwo nie pozostają w bliskich stosunkach. Tworzą oczywiście dzisiaj filozofowie, którzy są chrześcijanami; żyją też i tworzą chrześcijanie, którzy są filozofami. Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że te dwie sfery - filozoficzna i religijna - przenikają się w stopniu niewielkim, a w każdym razie znacznie mniejszym, niż jeszcze kilka dekad temu. Życie filozoficzne, skoncentrowane na poznaniu świata, wydaje się płynąć jednym nurtem, natomiast życie religijne, skoncentrowane na oddawaniu czci Bogu, innym.


Dlaczego tak się dzieje, to temat szeroki, ale nie jemu poświęcę moje uwagi. Ich cel jest znacznie skromniejszy. Postaram się odpowiedzieć na pytanie, co ja sam - człowiek, który z zawodu, z zamiłowania i z temperamentu zajmuje się filozofią - zawdzięczam chrześcijaństwu i jaka według mnie jest rola inspiracji chrześcijańskich we współczesnej refleksji filozoficznej. Nie chodzi tu rzecz jasna tylko o doświadczenia osobiste, ale o przemyślenia, które, mam taką nadzieję, posiadają walor szerszy i mogą dysponować uzasadnieniem wykraczającym daleko poza subiektywne poczucie pewności.


Przede wszystkim, z chrześcijaństwa czerpiemy poczucie tajemnicy istnienia, które towarzyszy naszym refleksjom, i które, jak sądzę, znajduje się u podstaw większości metafizycznych rozważań. Chrześcijaństwo nie było pierwszą szkołą myślenia i interpretowania świata, która kazała patrzeć na rzeczywistość jak na tajemnicę. Pierwszą była filozofia grecka, której zawdzięczamy podstawowe w tym względzie intuicje. Ale doświadczenie greckie trudne jest do odtworzenia, być może niemożliwe, mimo tego, iż dokonywane są próby jego opisu, a niekiedy nawet wskrzeszenia.


Chrześcijaństwo jest jednak doświadczeniem ciągle żywym, a siłą objawienia nadal promieniuje, również na tych, którzy nie przyjmują go jako faktu, kwestionują jego realność i mają zastrzeżenia do jego późniejszych interpretacji. Być może jest to jedyne pierwotne doświadczenie rozświetlające tajemnicę istnienia, jakie zostało dane człowiekowi w ciągu jego historycznego istnienia. Można oczywiście filozofię uprawiać tak, jakby Objawienia nie było; wielu tak czyni, odnosząc spore na tym polu sukcesu. Można też uczynić Objawienie centrum swojej refleksji, co w dzisiejszym życiu intelektualnym zdarza się rzadziej, lecz też występuje. W jednym przypadku mamy jednak filozofię programowo rezygnującą z kwestii ostatecznych, dominującą we współczesnym myśleniu, w drugim raczej refleksję nad treścią wiary, niż filozofię. Mnie chodzi wszakże o coś innego. Jeśli pobudką do filozofii było pragnienie dotarcia do ostatecznego sensu świata i naszej w nim egzystencji, to chrześcijaństwo daje tutaj fundamentalną odpowiedź, a faktu jej istnienia nie można negować, niezależnie od tego, co sądzilibyśmy o samej treści odpowiedzi. Ludzie wiary tę treść przyjmują, natomiast ludzie rozumu traktują ją, a może raczej winni traktować, jako wyzwanie, jako punkt odniesienia i jako nieustanną inspirację intelektualną.


Oczywiście "ludzie wiary" i "ludzie rozumu" nie są dwiema grupami rozłącznymi. W wielu przypadkach jeden człowiek kwalifikuje się do dwóch grup jednocześnie, będąc zarówno istotą dysponującą darem wiary i istotą zdeterminowaną używać swojego rozumu dla zrozumienia sensu życia i świata. Kiedy mówię, że nasz rozum winien traktować wiarę jako wyzwanie, punkt odniesienia oraz nieustanną inspirację intelektualną, mam na myśli nie tylko to, że ktokolwiek zmaga się z kwestiami ostatecznymi, ten chrześcijaństwa nie może pominąć. Rzecz raczej w tym, iż obecność chrześcijaństwa - w naszym umyśle, a także w naszym otoczeniu, w naszej historii, w książkach, zbiorowym dziedzictwie, w duchowej tradycji - zmusza nas do podejmowania kwestii ostatecznych i rozważania chrześcijańskiego wkładu w te kwestie. Metafizyki nie zrodziło chrześcijaństwo, ale w pewnym momencie to ono stało się w zachodniej kulturze głównym jej duchowym kontekstem.


Dzieje współczesnej filozofii pokazują, że metafizyka w obecnej epoce słabnie i bywa przedmiotem coraz gwałtowniejszych, a także coraz bardziej absurdalnych oskarżeń. Twierdzi się, że stanowi ona jedynie pretekst dla politycznej dominacji, że wywodzi się z pragnienia władzy, niedobrych uproszczeń rozumu i przemijającego historycznego kontekstu. Metafizyki w sensie ścisłym nie ma - mówi się nam; to, co jest, stanowi ledwie próbę ostatecznego usankcjonowania w kategoriach teoretycznych jakiegoś systemu władzy. Te ataki na metafizykę są dzisiaj skuteczne, a największe efekty odnoszą one tam, gdzie zmniejsza się moc oddziaływania chrześcijaństwa, i to niekoniecznie rozumianego jako religia żywa, ale choćby tylko jako odczuwalna obecność Tajemnicy.


Wiara nie wyręczy rozumu, a rozum nie wyręczy wiary. Ich współistnienie wydaje mi się wszelako czymś niezmiernie pobudzającym dla rozwoju człowieka. Prawdy wiary są dla rozumu ludzkiego nie tylko wyznaniem, ale także źródłem namysłu nad jego ograniczeniami i jego pokusami. Przypominają mu o ostatecznym celu dociekań ludzkich, obligującym nas do wielkiej pracy umysłowej i to nawet wówczas, gdy w sensie intelektualnym praca ta nie może się do końca udać. Wiara nie pomoże rozumowi uporać się z żadną z kwestii, ale powstrzymuje go od popadnięcia w to, co filozofowie greccy nazywali mizologią, a więc w autodestrukcję oraz samonienawiść wynikłe z odkrycia własnej bezsilności i skłonności do obezwładniającego sceptycyzmu.


Ale chrześcijaństwo jest pomocne filozofowi również w innym sensie, a mianowicie jako zbiór prawd pomagających odczytać kondycję ludzką. Tutaj symbolika Krzyża ma szczególną wagę.


Nad miejscem cierpienia w życiu człowieka zastanawiano się od samego początku filozofii. Niekiedy próbowano dowodzić, że zmniejszenie cierpienia stanowić winno podstawową dyrektywę moralną regulującą życiem indywidualnym i zbiorowym. Ten postulat wszedł na trwałe do zachodnich systemów etycznych, w tym również wywodzących się z chrześcijaństwa. Ale czym innym jest nakaz zmniejszania konkretnego cierpienia konkretnych ludzi, a czym innym świadomość nieusuwalności cierpienia z życia ludzkiego w ogóle. Owa nieusuwalność wynika bowiem ze skończoności i niedoskonałości naszej egzystencji. Cierpienie jest widomym znakiem tego stanu rzeczy, który winniśmy na poziomie metafizycznym zaakceptować. Już starożytni zwracali uwagę, że pycha ludzka stanowi źródło zła i niesprawiedliwości, zaś pokora - wynikająca ze zrozumienia naszej pozycji w świecie - warunek konieczny czynu moralnego. Nie ma świadectwa duchowego dobitniej oddającego tę prawdę, niż świadectwo Krzyża. Skoro Bóg, który stał się człowiekiem, dal wyraz swojej miłości do ludzi przyjmując cierpienie, to my, chrześcijanie, winniśmy uznać to za źródłowy wgląd w istotę człowieczeństwa.


Obraz egzystencji ludzkiej, powstały w oparciu o symbolikę Krzyża, niesie w sobie ten element powagi, jakiego dzisiaj wielu koncepcjom antropologicznym brakuje. Wiele z nich cechuje albo minimalizm, czyli redukowanie konstytutywnych cech człowieka do kilku prostych elementów i uczynienie całej reszty kwestią wolnego wyboru oraz swobodnej decyzji jednostki, albo mniej lub bardziej świadomy eskapizm. Poglądy utylitarystyczne, które odwołują się do kategorii bólu i przyjemności nie tylko wysuwają - zrozumiały i, powtarzam, powszechnie przyjęty - program ograniczenia cierpienia w życiu ludzkim jako oczywistą doktrynę moralną, ale domagają się osłabienia lub wręcz usunięcia elementu cierpienia ze świadomości ludzkiej, argumentując, iż sama jego obecność jest źródłem przykrości. Innymi słowy, dyrektywa walki z cierpieniem bywa traktowana jako dyrektywa zmiany sposobu patrzenia na kondycję ludzką, wprowadzając optykę, która według mnie stanowi tej kondycji zafałszowanie. Można odnieść wrażenie, iż Krzyż staje się obrazem zbyt bolesnym i zbyt przypominającym nam o trudach egzystencji, by był zaakceptowany z punktu widzenia założeń utylitarystycznych. Takiemu obrazowi człowieka nie tylko brak powagi i godności, jaka wynika z prawdy o człowieku, ale także rodzi on nową formę pychy. Wydaje się, że współczesny człowiek nabiera przekonania, iż może częściowo wyzwolić się z ograniczeń, jakie nakłada na niego natura, a przynajmniej o nich zapomnieć, zdobywając nowe sposoby umożliwiające osiąganie tego celu. Ta skłonność ludzka do usuwania nieprzyjemnych stron ludzkiej egzystencji, a zarazem do degradowania jej przez oderwanie od prawdy i powagi, została dostrzeżona i opisana już dawno. Nikt nie zrobił tego lepiej i precyzyjniej niż Blaise Pascal, który dla określenia tych zabiegów użył słowa "rozrywka". Pod pewnymi względami współczesna epoka jest epoką "rozrywki" w sensie Pascalowskim, a więc epoką, w której ludzie nie chcą z metafizyczną trwogą i należytą powagą kontemplować ludzkiego przeznaczenia, lecz znajdują sobie tysiące sposobów, by zająć się czym innym. To daje im złudne przeświadczenie o powiększaniu obszaru przyjemności i szczęścia w życiu ludzkim. Taki program bywa dzisiaj świadomie formułowany przez niektórych filozofów i myślicieli, z których najbardziej konsekwentnym i najbardziej znanym jest Richard Rorty. Dla określenia optymalnego stanu ducha użył on wyrażenia "poczucie beztroskiego estetyzmu" ("an air of light-hearted aestheticism"). Powaga i ciężar Krzyża bywają dzisiaj zasłaniane rozrywką czy beztroską, ale już nie w formie niewiedzy, naiwnej bezmyślności czy instynktownego odruchu obrony przed trudami egzystencjalnymi, ale jako sformułowany program filozoficzny czy etyczny. A jeśli tak, to trudno nie zgodzić się z wnioskiem, iż odejście od tego programu może dokonać się wyłącznie poprzez powrót do doświadczenia Krzyża jako najistotniejszego doświadczenia duchowego człowieka.



Ale symbolika Krzyża również kieruje nas na to, co w człowieku boskie. Przekonanie o istnieniu pierwiastka boskiego w człowieku przekazali nam również Grecy. Jako pierwszy uczynił to Pitagoras, a po nim, największy z nich, Platon. Platona poglądy w tym względzie, zawarte przede wszystkim w jego teorii duszy, wywarły wielki wpływ na chrześcijaństwo, ale oczywiście ono samo miało własną prawdę do przekazania. Symbolika Krzyża, która jest dobitnym świadectwem wpisanego w skończoność człowieczą cierpienia, stanowi też świadectwo możliwości przełamania tej skończoności. Wątek przełamywania skończoności, który kiedyś fascynował największych myślicieli, bywał różnie naświetlany. Przyjmowano, iż człowiek zajmuje wyjątkową pozycję w świecie dzięki rozumowi, który daje możliwości poznawania rzeczy wiecznych. Posiadając zdolność docierania do rzeczy wiecznych, musimy zatem sami - twierdzono - posiadać w sobie coś wiecznego i dysponować jakąś łącznością z tym, co boskie. Ten intelektualistyczny pogląd na związek człowieka z tym, co boskie - Platoński w swoim pochodzeniu, a obecny również w niektórych nurtach myśli chrześcijańskiej, na przykład u św. Augustyna czy św. Tomasza - został w chrześcijaństwie częściowo rozwinięty, a częściowo zmodyfikowany. Katolicyzm zawsze przypisywał wielką rolę rozumowi, głosząc jego ważność w procesie dochodzenia do Boga. Jeśli jesteśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo, to oznacza, iż posiadamy w sobie wystarczająco wiele mocy, by posługując się tym, co nas wyróżnia od innych istot, dotrzeć do śladów Boga i naszych z Nim związków. Ale Krzyż to coś więcej niż obietnica intelektualistyczna. Pokazuje on, iż w cierpieniu, a więc w tym, co nieuchronnie łączy się z niedoskonałością człowieka, tkwi moralny sens, ale przede wszystkim, że w jakiś sposób zostało ono naznaczone boskością. Przekraczamy więc naszą kondycję nie tylko poszerzając naszą wiedzę i starając się objąć rozumem jak najwięcej z tajemnicy istnienia. Przekraczamy ją także poprzez to, co znajdujemy w symbolice Krzyża, a więc poprzez męczeństwo, poprzez ofiarę, przez poświęcenie, przez oddanie się innym, przez miłość, która może pociągać za sobą oddanie życia za tych, których kochamy. W naszej niedoskonałości, a raczej w dobrym użytku, jaki z niej czynimy, znajduje się zatem obietnica dojścia do Boga.


Działając dla dobra innych i składając ofiarę z naszego cierpienia, doznajemy zawsze szczególnego doświadczenia moralnego spełnienia, które pozwala nam mieć nadzieję, że w tym, co robimy tkwi większy sens, wykraczający poza skończoność egzystencji. Nie ma - o ile wiem - poza chrześcijaństwem i jego symboliką Krzyża równie znaczącego i głębokiego połączenia tego, co najbardziej konkretne i indywidualne, a więc związane zawsze z niepowtarzalnym doświadczeniem konkretnej osoby, z tym, co wieczne i boskie, a co wyraża się nie tylko w poczuciu jedności z Dobrem Najwyższym, ale również w nadziei indywidualnego osiągnięcia wieczności. Ta najwyższa próba, jaką stawia przed nami symbol Krzyża, harmonizuje w sobie i odwołuje się jednocześnie do trzech rzeczy, które wydają się nie do pogodzenia: do najgłębszych źródeł naszego człowieczeństwa, którym jest przyrodzona niedoskonałość, do najbardziej indywidualnego i nie-przekazywalnego ze wszystkich ludzkich aktów moralnych, czyli świadomego przyjęcia cierpienia oraz do najbardziej wysublimowanego ze wszystkich doświadczeń, czyli doświadczenia jedności z Bogiem.


Ryszard  Legutko.







Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.