Prof. Andrzej Nowak: To był jedyny wybór, którego Polska  mogła dokonać bez wstydu
data:31 sierpnia 2014     Redaktor: GKut

W kolejną rocznicę niemieckiej agresji na Polskę, warto przypomnieć wykład prof. Andrzeja Nowaka z cyklu "Pejzaże polskiej pomięci" pt. "Spory o II Wojnę Światową”, wygłoszony w Domu Pielgrzyma "AMICUS" na warszawskim Żoliborzu.

 

 
 
Temat II wojny światowej jest tematem szczególnie ważnym w naszej pamięci, w naszej historii, dlatego, że jest tematem, który ogarnia jeszcze nasza pamięć żywa, pamięć tych, którzy żyją, którzy przeżyli wojnę i tych, którzy opowiadają, przekazują tę pamięć swoim bezpośrednim słuchaczom.
 

I wojna światowa wypadła już z tego kręgu. Praktycznie rzecz biorąc wypada już w tej chwili także okres II Rzeczypospolitej. Tylko wspomnienia już bardzo nielicznych sięgają wczesnych lat dziecinnych, gdy idzie o II Rzeczpospolitą. II wojna światowa jest wciąż wspomnieniem żywym i szczególnie dramatycznym dla tysięcy, milionów nie tylko w Polsce, ale w wielu krajach Europy.

 

Nawiązując do tematu całego cyklu wykładów, w którym pojawia się zagadnienie pamięci i zderzając kwestię pamięci z kwestią wojny, wracamy do pytania, do sporu właśnie o to, czy możemy mówić o wojnie sprawiedliwej. To jest istota sporu o II wojnę światową w naszej polskiej pamięci. Z jednej strony mamy bowiem do czynienia z pamięcią, w której uznajemy za oczywiste, że polski udział w tej wojnie był wyrazem spełniającym wszystkie warunki tego, co św. Tomasz z Akwinu nazywał „wojną sprawiedliwą” w swojej „Sumie Teologicznej”. Potem rozwijając to i pogłębiając, uczynił Stanisław ze Skarbimierza i jego uczeń Paweł Włodkowic na soborze w Konstancji w 1417 roku, kiedy rozważał warunki wojny sprawiedliwej. To właśnie stawienie czoła dwóm totalitarnym systemom, które zaatakowały Polskę we wrześniu 1939 roku, w oczywisty sposób spełniało, z Polskiej strony, warunki wojny sprawiedliwej. Użyłem słowa „oczywiste”, bo rzeczywiście przez lata, przez dziesięciolecia, nawet w okresie PRL-u nie kwestionowano tej fundamentalnej intuicji, tej oczywistości. Zrzucano odpowiedzialność polityczną za klęskę w kampanii wrześniowej na władze przedwrześniowej Polski II Rzeczypospolitej, na całą II Rzeczpospolitą. Zrzucano odpowiedzialność na generałów, na dowódców Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Zrzucano oczywiście często odpowiedzialność na dowódców armii podziemnej - Armii Krajowej, w szczególności za Powstanie Warszawskie i jego krwawy przebieg. Ale nawet w okresie PRL nie kwestionowano samego faktu, że ten wysiłek walki przeciwko okupantowi hitlerowskiemu w latach 1939-1945- to bohaterstwo i ta ofiara- są bezdyskusyjne. Bohaterstwo i ofiara setek tysięcy Polaków.

 

W ostatnich 22 latach obserwujemy zupełnie nowy etap sporu o II wojnę światową, sporu o tę pamięć, w której kwestia sprawiedliwości polskiego oporu zaczyna być kwestionowana. A może to było niepotrzebne? A może to było głupie? A może wcale polski opór nie był sprawiedliwy? Te pytania, które jeszcze nie tylko dwadzieścia parę lat temu, ale może nawet kilkanaście lat temu, brzmiałyby w oczywisty sposób bluźnierczo, nie byłyby możliwe do wydrukowania w wielkonakładowych gazetach polskich, jako główne przesłanie rocznic wojny, stają się w ostatnich latach coraz głośniej, coraz częściej powtarzanymi pytaniami w odniesieniu do sensu polskiego udziału, udziału Polaków w II wojnie światowej. Oczywiście można szukać antecedencji takich zapowiedzi we wcześniejszych kilkudziesięciu latach, w okresie PRL-u, takiego nihilistycznego stanowiska w odniesieniu do tego szczególnie ważnego, szczególnie bolesnego, tragicznego doświadczenia milionów Polaków. Mogę tutaj króciutko spróbować Państwu przypomnieć najważniejsze etapy tego szybko budowanego frontu walki o pamięć o II wojnie światowej.

 

Zaraz po wojnie, kiedy pojawiły się plakaty obrazujące zaplutego karła reakcji, czyli żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego - Armii Krajowej, rozpoczęła się bezpardonowa walka z etosem AK, z etosem, który na płaszczyźnie literackiej nazwano „etosem konradowskim”- etosem wierności i honoru. Wyszydzano zatem nie tylko samą działalność kilkuset tysięcy ludzi zaangażowanych w partyzantce niepodległościowej, w Armii Krajowej i innych formacjach niepodległościowych, ale wyszydzano samą postawę honoru i wierności imponderabiliom.

 

Po jednej stronie w tym sporze stała - przypomnę - m. in. Maria Dąbrowska, która, choć służyła na dworze Bolesława Bieruta, to w tej sprawie broniła honoru, broniła dziedzictwa żołnierzy Armii Krajowej, broniła bliskiego jej dziedzictwa konradowskiego. Po drugiej stronie stał profesor Kot. Stał także, o czym czasem zapominamy, Czesław Miłosz, który wtedy, w swoich artykułach publikowanych na łamach Dziennika Polskiego ukazującego się od lutego 1945 r. w Krakowie, wyszydzał właśnie tych siedzących już po więzieniach żołnierzy Armii Krajowej, mówiąc, że okazali się… głupcami. Po prostu z tego szydził, że są głupi, bo „nie zrozumieli wyroków historii”. Wyroków historii, które przybrały postać czołgów z czerwoną gwiazdą wymalowaną na ich pancerzach. Nie wchodzę tu absolutnie w spór o wartość spuścizny Czesława Miłosza, która jest złożona, arcybogata i wnosi bardzo wiele wspaniałych elementów do kultury polskiej, ale w tej kwestii Czesław Miłosz stał na pewno po złej, bardzo złej stronie. Przypominam te początki już z 1945 r., by ukazać ciągłość pewnych wątków, które odrodziły się z taką siłą w ostatnich dwudziestu paru, ostatnich kilkunastu, w ostatnich kilku latach.

 

Inny z tych wątków ukazuje publikacja (także z lat 40-tych) Aleksandra Bocheńskiego, zatytułowana z „Dziejów głupoty w Polsce”. Ważny pamflet na całą historię czy dużą część historii politycznej Polski, której głównym układem odniesienia była jednak II wojna światowa. Głupota, która dała znać o sobie-zdaniem Bocheńskiego- w samym fakcie zaangażowania się w tę wojnę u boku tak marnych sojuszników jak Zachodnia Europa. Nie dopowiadał tego wprost Bocheński, ale lekcja była w oczywisty sposób dopowiadająca się: trzeba było oprzeć się na Związku Sowieckim, bo to jedyna realna siła w naszym sąsiedztwie. Ten argument był ważnym argumentem. Znów przytaczam te wszystkie kolejne argumenty nie po to, żeby je z kolei wyszydzić, ale żeby wskazać ich niemałą siłę perswazyjną. Ile setek tysięcy Polaków czuło się oszukanych we wrześniu 1939 r., potem wiosną 1940 r., w czasie oczekiwań na to, że „im słoneczko wyżej, tym Sikorski bliżej…” ( oczywiście Sikorski z armią francuską na czele)? Potem oczywiście czuliśmy się (a raczej nasi przodkowie - żołnierze, którzy wtedy walczyli na froncie podziemnym) tutaj oszukani brakiem wsparcia dla Powstania Warszawskiego. No i przede wszystkim - decyzjami politycznymi, podjętymi najpierw na konferencji w Quebecu, konferencji wojskowej w sierpniu 1943 r., kiedy praktycznie rzecz biorąc sztabowcy amerykańscy i brytyjscy podjęli decyzję (potem przypieczętowaną politycznie) o tym, że Europa Wschodnia zostanie oddana Armii Czerwonej, a w ślad za tym oczywiście, wszystkie kraje na tym obszarze leżące znajdą się pod wpływem sowieckiego systemu politycznego. To oczywiście potwierdził kilka miesięcy później Teheran i ponad rok później, na początku 1945 – Jałta. A więc powodów do rozczarowania tej -można powiedzieć- żyznej gleby, na której mogło rozkwitnąć to poczucie frustracji i w związku z tym - zwątpienia w sens polskiej niepodległości, w sens polskiej obecności w Europie. Skoro Zachód nas zdradza, no to może oddajmy się silniejszym, którzy są koło nas – Rosji. To był rzeczywiście trudny moment. Na tej propagandzie, na tym elemencie propagandowym, Polska nigdy nie uzyska pomocy z Zachodu, a zatem powinna pogodzić się z tą potężną, dającą gwarancję jej istnienia, sąsiadką ze Wschodu - z Moskwą, choć ta zabiera jej przy okazji niepodległość. Ta lekcja mądrości politycznej, jakiej udzielał Aleksander Bocheński, w oczywisty sposób dotyczyła całej II wojny światowej. Więc to wszystko było bez sensu, te miliony ofiar?! Wkrótce przyszły kolejne wątki, kolejne motywy, wplatające się w tę wielobarwną tkaninę plakatu propagandowego, szydzącego z polskiego wysiłku, polskiego bohaterstwa i polskiej ofiary w II wojnie światowej.

 

Już po okresie stalinowskim, w 1956-57 r., to jest przecież początek polskiej szkoły filmowej. To jest film „Kanał”, który pokazuje bezsens Powstania Warszawskiego, choć bardzo piękny w sensie czysto filmowym. Przekaz tego obrazu jest jednoznaczny – powstanie, opór, honor - jest bez sensu! Na końcu jest ta krata. To jest także seria szydzących- znów z doświadczenia II wojny światowej- i filmów, i widowisk. Już otwarcie szydercza wobec całej kampanii wrześniowej „Lotna” Andrzeja Wajdy, gdzie jest utrwalony ten fałszywy mit polskiej szarży z lancami na czołgi, jako wyrazu tej właśnie polskiej głupoty. Głupoty polskiego udziału w II wojnie światowej. Seria sztuk- jednoaktówek Sławomira Mrożka, które choć nie mówią bezpośrednio o II wojnie światowej, szydzą z tego, co nazywa się bohaterszczyzną i martyrologią: „Indyk” i „Śmierć Porucznika”. To jest cała fala końca lat 50-tych i początku 60-tych. Po prostu głupi był ten udział w wojnie… Ale oczywiście obok tego idzie cały potężny nurt reinterpretacji pozytywnej, choć fałszywej, II wojny światowej. Bohaterstwo - tak, ale bohaterstwo oczywiście u boku, jeszcze bardziej bohaterskiej i torującej nam drogę w przyszłość, Armii Czerwonej. Powstały wtedy także dzieła kultury masowej, których próżno by szukać z takim wydźwiękiem współcześnie. Próżno by niestety ich szukać nawet na tym rynku, na którym zdaje się moglibyśmy doszukać się dziś niemal wszystkiego. Gdzie znajdziemy (szukam od lat dla swoich dzieci) film „Westerplatte” Stanisława Różewicza -jeden z najpiękniejszych filmów polskich o wojnie? Film pokazujący bohaterstwo żołnierzy, bohaterstwo tej placówki, symbolizujące bohaterstwo polskie w II wojnie światowej i bohaterstwo w ogóle. Nie ma. Nigdzie państwo tego nie znajdziecie; ja w każdym bądź razie od lat nie mogę tego filmu znaleźć. Natomiast wiemy, że nie zostały porzucone prace nad alternatywną wizją Westerplatte, tą, w której się bezcześci wysiłek tych żołnierzy. Notabene, jak państwo może niedawno czytaliście, ostatni żyjący obrońca Westerplatte, sierżant Skowron, nie może doczekać się na zgodę władz miasta Gdańska na otwarcie muzeum poświęconego tej obronie. Pan Paweł Adamowicz ma inne zadanie, ma za zadanie wspierać muzeum II wojny światowej, którego otwarcie odwleka się nieco… Przypomnę – jest to sztandarowy projekt polityki historycznej Platformy Obywatelskiej i Donalda Tuska. II wojna światową według scenariusza tej wystawy, według kolejnych publikacji już przygotowanych przez zespół muzeum, na czele z profesorem Machcewiczem, ma przedstawić polski wysiłek w II wojnie światowej w taki sposób by „rozpuścić”, zrelatywizować go w historii II wojny światowej, ukazać w gruncie rzeczy jego małość w ogromie tego wydarzenia. Są dziesiątki sposobów na usprawiedliwianie tego rodzaju perspektywy, np., że „tylko tak zainteresujemy obcych, innych” - tych, którzy odwiedzą Gdańsk, by zobaczyć gdzie się zaczęła wojna. I na dziesiątki sposobów ta perspektywa była podważana. Ja pozwolę sobie przytoczyć najprostszy argument. Ci, którzy chcą zobaczyć z takiej ogólnej perspektywy początek wojny, mogą to zobaczyć w Imperial War Museum na południu Londynu czy w muzeum wojennym we Francji, czy w jakimkolwiek innym muzeum. Tam wszędzie jest z innej perspektywy pokazany początek II wojny światowej. Dlaczego w Polsce nie może być pokazany z polskiej perspektywy? Oczywiście to ma być odpowiedź na muzeum Powstania Warszawskiego, zbyt polsko – centrycznego, zdaniem tej właśnie wersji polityki historycznej. I tak możemy dojść aż do czasów współczesnych. By nie rozwodzić się już nad kolejnymi wcieleniami tej edukacji historycznej podam państwu dwa przykłady świeże, aktualne - skuteczności tej polityki historycznej relatywizującej i odmawiającej sensu w istocie polskiemu wysiłkowi, polskiej ofierze i polskiemu bohaterstwu w czasie II wojny światowej. Niedawno krótko recenzowałem cztery, z większej grupy podręczników, które wchodzą po reformie pani Minister Hall do I klasy liceum, czyli do tej ostatnie klasy, w której naucza się historii polskich uczniów. Klasy, której najdojrzalej miano uczyć historii najnowszej. Obraz II wojny światowej w większości tych podręczników (nie miałem w rękach tego – podobno najgorszego - podręcznika firmy Stentor opisywanego przez innych autorów, więc na ten temat się nie wypowiem), który wyłania się (zwłaszcza z podręcznika firmy Operon, firmy bardzo wpływowej, bardzo głęboko obecnej na rynku książki szkolnej, dominującej w bardzo wielu polskich szkołach), sprowadza się do tej perspektywy zupełnego bezsensu polskiego udziału w II wojnie światowej. Mogę dać dwa przykłady.

Jeden, to odnośniki, mające poszerzyć wiedzę o Powstaniu Warszawskim, gdzie przytoczone są wyłącznie argumenty przeciwko powstaniu: powstanie było oczywiście bezsensowne, złe, krwawe i nie miało żadnych pozytywnych racji za sobą. Ciekawszy jest ten zestaw odnośników kulturowo-literackich do którego odsyłają autorzy podręcznika. To jest film „Kanał”, „Kolumbowie” Bratnego i film „Zakazane Piosenki”. Wszystkie trzy utwory, niezależnie od tego jak ocenimy ich wartość artystyczną, są wytworami PRL-owskiej propagandy. W najmniejszym stopniu nie oddające sprawiedliwości, nie mogące (nie aspirujące chyba nawet do tego) oddać sprawiedliwość temu, co działo się przez 63 dni w walczącej Warszawie. W szczególności wyjątkowo brutalną i prymitywną wersję propagandy reprezentuje tutaj powieść Romana Bratnego. Ale to tylko jeden przykład. Drugi przykład, jeszcze bardziej uderzający, zwłaszcza, że na wstępie wykładu dostałem od pani doktor Zielińskiej bardzo ciekawy materiał, który potwierdza jakby tę samą orientację naszego podręcznika i wydawnictwa Znak. Otóż w podręczniku szkolnym wydawnictwa Operon działania Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie symbolizuje krótka wzmianka o Monte Cassino, jednozdaniowa, dwa zdania są rozwinięte w podpisie przy zdjęciu ruin Monte Cassino. Z tego podpisu wynika tylko tyle, że klasztor atakowano bez sensu, niepotrzebnie, bo Niemcy się już stamtąd wycofali, a po drugie - jedynym skutkiem zdobycia klasztoru było zniszczenie tego zabytku, tej perły architektury i kultury europejskiej. Tak jest napisane. To co otrzymałem przed naszym spotkaniem, to fragment wspomnień Georga Ratzingera, brata naszego Papieża, który walczył w kampanii włoskiej (oczywiście jako niemiecki żołnierz). Fragment, który opisuje bitwę o Monte Cassino brzmi tak jak w polskim podręczniku, choć trochę lepiej - mimo wszystko uczciwiej, ponieważ zniszczenie klasztoru przypisuje (i słusznie) lotnictwu alianckiemu, bo to lotnictwo alianckie zrównało rzeczywiście klasztor z ziemią. Natomiast to, w czym zgadza się ten fragment przepuszczony bez żadnego komentarza przez polskich wydawców, przez wydawnictwo Znak, z podręcznikiem, o którym wspomniałem, to stwierdzenie, że alianci fałszywie przypuszczali, że w murach klasztoru wojska niemieckie urządziły stanowiska obronne. Była to, jak się później okazało, tragiczna w skutkach pomyłka, nie było żadnych Niemców w klasztorze. Przypomina mi to właśnie - ze wspomnień Karpatczyków walczących pod Monte Cassino - te nawoływania dochodzące z szeregów niemieckich, które jednak tam były. To było radio Wanda, propagandowe radio niemieckie, nadające w języku polskim przez megafon tak, żeby odbierali je polscy żołnierze. Głównym hasłem, które nadawały te propagandowe szczekaczki niemieckie do polskich żołnierzy, było takie, by trafić najlepiej w mentalność uformowaną przez tę propagandę, o której mówią dzisiaj: nie bądź głupi, nie daj się zabić! To jest najważniejszy przekaz, który trafia do milionów dzisiejszych dzieci, młodzieży, ludzi w średnim wieku. Najważniejsze jest „nie być głupim”, „nie dać się zabić”. Jeśli przyjąć ten punkt widzenia, to oczywiście 1 września sama decyzja, by stawić opór Hitlerowi, była największą głupotą. No bo stąd wyniknęły wszystkie następne nieszczęścia, tyle śmierci?

 

Otóż całe to wskazane w kilku przykładach rozumowanie zyskuje jeszcze jeden ważny wymiar, kiedy połączymy to zjawisko z przywracaniem pamięci, a później ze swego rodzaju inflacją pamięci o holocauście, o zbrodni na narodzie żydowskim. Symbolem, w którym pamięć ta zaczęła w otwarty sposób niszczyć polską pamięć, symbolem najbardziej wymownym, stało się wypromowanie Jedwabnego, jako najważniejszego wydarzenia, miejsca pamięci dla całej polskiej historii w okresie II wojny światowej. Te ponad dwa tysiące artykułów i notek, które ukazały się w ciągu 2 lat na łamach Gazety Wyborczej (oznacza to, że w przeciętnym numerze Gazety Wyborczej w ciągu 2 lat tej kampanii, na progu minionej dekady, ukazywało się 5 do 6 wzmianek na temat Jedwabnego) były po to, żeby wbić do głowy, że to jest najważniejsze! Jedwabne, nie Westerplatte! Wtedy akurat tak się złożyło, że odpowiadając na tę kampanie na łamach „Rzeczpospolitej” napisałem taki tekst pod tytułem „Westerplatte nie Jedwabne”. I w tym tekście - przepraszam że o nim mówię - wykładam w istocie sedno mojego poglądu na pamięć polskiej historii, historii II wojny w szczególności. Otóż nie da się budować wspólnoty trwania, nie da się tej wspólnoty wspierać, jeśli opieramy pedagogikę tej wspólnoty wyłącznie na wstydzie, a bilans II wojny światowej nie może być - zgodnie z sumieniem historyka - uznany za zawstydzający dla Polaków. Jest inaczej. Ten bilans jest wyjątkowo silnie wzmagający poczucie dumy narodowej. I nie da się tego zmienić inaczej, jak fałszując historię. To nie znaczy absolutnie, że nie było Jedwabnego, że nie było rozlicznych indywidualnych powodów do wstydu w ciągu tego czasu „drugiej apokalipsy”, kiedy ludzie w nieludzkich warunkach postępowali nieludzko: Polacy, Niemcy, Żydzi. Ale pedagogika, którą otwarcie z taką siłą zaczęto nam wtłaczać do głowy w ostatnich kilkunastu latach sprowadzała się do podziału narodowościowego, a nawet rasowego: polska historia zasługuje na krytykę a Polacy na zawstydzenie. Historia Żydów w II wojnie światowej zasługuje tylko na monument, na pomnik. Używam tutaj sformułowań, które pochodzą z rozróżnienia trzech typów historii, czy uprawiania historii, rozróżnienia, jakiego dokonał Fryderyk Nietzsche w latach 70-tych XIX wieku, mówiąc, że historię uprawia się na sposób monumentalny, krytyczny albo antykwaryczny. Tu mamy do czynienia właśnie z takim antagonizmem, przeciwstawieniem historii krytycznej i monumentalnej. Monumentalna to ta, w której stawiamy pomniki bohaterom, w której uznajemy wielkość tych, którzy przed nami byli i są dla nas przykładem czegoś wzniosłego, wspaniałego. Historia krytyczna to jest ta, w której odsłaniamy kolejne warstwy kłamstwa i odsłaniamy powody do zawstydzenia przeszłością. Postępujemy jak oficer śledczy, który stopniowo dociera do sedna zbrodni. To nas interesuje. Historia antykwaryczna to oczywiście ta wersja, w której interesujemy się przeszłością dla niej samej; po prostu dlatego, że jest ciekawa. Ani jej nie stawiamy na pomniku, ani też nie zajmujemy się demaskowaniem jej kłamstw. Otóż w tym, co obserwujemy w ostatnich latach, mamy bardzo wyraźną tendencję do przypisania polskiej historii w II wojnie światowej wyłącznie prawa do historii krytycznej, to znaczy takiej, w której odsłaniane są nasze kolejne kłamstwa dotyczące bohaterstwa polskiego, dotyczące polskich ofiar, ich ilości. To są tylko kolejne kłamstwa do wykrycia. Historia Żydów natomiast - bezdyskusyjnie największej ofiary w II wojnie światowej, zasługującej na największe współczucie i szacunek - jest przedstawiana wyłącznie jako historia monumentalna. To z kolei także nie jest prawdą, bo i historia Polski, i Polaków zasługuje i na pomnik, i na krytykę w II wojnie światowej. Tak samo historia Żydów, także polskich Żydów w tym okresie zasługuje i na pomnik dla milionów ofiar, i na krytykę dla tych, którzy byli oprawcami. W gettach - policja żydowska, współpracownicy sowieckiej policji politycznej - na ziemiach wschodnich Rzeczpospolitej. Historia jest skomplikowana, ale jeśli sporządzamy próbę jej bilansu, porównując postawę poszczególnych społeczeństw i narodów w okresie II wojny światowej, w okresie tak dramatycznej i tragicznej próby, z jakim nic, co wydarzyło się później nie da się porównać, to bądźmy sprawiedliwi.

 

Właśnie z takiego bilansu wyrasta poczucie dumy polskiej wspólnoty narodowej i walka z tym poczuciem dumy jest zjawiskiem budzącym refleksję, budzącym zastanowienie o jej przyczyny, o jej powody i budzącym opór. Przykład ostatni, jakiego chciałem użyć, to przykład mojego doświadczenia z otwartego niedawno, półtora roku temu, bardzo nowoczesnego muzeum (Kraków też chce być nowoczesny, zazdrości Warszawie)- Muzeum Oskara Schindlera na krakowskim Zabłociu, tam, gdzie mieściła się Fabryka Emalii Oskara Schindlera. Formalnie jest to oddział Krakowskiego Muzeum Historycznego poświęcony historii Krakowa pod okupacją – „Kraków Pod Okupacją Hitlerowską”. To rzeczywiście niezwykle nowoczesne muzeum, pod względem swojej nowoczesności podobne do Muzeum Powstania Warszawskiego. Stało się ogromnym sukcesem, ale nie wśród polskich zwiedzających. Praktycznie rzecz biorąc każda z wycieczek, która odwiedza Auschwitz, odwiedza także Muzeum Schindlera. Nie odwiedza Wawelu, nie odwiedza Rynku, ale odwiedza obowiązkowo Muzeum Schindlera i Auschwitz. To wiem ze statystyk, bo miałem okazję rozmawiać z przedstawicielami muzeum. Ponad 80% zwiedzających stanowią cudzoziemcy. Jaki w takim razie wniosek można wysnuć dla (zakładając, że tak będzie i tak się rzeczywiście stało) scenarzystów takiej wystawy? Mnie wydawało się, że to doskonała okazja, żeby pokazać Kraków pod okupacją i, w związku z tym szczególnym miejscem, los Żydów pod okupacją. I zastanowić się nad pewnymi stereotypami, na które wystawieni są w większości, w krajach, z których przybywają, zwiedzający.

 

Przykładem najbardziej nośnego stereotypu, pod tym względem, jest najbardziej znany komiks na świecie „Maus” Arta Spiegelmana. Komiks poświęcony II wojnie światowej, głównie zbrodni na Żydach, w którym Niemcy występują pod postacią kotów, Żydzi występują pod postacią myszy, a Polacy pod postacią świń. I to jest najpopularniejsze źródło wiedzy o holocauście dla milionów dzieci amerykańskich, no bo nawet filmów nie oglądają, ale komiks zobaczą. Skoro więc jest taki fakt, do którego dołączyć można setki filmów powielających tego rodzaju stereotyp, w którym to jeszcze bardziej obrzydliwą od Niemców (bo taką mniej godną rolę jakichś takich podłych pomocników tych - przynajmniej eleganckich Niemców w wysokich butach z cholewami, w ładnych mundurach) te brudne polskie świnie odgrywają. Otóż można próbować nawiązać do tego stereotypu, nie poświęcać wyłącznie polemice z takimi stereotypami całej wystawy, ale mieć tego rodzaju stereotyp potencjalnych odwiedzających w głowie, gdy chce się im przekazać prawdę, jakiś element doświadczenia okupacji II wojny światowej na polskich ziemiach. I rzeczywiście pierwsza część wystawy pokazuje bardzo interesująco życie Żydów i Polaków w przedwojennym Krakowie, życie niewolne od napięć oczywiście, ale życie, w którym przemoc i agresja wzajemna na pewno nie dominowały. Problem zaczyna się potem z proporcjami; potem, czyli od września 1939. Właśnie w okresie II wojny światowej ta wystawa ma już charakter radykalny, radykalnie dwoisty, przeciwstawny. Wobec Polaków - historia krytyczna, wobec Żydów - historia monumentalna. Oczywiście los społeczności żydowskiej Krakowa był inny niż los społeczności polskiej Krakowa. Żydzi praktycznie wszyscy zostali zamordowani, a zatem zróżnicowanie tego losu w obrazie wystawy, jest jak najbardziej usprawiedliwione, ale nie do takiego stopnia, kiedy główny, najważniejszy fragment tej wystawy, przedstawia doświadczenie polskie w okresie okupacji, jako doświadczenie wyzwolenia społecznego kobiet. Eleganckie panie przechadzają się po rynku krakowskim. Polki, korzystające z tego, że mężowie są zajęci jakimiś innymi sprawami. Może siedzą gdzieś w więzieniu? Może niemieckim? Nie ma ich. Więc emancypacja kobiet nastąpiła w czasie II wojny światowej. Bardzo pozytywne zjawisko. Zjawisko polskich kobiet oczywiście. To są właśnie te eleganckie panie przechadzające się po rynku. To jest największy obiekt, największy fizycznie obiekt, taka makieta przezroczysta, zajmująca środek centralnej sali. Gdzieś tam ,w tle, zawodzenie, jakaś pieśń religijna, maleńki kącik, w którym wspomniane jest istnienie Kościoła w czasie II wojny i jego rola. A koniec wystawy, to oczywiście przede wszystkim martyrologia Żydów (słusznie) i życie codzienne Polaków - kąpiele, sport, handel, fryzjer, kino. I na końcu ostatnie dwa egzemplarze przedstawione na tej wystawie- można powiedzieć: księga zła i dobra. Jest księga, w której wspomniani są sprawiedliwi wśród narodów -to jest przedostatni obiekt. Ostatnim obiektem, po którym wychodzi się z muzeum, jest księga szmalcowników. To jest ostatni obraz, z którym wychodzi zwiedzający; poznaje powody, dla których Polacy byli świniami po prostu. Bo to sprowadza się do potwierdzenia tego stereotypu. Efekt tego doświadczenia, tego muzeum, bardzo ciekawego, bardzo nowocześnie zrobionego - jeszcze raz to podkreślę - dla mnie subiektywnie był jednoznaczny, utwierdzający ten stereotyp: tu myszy prześladowane, ścigane na każdym kroku, a tu - świnie korzystające z uroków swojego koryta, może trochę brudniejszego niż to niemieckie, czyste życie, które obok się toczyło. Także pokazane jest życie niemieckie w Krakowie okupowanym. Świnie, które zachowują się także jak świnie, te stereotypowe oczywiście, podłe. Ten obraz być może nie narzuciłby mi się z taką siłą, gdyby nie otaczająca rzeczywistość, gdyby właśnie nie te podręczniki, gdyby nie kampania w sprawie Jedwabnego, gdyby nie potrzeba tłumaczenia się za każdym razem, kiedy przypominamy polskie ofiary, polskie bohaterstwo w czasie II wojny światowej, że jest jakieś miejsce na to, co szyderczo nazywa się „polską martyrologią”. To słowo stało się słowem tabu. No jeśli ktoś spróbuje opowiedzieć o polskiej martyrologii, to jest wyszydzany już na wstępie: „jak to, znowu martyrologia? Przecież to jest coś najbardziej kompromitującego!”. No ale jak mówić o II wojnie światowej bez martyrologii polskiej? Przykład daje jeden ze wspomnianych przeze mnie nowych podręczników. Analizuje on pod koniec omawiania II wojny światowej liczbę ofiar i szacuje, że w II wojnie zginęło 1,5 do 2 mln Polaków. Jest to oczywiście zupełnie nowe odkrycie, ale pokazujące pewnego rodzaju tendencję. Wiadomo, że dla celów propagandowych, w sposób nie zweryfikowany, trudny zresztą do zweryfikowania, ustalono po II wojnie światowej liczbę ofiar obywateli polskich na 6 mln 28 tys. Szacunkowo potem przyjęto, że około połowa z tego byli to obywatele polscy pochodzenia żydowskiego. A zatem zostawało mniej więcej 3 mln na obywateli polskich, pochodzenia polskiego. Ta liczba jest teraz w żmudny sposób weryfikowana przez zespół historyków pod przewodnictwem prof. Tomasza Szaroty. Bardzo daleko jeszcze do ustalenia ostatecznych liczb, jeśli w ogóle kiedykolwiek do takich liczb dotrzemy, ale bardzo wyraźna jest już ta tendencja gotowości wpojenia uczniom, że już wiemy, że tych ofiar było dwa razy mniej albo cztery razy mniej (zależy jak liczyć), niż podawano dotąd. Czyli przesadzaliśmy z tą martyrologią! Skoro mówiliśmy - 6 mln, a teraz - 1,5 mln, no to znaczy, że doszliśmy do jeszcze jednego ważnego etapu historii krytycznej. Nie tak dużo. Bo obok padają informacje o niezweryfikowanych liczbach np. 27 mln ofiar ze Związku Sowieckiego, to jest oczywiście tak samo propagandowa, wyssana z palca liczba, jak te 6 mln 28 tys., tzn. może ona się zgadza, ale nie da się jej jeszcze zweryfikować; trzeba będzie długo nad tym pracować. Otóż w tego rodzaju wychyleniu w kierunku konsekwentnej postawy krytycznej – wobec polskiej historii w okresie II wojny światowej, przy jednocześnie postawie monumentalnej- w odniesieniu do historii żydowskiej, widać pewnego rodzaju ważny problem sporu o tę wojnę. Nie chodzi o to, by kwestionować monumentalny charakter pamięci żydowskiej o II wojnie światowej, bo taki powinien przede wszystkim być, ale chodzi o toby nie odmawiać Polsce, Polakom, polskiej wspólnocie prawa do uczczenia swoich zmarłych, prawa do uszanowania swojego bohaterstwa, swojego wysiłku. Najkrócej spróbuje go państwu przypomnieć we fragmencie tekstu przygotowanego: „Obalić polskie krzyże, zmusić je do milczenia, do wstydu, to jakby dodać do wszystkich rzeczywistych polskich krzyży, polskich ofiar II wojny światowej jeszcze jeden, najcięższy może - hańby”. Z największym szacunkiem odnosząc się do wielkiej zbrodni na narodzie żydowskim, dokonanej przez niemieckich okupantów Polski, a także uznając każdy przypadek udowodnionego współudziału złych ludzi, złych Polaków w pojedynczych przypadkach zbrodni, nie możemy w żadnym wypadku pozwolić zachwiać realnej proporcji narodowej ofiary i winy, dumy i wstydu. Zacznijmy od decyzji, by stawić czynny opór hitlerowskiej agresji, a nie wybierać propozycji kapitulacji pełnego politycznego współudziału w zbrodniczej polityce Hitlera. To była suwerenna polska decyzja – heroiczna. I kiedy zaczęła się, bodajże na poprzednim naszym spotkaniu, dyskusja o tym, że może warto było podjąć inną decyzję, nie stawiać oporu Hitlerowi, ale pójść z nim. Myślę że jesteśmy blisko istoty tego sporu, o którym dzisiaj mowa. Istoty sporu, który nie jest łatwo rozstrzygnąć, ale który ja sam dla siebie rozstrzygam jednoznacznie, że nie jest najważniejsze to hasło radia Wanda: nie bądź głupi, nie daj się zabić! W pewnym momencie człowiek, wspólnota polityczna staje przed wyborem między dobrem, a złem, które nie da się zmierzyć tylko w kategoriach indywidualnego przetrwania. Pójście z Hitlerem oznaczało wybór zła.

 

Dla mnie nie ma pod tym względem żadnej wątpliwości, tak jak pójście z Józefem Stalinem oznaczałoby wybór zła. Jedynym tragicznym wyborem, jakiego Polska mogła dokonać bez wstydu, był ten wybór, który został dokonany w 1939 r. I za to Polska zapłaciła rzeczywiście. Ale to jest powód do dumy, a nie do wstydu, nie do hańby! Bohaterstwo żołnierzy września, przytłoczonych niemiecką przewagą, uderzonych w plecy przez Armię Czerwoną, zdradzonych przez zachodnich aliantów, przypieczętowane zostało tragicznym bilansem 70 tys. poległych, 130 tys. rannych. Westerplatte, bój Wołyńskiej Brygady Kawalerii z Niemiecką 4 Dywizją Pancerną pod Mokrą, Bitwa Pancerniaków Pułkownika Maczka z Niemiecką 2 Dywizją Pancerną pod Jordanowem, bohatersko dowodzona przez kapitana Władysława Raginisa obrona nad Wizną dwóch polskich Kompanii przeciwko siłom 19 Korpusu Pancernego generała Heinza Guderiana.

 

Tu wtrącę… Niedawno w Gazecie Wyborczej na Mazowszu, pojawiła się seria artykułów, które starały się pokazać kapitana Raginisa jako nieodpowiedzialnego pijaka, który tylko z powodu swojego alkoholizmu przedłużył swój opór w sposób nieodpowiedzialny.

 

I tak jest na każdym kroku, tak jak z Westerplatte, tak samo z Raginisem, tak samo niedawno słyszeliśmy wypowiedź dyrektora Teatru Polskiego w Olsztynie, który ubolewał nad tym, że polscy barbarzyńcy stanęli na drodze postępowi niesionemu przez zakon krzyżacki pod Grunwaldem. A Gazeta Wyborcza znalazła „nowe Jedwabne” - z 1410 r. Nie wiem czy Państwo czytaliście o tym? To świeże odkrycie! Ja czytam, bo uważam, że trzeba, ale oczywiście broń Boże nie polecam!

 

Tylko sądzę, że trzeba wiedzieć o tej tendencji, która ogarnia setki tysięcy umysłów polskich. To jest ważne! Skutek! Odkrycie archeologiczne, o którym mówię, polega na znalezieniu stosu kości ludności cywilnej, która zdaniem interpretatorów z Gazety Wyborczej, oznacza masakrę ludności cywilnej przez rycerstwo polskie idące pod Grunwald. Można się domyślać. To byłoby śmieszne gdyby nie fakt, że składa się to na pewien swoisty obraz, obraz szyderstwa z polskiej historii. Trzytygodniowa obrona Warszawy, heroicznie wspierana przez ludność cywilną pod przewodem prezydenta Stefana Starzyńskiego, obrona Twierdzy Modlin, obrona Helu, a po 17 września, po uderzeniu Związku Sowieckiego od Wschodu, obrona Grodna. Ileż w tej kampanii było sytuacji powtarzających sytuację z Termopil, iluż kandydatów do postawy trzystu Spartan. Każdy z nich zasługuje przecież na swój pomnik. Ileż bestialstwa ze strony napastników. Dajmy choćby tylko kilka przykładów z nieskończonej listy. Przeprowadzone przez Niemców egzekucje ludności cywilnej rozpoczęły się jeszcze w czasie trwania działań wojennych. Piątego października na gdańskiej Zaspie rozstrzelano 28 bohaterskich obrońców Polskiej Poczty w Wolnym Mieście Gdańsku, od 10 października rozpoczęły się masowe egzekucje ludności Bydgoszczy przeprowadzone w Fordońskiej Dolinie Śmierci. Do 26 listopada 1939 r. zamordowano tam nie mniej niż 1200 polskich mieszkańców Bydgoszczy. W Święto Niepodległości 11 listopada Niemcy przeprowadzili pierwszą wielką egzekucję mieszkańców Gdyni. Masowe aresztowania 20 tys. osób już do końca września wyłowiły przedstawicieli polskich elit miasta - księży, nauczycieli, sędziów, prokuratorów. Mordowano ich pod Piaśnicą koło Wejherowa. Do wiosny 1940 r. rozstrzelano tam 12 do 14 tys. Polaków. Mężczyzn, kobiet, dzieci. Inna grupa Polaków z Pomorza została skierowana do obozu koncentracyjnego Stutthof. Jak ustaliła Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, w samym tylko pierwszym okresie okupacji do końca października 1939 r., zginęło 16 tys. 376 osób w wyniku 714 publicznych egzekucji. Do największych doszło w Katowicach, pod Serockiem, w Śladowie, w Zambrowie, w Zakroczymiu. To był dopiero początek niemieckich zbrodni na Polakach w tej wojnie. Podkreślam z całą mocą te dane, te cyfry i słowo „niemieckich”, bo przecież zmiany pamięci dotyczą nie tylko relacji polsko-żydowskich, ale dotyczą może z coraz większą siłą także relacji polsko-niemieckich, relacji pamięci, gdzie Niemcy występują w roli ofiary, Polacy - w roli oprawców. Ostatecznie mam wrażenie, że niedługo z II wojny światowej zostanie tylko obóz w Łambinowicach, jako miejsce kaźni Niemców po II wojnie światowej.

 

Bo o tym się tylko mówi. Zarówno na ziemiach wcielonych do Rzeszy, skąd natychmiast rozpoczęły się wysiedlenia Polaków, jak i w utworzonym 26 października Generalnym Gubernatorstwie, terror na niespotykaną skalę miał przemienić Polaków w bierną masę niewolników. Narodowi trzeba było odciąć głowę. Temu służyła zaprojektowana na zlecenie Hitlera przez szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy Reinharda Heidricha - Intelligenz-Aktion. Wytyczne zostały przekazane dowódcom specjalnych grup. Einsatzgruppen - już 7 września. Cel był jasny: wyłapać przedstawicieli polskich elit społecznych i zlikwidować. Tak jak to robiono w Bydgoszczy, w Piaśnicy. W skali ogólnopolskiej symbolem tej zbrodniczej akcji, na wiosnę 1940 r. (kontynuowano ją pod nazwą AB Außerordentliche Befriedungsaktion - nadzwyczajna akcja pacyfikacyjna) stał się lasek w podwarszawskich Palmirach. W serii 21 egzekucji rozstrzelano tam ponad 1700 osób. Po opanowaniu Lwowa, w lipcu 1941, Niemcy przeprowadzili egzekucję profesorów Uniwersytetu Jana Kazimierza. W katowniach Gestapo, takich jak więzienie Montelupich w Krakowie, Zamek Lubelski, Zamek w Rzeszowie, czy warszawski Pawiak przetrzymywano, torturowano i zabijano dziesiątki tysięcy polskich patriotów. W jednym tylko Pawiaku szacuje się, że na około 100 tys. więźniów, którzy przeszli przez to więzienie w latach 1939-44, zostało zamordowanych w czasie przesłuchań lub skierowanych na egzekucje 37 tys. osób. Dlaczego o tym nie ma informacji we wszystkich polskich muzeach, które zajmują się II wojną światową? Ze szczególną zaciekłością Niemcy zwrócili się przeciwko księżom, zakonnikom i zakonnicom, jako duchowemu oparciu Polski. Podczas II wojny, aż 6 367 osób duchownych zostało poddanych brutalnym represjom, z czego zginęło 1932 księży i kleryków, 580 zakonników i 289 zakonnic.

 

Symbolami tego męczeństwa stały się postaci 11 błogosławionych Sióstr Nazaretanek z Nowogródka rozstrzelanych, przez gestapowców 1 sierpnia 1943 r. Także błogosławiony biskup diecezji włocławskiej Michał Kozak zabity zastrzykiem fenolu w Dachau. Nade wszystko jednak święty franciszkanin Ojciec Maksimilian Kolbe, który jak dziesiątki innych księży, wywieziony do obozu w Auschwitz, zdecydował się na czyn największego heroizmu - oddał swoje życie za współwięźnia. Czy jest miejsce na krzyż w zespole obozów w Auschwitz-Birkenau (Oświęcim-Brzezinka) zorganizowanym przez Niemców systemie zagłady, który stał się największym symbolem zbrodni w II wojnie światowej? To pytanie wydaje się absurdalne! W tym miejscu Niemcy przeprowadzili na największą skalę zbrodnię na narodzie żydowskim. W Auschwitz, a przede wszystkim w Birkenau (Brzezince) zamordowanych zostało co najmniej 960 tys. Żydów z całej Europy. Ale przecież zamordowanych zostało w tym samym miejscu, przez tych samych oprawców, niemniej niż 80 tys. Polaków - chrześcijan. Czy to nie wystarczy, by krzyżem upamiętnić ich śmierć? I śmierć innych chrześcijan. W tym samym miejscu choćby 20 tys. Cyganów. To pytanie powstało niestety, kiedy część środowisk żydowskich, niewrażliwych na krzywdy, na ból innych narodów, innych ludzi, zdecydowała się zażądać usunięcia krzyża z Oświęcimia.

 

Został on ustawiony w 1988 r. na terenie należącym do Klasztoru Karmelitanek, a przylegającym do obozu w Oświęcimiu, tej jego części, w której zabijani byli głównie, niemal wyłącznie, Polacy - na Żwirowisku. Krzyż z ołtarza, przy którym modlił się Jan Paweł II w czasie swej pielgrzymki do Oświęcimia w 1979 r., stał się przedmiotem gorszącego sporu. Krzyż jednak pozostał. Od 1985 r. część środowisk żydowskich zaczęła się domagać wyrzucenia samego Klasztoru Karmelitanek spod obozu. Siostry musiały w 1993 r. opuścić klasztor. Krzyż pozostał i w 1998 wznowiony został nacisk by go usunąć. Jak napisał wtedy w Gazecie Wyborczej Dawid Warszawski „Krzyż w Auschwitz to w naszych oczach znak prześladowców, nie ofiar”. Prymas Glemp odpowiadał na tego rodzaju naciski w specjalnym oświadczeniu z 6 sierpnia 1998 r. „Krzyż nie jest własnością Kościoła Katolickiego, ale jest związany z chrześcijaństwem, a jako symbol jest czytelny i uznany w cywilizcji zachodniej jako znak ofiary miłości i cierpienia. Do tak pojętego znaku i jego obrony ma prawo nie tylko Episkopat, ale wszyscy, którzy z wiarą ten krzyż przyjmują. Krzyż powinien stać, bo tu ginęły tysiące chrześcijan, w tym także Żydów - chrześcijan. Ziemia ta jest polska, a wszelkie nakładanie innej woli jest odbierane, jako ingerencja w naszą suwerenność”. Niestety bolesne próby ingerencji nie tylko w polską suwerenność, ale także w polską historyczną pamięć, nie ustały. Nie było krzyża nad dymiącymi kominami Auschwitz- Birkenau, ale był krzyż złamany hakenkreuz - swastyka. Okrutnym dalszym ciągiem polskiej martyrologii jest próba rozciągnięcia odpowiedzialności za zbrodnie swastyki na krzyż, a także uogólnienia haniebnych przypadków kolaboracji z Niemcami i współudziału w zezwierzęceniu, które przyniosła ta wojna na postawę większości Polaków, w czasie II apokalipsy. Na bilans tej postawy. Byli polscy współpracownicy oprawców, ale bez porównania więcej było tych, którzy z oprawcami hitlerowskimi i sowieckimi bohatersko walczyli od pierwszego dnia wojny. Kto rzuca oskarżenia na Polskę w tej wojnie, ten musi spojrzeć w twarz już ponad 6 200 Polakom Sprawiedliwym Wśród Narodów, odznaczonym przez instytut Yad Vashem w Izraelu za ratowanie Żydów w czasie Holocaustu. To jedna trzecia wszystkich uhonorowanych w ten sposób mieszkańców Europy. Dla porównania warto przytoczyć: Niemców sprawiedliwych jest 476, Rosjan - 164, Czechów - 108.Trzeba by spojrzeć w twarz rodzinom takim, jak Ulmowie z Markowej - rodzice i siedmioro dzieci spaleni przez Niemców za przechowywanie Żydów, Baranków z Siedliska- rodzice i dwóch synków rozstrzelani za ukrywanie czworga Żydów, Kowalskich z Ciepielowa i setkom tysięcy innych anonimowych, którzy nieśli pomoc bliźnim w czasie tamtej wojny z narażeniem własnego życia. Ten musi spojrzeć w twarz choćby np. kilkunastu tysiącom dzieci polskich wywiezionych przez Niemców z 300 wsi na Zamojszczyźnie ( między listopadem 1942 a marcem 1943) do obozów selekcyjnych, gdzie część z nich przeznaczono na zagładę w Majdanku i Auschwitz, a pozostałe oddano na germanizację nowym „niemieckim ofiarom”. Trzeba by spojrzeć w twarz około 3 mln ofiar śmiertelnych tej wojny Polaków - chrześcijan. Gdyby nawet ktoś zmniejszył ich liczbę do 2 mln, czy to za mało, by mieli prawo do krzyża? Na ziemi, z którą ten krzyż zrósł się od tysiąca lat. Ten krzyż stoi jak znak sprzeciwu, ale nigdy przeciw ofierze. Jest znakiem sprzeciwu wobec kłamstwa i zapomnienia.

 

Pamięć polskiej martyrologii czasu II wojny, to nie tylko pamięć zbrodni popełnionych przez niemieckiego najeźdźcę. Od 17 września, a w istocie od przygotowującego tę napaść paktu Ribbentrop-Mołotow, Hitler miał w Związku Sowieckim doświadczonego partnera w prześladowaniu polskości. Na konferencjach specjalistów z Gestapo i NKWD w Brześciu nad Bugiem, w Zakopanem i Krakowie, między listopadem 1939 i marcem 1940 r., częściej to Niemcy występowali w roli uczniów swoich kolegów z ZSRR; na tych lekcjach likwidacji polskich władz przywódczych. NKWD-ziści mieli za sobą nie tylko doświadczenie w gigantycznej operacji z lat 1937-38 przeprowadzonej na 150 tys. zamordowanych Polaków w ZSRR. Uderzająca 17 września 1939 r. na Ziemie Wschodnie II Rzeczpospolitej Armia Czerwona i idące za nią formacje NKWD dokonywały, od pierwszych dni tej agresji, masowych morderstw na jeńcach, zwłaszcza oficerach i na cywilnych obrońcach polskości, np. Grodno.

 

NKWD po bezprawnym wcieleniu zajętych ziem do ZSRR szybko zaczęło przygotowania do nowych, wielkich operacji oczyszczania zdobytego terenu z polskości. Temu przede wszystkim służyły cztery wielkie deportacje: 10 lutego, 13 kwietnia, 20-30 czerwca 1940 r. oraz w czerwcu 1941. Według najniższych szacunków, NKWD zagarnęły nie mniej niż 340 tys. osób. I tu znów przypomina mi się podręcznik OPERON-u, który podaje cyfrę 240 tys. A najniższe dane NKWD mówią o 340 tys. Polskie szacunki mówią o milionie - półtora miliona. Dlaczego zawsze zmniejsza się te liczby ofiar polskich? Absurdalnie niezgodnie ze źródłami nawet przeciwników polskości. Wywożeni na Syberię, w stepy Północnego Kazachstanu, do kopalni w Workucie czy na Kołymie, deportowani nie dożywali często celu, umierając po drodze w bydlęcych, przegrzanych latem lub w wymrożonych zimą wagonach. Spośród deportowanych zmarło w ten sposób nie mniej niż 90 do 100 tysięcy ludzi.

 

Decyzja o likwidacji polskiej elity ma także drugi symbol, poza akcją AB, to oczywiście Katyń. Kolejne zbrodnie sowieckie: we Lwowie, Brygidkach i na Zamarstynowie. Zabito w czerwcu 1941 r. nie mniej niż 4 tys. ludzi. NKWD przeprowadziła także w ostatnich dniach czerwca 1941 masowe rozstrzeliwania więźniów na Litwie w Oszmianie, w Mińsku, Smoleńsku, Charkowie, Borysławiu, Stryju, Łucku, Równem, Berdyczowie i Kijowie. Ile zabito wtedy osób? 30, może 50 tysięcy? Nie dowiemy się tego pewnie nigdy. Ale powinniśmy dociekać tej prawdy.

 

Martyrologia Polaków na wschodzie nie łączyła się tylko z planowanymi działaniami władzy sowieckiej. Dołączyła się do niej zarówno planowa, jak i żywiołowa akcja ukraińskich nacjonalistów, którzy chcieli także oczyścić z polskości dawne Kresy Rzeczpospolitej. Rozkaz przeprowadzenia wielkiej operacji zamordowania wszystkich Polaków, mężczyzn od 16 do 60 roku życia, wydał w czerwcu 1943 roku Dmytro Klaczkiwski pseudonim Kłym Sawur, dowódca UPA na Wołyniu i Polesiu. Jego koncepcję ostatecznego rozwiązania kwestii polskiej zaakceptował i rozszerzył, także na Galicję, odbywający się w sierpniu 1943 Trzeci Zjazd Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów z Romanem Szuchewyczem, dowódcą UPA na czele. Ukraińskie mordy na polskiej ludności Wołynia miały miejsce już wcześniej –od masakry przeprowadzonej 9 lutego 1943 na polskiej Kolonii w Parośli koło Sarn po Janową Dolinę. Największe nasilenie nastąpiło w lipcu. Zabito wtedy mieszkańców 530 polskich wsi i osad. Jak się szacuje- 17 tys. Polaków. Makabryczna, dokonywana także siekierami i kosami, czystka trwała w kolejnych miesiącach. Wedługnajpoważniejszych szacunków historycznych ogółem w tej próbie ludobójstwa na Polakach, jaką podjęli ukraińscy nacjonaliści, zginęło około 100 tys. Osób narodowości polskiej. Mają dziś swoje krzyże i pomniki w Legnicy, Wrocławiu, Gdańsku i Przemyślu. Ich mordercy także mają pomniki. Znacznie bardziej wystawne. Główny inicjator masowego mordu Dmytro Klaczkiwski ma pomnik w Zbarażu. Zatwierdzający jego zbrodnicze plany Roman Szuchewycz, jako oficjalny bohater Ukrainy od 2007 r., ma kilka pomników m.in. we Lwowie. Pamiętajmy oczywiście o tym, że Polacy nie byli tylko biernymi ofiarami w II wojnie. To bardzo ważne, by pamiętać o tym, bo dzisiaj trudno do współczesnej młodzieży przemówić z pamięcią martyrologiczną, pamięcią ofiar. Trzeba pokazywać im walkę, która prowadzi do zwycięstwa, która prowadzi do strat zadawanych wrogowi; nie tylko do świadectwa własnej ofiary. Trzeba pamiętać, że Polacy walczyli przeciwko dwóm barbarzyńskim systemom, od pierwszego do ostatniego dnia wojny, jak żadne inne państwo w tej wojnie! I to jest najważniejsze! Opór nie zakończył się na kampanii wrześniowej; trwał w kraju, w konspiracji. Świadectwo 200-osobowego oddziału Hubala, majora Henryka Dobrzańskiego może otworzyć tę listę. Do wiosny 1940 toczył, w rejonie Gór Świętokrzyskich, otwartą walkę z niemieckim okupantem, aż do śmierci w bitwie pod Anielinem. Powstanie polskiej młodzieży w Czortkowie 21 stycznia 1940 r., podjęte z myślą o odbiciu więźniów z katowni NKWD i przebiciu się do Rumunii. W zorganizowany sposób prowadziła konspiracyjną walkę z obydwoma okupantami Służba Zwycięstwu Polsce, potem Związek Walki Zbrojnej, w końcu Armia Krajowa, która wiosną 1944 r. osiągnęła stan 380 tys. żołnierzy. Do końca 1944 r. oddziały AK wykonały 230 tys. akcji sabotażu i dywersji. Wysadzając 38 mostów, uszkadzając, zwłaszcza w ramach wielkiej akcji Wieniec, 19 tys. Wagonów zaopatrujących armię Hitlera. Gdzie są setki filmów polskich o polskiej resistance?

 

Mówię o tym dlatego, że tyle filmów weszło do świadomości powszechnej, pokazując bohaterstwo francuskiego ruchu oporu. Bohaterstwo, dla którego, pozostając z całym szacunkiem, stanowi nikły ułamek tego, czego dokonali bohaterowie polskiego podziemia. Ich w świadomości powszechnej nie ma. Po prostu nie istnieją. Istnieje francuska resistance, nadmuchana do niebywałych rozmiarów, istnieje rzeczywiście bohaterska partyzantka Jugosławii, i choć jednostronnie upamiętniona tylko jako partyzantka Titowska . Istnieją partyzanci sowieccy na tylu filmach sowieckich upamiętnieni. I to wszystko! Istnieją oczywiście bohaterscy partyzanci Czescy, ci za których zapłaciły Lidice. Mówię to bez żartów. Mówię dlatego, że rozmawiałem na ten temat z profesorem Uniwersytetu Opolskiego, który zajmuje się studiowaniem podręczników szkolnych do historii w skali całego świata.

Otóż tym przykładem martyrologii związanej z okupacją niemiecką w II wojnie światowej, który przebił się do większości podręczników na całym świecie w Afryce, Ameryce Łacińskiej, nie jest żaden przykład z Polski. Są wyłącznie Lidice, czeskie Lidice, gdzie za akcję przeprowadzoną przez agentów brytyjskiego wywiadu (czeskich oczywiście), bohaterskich agentów brytyjskich służb specjalnych na Heydrichu, spacyfikowano jedną wieś. Ile tysięcy polskich wsi zostało spacyfikowanych?! No ale nie postarały się polskie ambasady, tak, jak to Czesi zrobili; to nie samo z siebie zrodziło się zainteresowanie. Po prostu bardzo skuteczny, efektywny wysiłek czeskiej polityki historycznej. By dawać tak zwane gotowce autorom podręczników, w każdym kraju, z fragmencikiem jak to ująć, żeby włożyć to tylko, wkleić do swojej książki i już ma się „odfajkowaną” okupację hitlerowską.

 

Czesi - tu znów daję przykład- jako naród wyłącznie pozytywny do naśladowania, potrafili wyprodukować wspaniały film o swoich bohaterskich - lotnikach w bitwie o Anglię. Rzeczywiście bohaterskich, zasługujących na film i na pomniki, ale było ich dziesięć razy mniej niż polskich lotników w tej samej bitwie. Czesi wyprodukowali o swojej kompanii walczącej pod Tobrukiem także znakomity, świetny film. Czesi mieli tam jedną kompanię, Polacy mieli jedną brygadę. Nie ma żadnego filmu o Tobruku, nie ma żadnego filmu o Monte Cassino, o Narwiku, o Falaise, o tylu miejscach, w których bili się Polacy w czasie II wojny światowej. Bili i zwyciężali. Bili i byli skuteczni. Właśnie na to powinniśmy zwrócić uwagę.

 

Przerwę tę długą, trudną do wyczerpania narrację, w której przecież powinno się znaleźć miejsce na pamięć i na sposób przekazu w kulturze masowej, tak efektownego wyczynu, jak wytropienie pancernika Bismarck przez polski niszczyciel. Jaka efektowna sytuacja! Oczywiście taki film kosztuje, ale czy nie warto zastanowić się nad choćby filmem dokumentalnym polskim, który by przypomniał tę rolę w wytropieniu największego niemieckiego okrętu? Polskiego, małego, bohaterskiego Dawida w walce z tym Goliatem. Czy powinno zabraknąć miejsca na bohaterstwo żołnierzy tzw. Ludowego Wojska Polskiego? Absolutnie nie. Dlaczego nie ma uczciwego filmu o bitwie pod Lenino, w której tak wielką ofiarę złożyli polscy żołnierze w walce z Niemcami? Ofiarę zwielokrotnioną przez głupotę, rzeczywiście głupotę, zbrodniczą, głupotę dowództwa, tzn. pułkownika Berlinga. Ale znów sytuacja warta pokazania i bohaterstwo i głupota dowództwa w tym przypadku. Czy bitwa pod Budziszynem, w której polskie wojsko poniosło największe straty w całej II wojnie światowej. W żadnej innej operacji nie był tak straszny skutek błędów dowódcy, (generała Świerczewskiego), który pogubił się zupełnie (był pijany cały czas) wskutek tego szoku, jakim było dla niego zaskoczenie manewrem niemieckim.

 

Ale znów - czy można negować bohaterstwo polskie i ten tragiczny i ważny w całej operacji berlińskiej epizod, jakim była bitwa pod Budziszynem? To wszystko są wątki, które powinny wrócić do naszej świadomości, do naszej pamięci, do naszej kultury masowej - jeśli chcemy wygrać spór o II wojnę światową, spór, który jest sporem o polską tożsamość. O to, czy będzie tę tożsamość określał tylko wstyd budowany z historii krytycznej, czy będzie określało uczciwe zbilansowanie polskiego bohaterstwa, polskiej ofiary i polskich przypadków indywidualnej podłości i głupoty w II wojnie światowej.






Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.