Plaża, dzika plaża, morze dookoła...
Z wysokiego brzegu wieczór mewy woła...
Twarz przy twarzy, dłonie w dłoniach...
Przytuleni, zamyśleni, zakochani
idą brzegiem ku jesieni.
Zygmunt Kramer, Bohdan Kendelewicz
W tym roku w czasie wakacji znalazłem się na pięknej dzikiej plaży na zachodnim wybrzeżu Polski. Kilkanaście dni wakacji (które minęły niestety bardzo szybko) nasunęły mi kilka dość nieoczekiwanych refleksji.
Po pierwsze nie wiem czy, Szanowny Czytelniku, zdajesz sobie sprawę, ale takich pięknych plaż nie ma już nigdzie. Ani na Florydzie, ani na Karaibach czy innej Copa Cabanie. Zazwyczaj zaraz na skraju plaży rosną hotele i wieżowce, a co lepsze kawałki wybrzeża są wykupione przez prywatnych właścicieli. Tak już jest w wielu miejscach na świecie. Najprawdziwsza dzika plaża, z bardzo czystym piaskiem, otoczona fantastycznymi wydmami jest jeszcze tylko w Polsce. Pytałem wiele osób, które jeździły po świecie i wszyscy to potwierdzali.
Pogoda jak drut i na niebie pełna lampa. Morze szumi bardzo relaksująco, choć w tym roku jest wyjątkowo zimne. Ludzie opalają się na czystym piaseczku porozkładani to tu, to tam. Jak komu wygodnie. Całkowita „maniana” mówiąc po staropolsku. Jedni śpią, drudzy rozmawiają. Ojcowie budują dzieciom zamki albo grają z nimi w piłkę. Pary spacerują po brzegu morza trzymając się za ręce. Czasem nawet ktoś znajdzie mały bursztyn. Niektóre psy (na dziką plażę sporo ludzi przychodzi z psami i nikomu to nie przeszkadza) przynaglane przez właścicieli pływają w morzu i przynoszą patyki w zębach. Szczekają na fale i próbują je gryźć. Kilku gości brawurowo jeździ na desce z przyczepionym latawcem (takie urządzenie nazywa się kitesurfing). Cisza, spokój. I co najważniejsze - ani jednego urzędnika państwowego. W ogóle żadnej miłościwie panującej nam władzy.
Jak w takich warunkach mogą odpoczywać obywatele i czy w ogóle mogą relaksować się w oderwaniu od naszych dozorców i nadzorców? Otóż mogą i to świetnie.
Plaża, o której jest mowa, była dzika w takim stopniu, jak tylko to możliwe, ale panował na niej wzorowy porządek. Mimo że nie było ratownika, nikt na przykład nie zamierzał się topić. Ludzie kąpali się, polegając na własnym rozsądku. Z tego co się dowiedziałem, wypadki, o ile w ogóle się zdarzały, należały do kompletnej rzadkości. Oczywiście nie namawiam nikogo do kontestowania i sabotowania ratowników. Bynajmniej. Chodzi tylko o to, że ludzie, mimo braku nadzorców, umieją się zachowywać całkiem rozsądnie.
Nikt nie śmiecił. Zostawianie butelki czy papierka należało do kompletnej rzadkości. Zdarzało się nawet, że ten czy ów plażowicz posprzątał po kimś innym. Nie do wiary.
Nikt nikogo nie bił, ani nie przewalali się po naszej dzikiej plaży pijani i agresywni osobnicy. Jeśli ktoś pił mocniejsze trunki to robił to w miarę i nie rzucał się w oczy. Ludzie byli zrelaksowani i odprężeni. Opalali się i kąpali gdzie chcieli i jak chcieli. Prawdopodobnie nawet nikt nikogo nie nagrywał.
Nie myślcie, że na plaży nikt nie pracował, mimo że najprawdopodobniej nie miał etatu ani nawet umowy śmieciowej. Nad wodą przejeżdżał, co jakiś czas wózek ciągniony przez dwóch młodych plażowych przedsiębiorców. Można było u nich kupić piwo, napoje, jedzenie, co chcecie. Swój towar zachwalali doniosłym krzykiem tak, że menu mogłeś, Drogi Czytelniku, poznać leżąc na piasku, nawet nie otwierając oczu. A wszystko to bez Sanepidu, pozwoleń i podatków. Straszne!
Krótko mówiąc na dzikiej plaży panował porządek i ustrój. Jaki? Czy to była anarchia czy może plażowy samorząd - to zostawiamy do osądzenia. Zapewne taka sytuacja może nie podobać się wszystkim. Są tacy, co woleliby żeby plaża została „upaństwowiona”. Pojawiliby się ratownicy, bilety, sto dziwnych reguł, kary porządkowe, przymus administracyjny. Może nawet policja wodna, lądowa, a nawet powietrzna. Wtedy zwolennicy regulacji wszystkiego i wszystkich mogliby spokojnie opalać swoje tłuste urzędnicze brzuchy w słońcu regulowanym przez biurokratyczną zarazę.
Z drugiej strony jakiś Kluczyk czy innych przedsiębiorca nomenklaturowy, wsparty przez ubeckie koneksje mógłby plażę „sprywatyzować”. W naszym kraju bardzo często polega to na sprytnym i bezczelnym przywłaszczeniu majątku wspólnego. Po czym wszystkich wyrzucić na zbitą mordę i wtedy złoty piasek i wodę oglądalibyśmy zza drucianej siatki. Nie mamy nic przeciw prywatyzacji, ale niekoniecznie musi ona oznaczać okradanie innych obywateli przy pomocy niejawnych i dziwnych koneksji.
Tak leżąc na kocyku i grzejąc kości snułem leniwe refleksje czy nie byłoby możliwe, aby w innych częściach naszej pięknej i bogatej ojczyzny powielić ten ustrojowy fenomen. Dzika plaża dla wszystkich obywateli miast i wsi! Co temu właściwie przeszkadza?
Niewątpliwie na pierwszym miejscu przeszkód należy postawić warstwę biurokratycznych wyzyskiwaczy ludności naszego kraju. I tu bez różnicy czy to są pasibrzuchy i złodzieje szczebla centralnego, czy lokalnego. Nawet nie ma, co ich in extenso wymieniać: politycy, urzędnicy etc. Do tej parszywej kasty pasożytów dołączam warstwę funkcjonariuszy mediów meinstrimowych trzymających ludność za twarz i tresującą ją od rana do wieczora z praniem mózgu, z wirowaniem na dodatek.
Trzeba niestety z żalem przyznać, że na taką ładną plażę mógłby mieć ochotę jakiś wróg zewnętrzny, jak na przykład nieoceniony miłośnik pokoju i przyrody Władimir Władimirowicz Putin czy jego koleżanka z piaskownicy Frau Angela. Konieczność obrony naszej plaży pociągnęłaby za sobą potrzebę stworzenia jakiejś agencji ochrony (jednej lub kilku), które by broniły naszej wolności. Tak na naszą plażę wkracza państwo. Ale jeśli już musi, niech to będzie państwo minimum, którego racją istnienie będzie bronienie naszej suwerenności od wrogów zewnętrznych i będące gwarantem prawa naturalnego i wolności jego obywateli. Nic poza tym. Takie państwo może jeszcze ewentualnie zadbać o sprawy dotyczące dobra wspólnego, które trudno jest regulować za pomocą metod rynkowych, jak na przykład niektóre inwestycje infrastrukturalne czy czystość środowiska. I na tym koniec.
Czy to jest Drogi Czytelniku możliwe?
Mimo, że George Bernard Shaw nie był postacią godną polecenia i naśladowania, ale jedno powiedzenie mu się udało: „Ideały są jak gwiazdy. Jeśli nawet nie możemy ich osiągnąć, to należy się według nich orientować.”
Czy odważymy się o czymś takim pomyśleć? Czy wielu z nas nie ma swoich mniejszych lub większych interesów ulokowanych w skorumpowanym i opresyjnym systemie przekształcającym nas dzień po dniu w niewolników? Czy jest w nas ochota do ryzyka? Poświęcenia? Potrzebn wolności i prawdy? Sami sobie odpowiedzmy na te pytania.
Czy chcielibyście żyć na dzikiej plaży?
WW
warecki.pl

Psychologowie Marek i Wojciech Wareccy - jedni z rozmówców twórców "Lawy" - to autorzy niezwykle ważnych książek: „Woda z mózgu”, wydanej w 2011r. oraz „Pożeracze mózgów”, która jest pozycją przeznaczoną dla młodego odbiorcy. Książka ta powstała, jak twierdzą autorzy, by dać narzędzie młodemu czytelnikowi i całej rodzinie; żeby młodzież nie przyjmowała bezkrytycznie wszystkich postaw, wszystkich wzorców propagowanych przez media.Psycholodzy Wojciech Warecki & Marek Warecki zajmują się przeprowadzaniem treningów oraz doradztwem psychologicznym szczególnie w zakresie: