"KOWEL - WŁODZIMIERZ WOŁYŃSKI 19 I - 21 V 1944" - wspomnienia Żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK
data:26 kwietnia 2014     Redaktor: husarz

W dniach 20-22 kwietnia 1944 r. dywizja przebija się z okrążenia wychodząc na północ do lasów położonych nad górną Prypecią. W rejonie okrążenia pozostawia cały tabor, ciężki sprzęt oraz szpital z rannymi. W operacji kowelskiej dywizja ponosi duże straty: ginie 349 żołnierzy, 160 odnosi rany, 170 dostaje się do niewoli, około 1600 uległa rozproszeniu.
 
 

Po stoczeniu boju obronnego pod Sokołem i Holadynem dywizja w nocy z 25 na 26 kwietnia 1944 r. rozpoczyna marsz w kierunku wschodnim i 28 kwietnia zajmuje kompleks w Lasach Szackich.
 
Publikujemy za portalem Żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty A.K. oraz przypomnamy relację świadków tamtyczh wydarzeń z konferencji historycznej Akcja "Burza" na Kresach Wschodnich, zorganizowanej przez nasze stowarzyszenie.
 
 
Olgierd Kowalski ps. „Czarny” : Tymczasem trwały intensywne przygotowania do przebicia się z okrążenia. Zakopano ciężką broń. Nareszcie zlikwidowano olbrzymie nasze tabory. Lżej rannym przydzielono konie do jazdy wierzchem. Co ze szpitalem... Domyślaliśmy się, lecz nikt głośno tego nie mówił. Po udzieleniu nam ostatnich instrukcji, o zmroku wyruszamy. Celem skrócenia długości kilkutysięcznej kolumny ludzi, idziemy całą szerokością drogi, jeden przy drugim. Noc jest ciemna, każdy stara się stąpać jak najciszej. Idziemy tak chyba z godzinę, może dłużej, oswajając się powoli z niecodziennością sytuacji. Teraz jest nieco jaśniej, gdyż tylko z lewej strony mamy las. Raptem w ciszę nocną wdarł się grzechot karabinów maszynowych, siekących po naszych zwartych szeregach z prawej strony. Widać, jak pociski świetlne śmigają po kolumnie! Powstał niesamowity bałagan. Odskoczyliśmy w las, pomieszani potwornie. Po paru chwilach, znalazłem się wśród grupy żołnierzy, zupełnie mi nie znanych, zresztą nikt tu nie znał się wzajemnie. Widząc, że Niemcy płożyli ogień zaporowy z kilku karabinów maszynowych, zdecydowaliśmy się iść lasem naprzód. Doszliśmy do rzeczki, przez którą była przerzucona jakaś kładka, i słysząc ciągle zgiełk bitewny, doszliśmy do lasku po drugiej stronie. Za nami nikt nie ciągnie. Naradzamy się, co robić. Wracać, czy czekać... Za mało nas, by wobec takiego rabanu myśleć o przejściu przez tory... Strzelanina w okolicach Zamłynia powoli uspakaja się. W ciszy nocnej słyszymy wyraźnie zbliżający się ku nam wóz. No, nareszcie jadą nasi! Ktoś jednak zaczyna powątpiewać, bo przecież nie mamy już wozów, ale nikogo to nie przekonuje. Jak to w partyzantce... Może ktoś przeszmuglował wóz, a może wiozą rannych? Jeden z żołnierzy, raczej dla hecy, zatrzymuje wóz krzykiem: "Stój, kto idzie?" Nie słysząc odpowiedzi wrzeszczymy dalej, śmiejąc się: "Erkaem na stanowisko!" Odpowiedź była natychmiastowa i to zaskakująca, bo ... z karabinu maszynowego! Byli to prawdopodobnie Niemcy, wycofujący się z Zamłynia. Zaskoczyli nas zupełnie, rozproszyli i zanim zdołaliśmy sią zebrać do kupy, ani śladu po nich nie było. Wstyd nam było okropnie. Jeszcze uciekając, wyrzuciłem ze złości noszony od zdobycia Turzyska węgierski hełm, który mi w biegu opadał na oczy, peleryna zamokła w jakimś bagienku, ciążyła nieznośnie, więc jej też się pozbyłem, i klnąc na czym świat stoi, postanowiłem wraz z innymi wracać do naszych. Ze złości prawie nie rozmawialiśmy. Paru zafajdanych fryców tak pomieszało nam szyki, a teraz znowu leźli nam w łapy, a my zblamowaliśmy się całkowicie... Aż myśleć się nie chce! Powoli zaczyna szarzeć. Niecierpliwiąc się coraz bardziej, czekamy na swoich. W końcu spotykamy się. Idą, rozlewając się po polach, aż przerażenie ogarnia, ilu nas jest. Czekam aż nadejdzie mój batalion. Czas mija, chyba będą na końcu. Czekam cierpliwie... Jest prawie dzień, gdy mrowie ludzie dociera w pobliże torów kolejowych, a moja "Łuna" nie nadchodzi. Niemcy już zaczynają siec z karabinów maszynowych, za chwilę odzywają się działa i moździerze. Czoło naturalnie zalega. Z tyłu jednak, wysypują się coraz to nowi ludzie. Przykucnąłem w jakimś dołku, obserwując przebieg bitwy. Nie ma tu niecelnych strzałów. Wszędzie, gdzie padają niemieckie pociski, padają i nasi. Mrowie. Ogień się wzmaga. Z lasu wynurza się pociąg pancerny, ziejąc w naszą stronę ogniem. Widać serie świetlnych pocisków, wypluwanych przez szybkostrzelne działka przeciwlotnicze. zdaję sobie sprawę z beznadziejności położenia. Przecież w powstałej sytuacji nie jesteśmy w stanie przedrzeć się przez niemiecką obronę... Nagle z czołowych pozycji podrywa się niska postać w wojskowym płaszczu. Jeśli mnie pamięć nie myli, był to ppor. "Konrad". Za nim podrywa się kilku żołnierzy, jeszcze kilku, biegną w kierunku pociągu. Dech zamiera mi w piersi. Pociąg powoli wycofuje się na kraj lasu i stamtąd dalej razi. Żołnierze skokami wycofują się do lasu, poprzez gołe pola. Wielu z nich już nie wstaje... Przez pobojowisko pędzą na spłoszonych koniach pojedynczy jeźdźcy. To lżej ranni, którzy mieli drogę odbyć wierzchem. Obserwuję jednego z nich. Widać, że nie tęgim jest jeźdźcem, nie panuje w ogóle nad koniem, który spłoszony bliskim wybuchem gna na oślep. Znowu blisko wybuch. Jeździec zwala się na ziemię. Podbiegam ku niemu. Konsternacja, no i radość. To mój Brat, Stefan, ps. "Kot". Miał poprzednio przestrzelone udo, w normalnych warunkach rana zagoiłaby się szybko, a tu nie można wygoić. Zresztą w ogóle Stefan czuje się nie tęgo. W listopadzie uległ poważnemu wypadkowi, a mianowicie, na drodze Łuck-Kiwerce potrąciła go celowo niemiecka wojskowa ciężarówka. Wskutek uderzenia, nastąpiły komplikacje, zruszenie serca. Powinien był leżeć jeszcze w domu, jednak nie wytrzymał, poszedł do lasu. Tu, trudy codziennego życia, przemęczenie, rana, no i rozpoczynający się głód, szybko dały znać o sobie. Stefan odmówił powrotu do domu, gdy była jeszcze okazja. Odmówił też pójścia do szpitala... No, ale fajno, że się spotkaliśmy! "Patrz", mówi Stefan, "z jaką furią biją pociski!" Spoglądam jeszcze raz. Rzeczywiście, widok fascynujący! Przecinając szarość poranka, świetlne pociski pędzą mijając nas z ogromną szybkością, by rąbnąć w ziemię. Gdy parę pocisków padnie obok siebie, robi to wrażenie jakiejś pięknej , lecz piekielnej iluminacji. "Spływamy do lasu!" Rozproszeni, znowu zbieramy się w oddziały. Wielu brakuje. Co się z nimi stało - nikt nic nie wie. Z naszej pierwszej kompanii pozostała garstka. Podobno cofnęli sią głębiej w lasy. Dołączam więc do drugiej kompanii, gdzie jest mój Brat i kilku kolegów szkolnych. Nękają nas ogniem artyleryjskim bez przerwy. Wycofujemy sią głębiej. Panuje już pewien porządek. Ktoś podobno objął komendę, ubezpieczono lizjerę lasu. Dowódca nasze, ppor. "Olgierd" zarządza zbiórkę. Stajemy w karnym dwuszeregu. Niedługi to dwuszereg... "Olgierd" oznajmia nam, iż zrezygnowano z przebijania się z okrążenia. Każdy musi sobie radzić sam... Stoimy bez ruchu, patrząc jak podchodzi do niego młoda kobieta, zabierają jakiś bagaż i nikną nam z oczu. "Szuja", mówi ktoś półgłosem. Zbieramy się po kilku, radząc, co począć dalej. Oddział powoli rozbija się na grupki krajan, bliższych kolegów. Najbardziej cenieni są ci, którzy znają teren. Niestety takich jest bardzo mało. A ci, którzy nawet znają, nie afiszują się tym w obawie, by nie potworzyć zbyt dużych oddziałków. Przecież powiedziano: "małymi grupkami..." Poza tym, chętnie przyjmowani są posiadacze broni automatycznej. Nie należymy ani do jednych ani do drugich. Łazimy, nasłuchujemy... Może ktoś coś mądrego wymyśli. Okazuje się, że większość zamierza próbować przejść za Bug. Nie mamy mapy, a w ogóle to i nie bardzo orientujemy się, gdzie jesteśmy. Przeprawa przez tory nie pociąga nas. Straszą świecące reflektory i dzisiejsza lekcja, którą otrzymaliśmy. Przekradanie się samopas przez niezalesione zabulbione tereny, też zanosi się bardzo ryzykownie. Chyba zdecydujemy się przejść za Bug. Pociesza nas fakt, że takich jak my, niezdecydowanych "sierot" jest więcej. Stanowimy większość. Zaczynamy sejmikować. Przeważa pogląd, że jednak najbezpieczniej byłoby "wyrwać" całym oddziałem, tj. grupą liczącą około 100 osób, która mogłaby przemykać się prawie niepostrzeżenie. Łatwiej byłoby o wyżywienie no i stanowiłoby pewną siłę, umożliwiającą przełamanie ewentualnego oporu. Rozglądamy się za nowym dowódcą. Szkoda, że "Olgierd" rozwiązał tak zgrany i scementowany oddział. A tak mu ufaliśmy... Tymczasem docierają do nas wiadomości, że inne oddziały nie są bynajmniej rozwiązywane, lecz odwrotnie. Wyłoniło się nowe dowództwo, z "Piotrusiem" na czele, które organizuje nową próbę wyjścia z kotła. Odetchnęliśmy z ulgą. Po chwili zjawiają się nasi oficerowie. Wracają z narady, czy z odprawy. Jest i chor. "Samson" z niewygojoną, roztrzaskaną pod Uździutyczami szczęką. Omawiamy akcję. Dowiadujemy się, że część dywizji przeszła bez strat, powinno i z nami się udać. Jeśli nie, to będziemy przebijać się siłą. Słowem, "być albo nie być". Do wieczora jeszcze kawał czasu. Trzeba rozejrzeć się za jakimś posiłkiem. Od dłuższego czasu obserwuję wałęsającego się konia. Chyba jest bezpański. Znajduję w przytroczonej torbie z pięć kilogramów słoniny, ściągam derkę. Próbujemy żuć sało, ale nie przechodzi przez gardło. Kładziemy się wypocząć. Udaję, że śpię. Czuję, że Stefan czyni to samo. W końcu, widząc, że nic ze snu nie będzie, przestajemy się oszukiwać. Trzeba czymś się zająć. Czyścimy jeszcze raz broń, każdy nabój z osobna. Wieczorem wyruszamy znowu dość zwartą kolumną. Tym razem jednak znajdujemy się nie na końcu pochodu, lecz w pobliżu czoła. Noc zapada szybko, jest znowu bardzo ciemno. Zachowujemy bezwzględną ciszę. Idziemy skupieni, ramię przy ramieniu. To otoczenie kolegami napawa jakąś ufnością. Jednak do świadomości dociera zawzięcie odczuwana myśl natrętna: "Co będzie z rannymi? A jeśli ranią mnie, to nie wiem co zrobię... A jeśli nas obu?" Przedtem, gdy nasz oddział działał samodzielnie, panowało żelazne prawo zwyczajowe nie zostawiania rannych, ani nawet zabitych. Dokonywaliśmy wypraw, by zabrać pozostawione zwłoki kolegów. Ostatnio coraz częściej musieliśmy odstępować od tej zasady. A teraz, gdy rozpoczął się już proces demoralizacji, w panujących warunkach trudno liczyć na czyjąś pomoc. Najlepiej nie być rannym! Marsz przedłuża się. Powoli napięcie ustępuje miejsca zmęczeniu. Widać już, że jesteśmy dość blisko niemieckich stanowisk. Reflektory zasadniczo oświetlają tylko tory, błądząc jedynie od czasu do czasu po przedpolu. Strzela z góry rakieta. Leżymy, czekając aż zgaśnie. Przyzwyczajamy się i do tego. Znużenie zaczyna ogarniać mnie coraz bardziej. Przechodzę kryzys. Przy kolejnym "padnij", dotknąwszy ziemi, zasypiam. Ktoś poderwał mnie solidnym kopniakiem. Przeszło. Teraz przy okazji ja aplikuję moim "naśladowcom" dawkę rozbudzającą i przekazuję szeptem "kutasie, wstawaj!" Oczywiście nie było czasu na dąsy. Niebawem Niemcy dostrzegli nas i posypały się pierwsze serie. W świetle reflektorów, rakiet i wybuchów widać biegnące sylwetki atakujących. Rozlega się "hurrraa!" Ton tego okrzyku jest jakoś dziwnie wysoki i wydaje się nikły przy trwającej kanonadzie, ale dodaje animuszu. Krzyczymy więc i strzelamy, nie ustając w biegu. Padają ci, którzy już się nie podniosą. Stefan daje mi znak, że dalej już nie może. Trzeba go koniecznie odciążyć. Zapomniałem przecież, że uparł się nosić ze mną na zmianę torbę ze słoniną i derkę (zdobycz z tego konia). Słoninę zabieram, derkę wyrzucam, biorę od niego chlebak z amunicją i powoli posuwamy się naprzód. Ogień potężnieje, lecz koncentruje się jakoś z tyłu, bardziej za nami. Mijają nas atakujący żołnierze. Przechodzimy tory……

Fragment wspomnień Olgierda Kowalskiego autora wspomnień „Wspomnienia grudzień 1943 - maj 1945 ”.

(...)

Stanisław Nikoniuk ps. „Jantar”: Tylko część oddziałów zdołała przejść przez tory tego ranka. Paweł znalazł się w tej części, która trafiła na pancernik. Nasypu kolei jeszcze nie było widać w mgłach nad polami, gdy nad głowami idących zaszumiały pociski. Biły szybkostrzelne działa pancernika, w parę chwil zmiotły z pola partyzantów za ściany kilku rozrzuconych domów i za skupienia drzew. Jacyś cekaemiści wleźli pośpiesznie na wierzchołek wysokiego kopca ziemi – stary prosowiecki bunkier – i po chwili w stronę pancernika rzygnął czerwonym płomieniem cekaem. Potem jeszcze ktoś krewki zainicjował atak. Kilkunastu ludzi wybiegło na otwarte pole. Paweł ruszył za śmiałkami upatrując gdzie bruzdy, padając co kilka kroków. Szybkostrzelne działa przytłoczyły zuchwalców do ziemi. Cofnęli się. Kwadrat gęstego podmokłego lasu otoczony ze wszystkich stron mokradłami przechował ludzi do wieczora. Nieskończenie dłużył się mglisty ponury dzień. Paweł zjadł ostatni kawałek kiełbasy, podpleśniałej i gorzkiej. Z całego Gromu spotkał tu tylko dwóch znajomych. Rozpytywał ich o brata – nie, nie widzieli. Miał w torbie wspólną żywność dla obu… Usiadł na zwalonym pniu osiki. Przetrząsał kieszenie: scyzoryk, kalendarzyk, mały zeszycik, świadectwo ukończenia powszechnej, Zaświadczenie Koeniga z Forstamtu. Obejrzał karabin i siódemkę. Rdzewieją! Posmarował kawałkiem słoniny.

Pokręcił się po lasku, posłuchał, co mówią. Wrócił do osiki i przesiedział na niej do wieczora. … Jeśli paść, to od razu – snuły się myśli – od jednego uderzenia kuli… A tych rannych, cóż mogłem zrobić – wóz ani drgnął… Ci dwaj porucznicy, co w nocy poprowadzą wyglądają bardzo sympatycznie. Hm… Brunet ma pseudonim Biały, a blondyn – Czarny… Przechodzić będziemy przez stanowiska artylerii, a w nocy skuteczność ognia artylerii jest bardzo mała… No, tak oni zapewniają – ten Biały i Czarny… Część polegnie, większość jednak przejdzie… Jeśli zagrozi schwytanie, rzucę siódemkę byle gdzie – Niemcy nie znoszą niemieckiej broni w ręku schwytanego. Portfel zostawię… Hm, „Der Bote N. durch seine Fleisigkeit und Zuverlasigkeit hat meine volle Vertrauen verdient… Forstmeister Bernard Koenig”. Tego nie wyrzucę… Kto wie czy to zaświadczenie Koeniga jeszcze się tu nie przyda?... Gdzie teraz jest Piotruś, gdzie on mógł zostać? A może już jest za torami, zdążył przeskoczyć z czołowym rzutem…?  W ciągu dnia dwaj warszawscy porucznicy formowali z rozbitków nową kolumnę. Noc nadeszła tak samo czarna, jak obie poprzednie. Dano króciutką instrukcję: do torów mamy przewodnika, punkt zborny za torami wyznaczy rakieta, zapamiętać! czerwona rakieta!,  którą po przejściu wystrzeli czołówka. Zaraz od początku marszu widać było, że w potrzasku nastawionym na partyzantów nie ma żadnej szczeliny: dookoła – z przodu i z tyłu, z prawej i lewej strony raz po raz rozbłyskiwały rakiety. Niektóre wzlatywały z sykiem tak blisko, że kolumna w śmiertelnej ciszy przysiadała do ziemi, po czym wstawała z przysiadu i bez najmniejszego szmeru  przekradała  się  dalej.   Po   godzinie  tego  marszu  w   granatową  otchłań   nocy  wdarło  się oślepiające białe światło potężnego reflektora. Zamiatało ciemności z pola, jak ogromna śnieżnobiała miotła. Rakiety były niczym wobec tego blasku. Ale i jemu wystarczył pokłon cichego tłumu sunącego bezszelestnie w lekko sfalowanym terenie – smuga blasku omiatała pole tuż nad głowami i sadziła ogromnymi skokami dalej. Po długim deptaniu miedz, zagonów, kawałków drogi, idący poczuli pod nogami powierzchnię szerokiego traktu. Podnosił się lekko do góry, coraz wyżej… Czyżby już do poziomu nasypu?  Czyżby była jednak luka i przemkną bez walki? Nagle przed samym czołem kolumny zasyczała rakieta.  Przysiad na nic się już nie zdał     - buchnął pierwszy strzał i w tejże chwili noc zatrzęsła się od ognia i jednoczesnego – hurra! partyzantów. Nim Paweł zdążył odmówić Zdrowaś Maria partyzanckie hurra rozciągnęło się już daleko do przodu. Reflektor zdwoił gorliwość, natrafił na tłum. Obok olbrzyma zabłysło w szeregu kilka pomniejszych – hurra niosło się wzdłuż linii świateł. Nieprzyjaciel bił z poza tych świateł ku biegnącym ogniem tak gęstym, że Paweł musiał co kilka kroków padać na płask. Złote smugi pocisków artyleryjskich syczały tuż nad głową, ślepiły z prawa i z lewa, rwały się ze wszystkich stron. Zza kępy na podmokłej łące wypalił z karabinu w blask reflektora. W podnieceniu zapomniał zarepetować i szarpnął powtórnie za spust. Nie było czasu poprawić – biegł skokami dalej. Spostrzegł, że biegnie wśród ostatnich. Poznał przebiegającego tuz obok: Klucz! – krzyknął – Klucz! Bij w reflektor! Erkaemista dosłyszał   i w biegu z biodra puścił serię w snop światła – ogromny reflektor zgasł. Mniejsze nie sięgały swym światłem biegnących. Może były to reflektory maszyn – słychać było wśród ogólnego huku strzelaniny jazgot rozruszników  i motorów. Ile czasu trwała ta bitwa – godzinę, może więcej? Paweł nie wiedział. Szedł już wyprostowany, kule gwizdały teraz z rzadka i na dużej wysokości. Działa przeciwnika zamilkły. Musiał chyba zejść z kierunku, gdyż toru ciągle nie było widać. Doszedł do jakiejś zagrody – stodoła, dom, podwórze. Chciał pić. Wszedł na podwórze. Stał na podwórzu mężczyzna w czarnej jesionce. Przedstawił się Pawłowi: porucznik Twardy. Był ranny w nogę. Obaj z Pawłem zaczęli szukać wody. Na podwórze doszła sanitariuszka któregoś oddziału. Została z rannym. Paweł pośpieszył dalej.   - Nie idźcie w tym kierunku, kolego! – wołał za odchodzącym porucznik Twardy. – Tam są bunkry. Tam mnie postrzelili. Bierzcie się jak najbardziej w lewo! Paweł usłuchał i poszedł do przodu w lewo. Ale i tak natknął się na bunkry. W szarym półmroku brzasku na widnym już nieco nasypie kolejowym majaczył kształt kopca. Podszedł bliżej. Zobaczył zasieki z kołków i drutu wokół bunkra, przy jednym z kołków leżącą na ziemi ciemną postać, niżej jeszcze kilka innych.  - Granaty! Granatów trzeba! – zawołała postać przy kołku.  - Nie ma! – odpowiedziano z dołu. Leżeli wszyscy bez ruchu, namyślali się widocznie, co robić?   Wtedy – Paweł to widział na tle ciemnego nieba, jaśniejszego jednak niż kopiec, nasyp i te pod kopcem postacie – z wierzchołka bunkra wyleciał czarny nieduży przedmiot i opadł małym łukiem w dół. Na ciemno-czarnym tle nocy stanęła w oczach Pawła wielka, nieprzenikliwie czarna plama. Kiedy opadła i kiedy przebrzmiał huk, postaci pod zasiekiem już nie było. Paweł z przerażeniem odskoczył biegiem w lewo, w lewo, i jeszcze dalej w lewo… Dostrzegł stos opłotków na nasypie – zestawionych po przejściu zimy w jedno miejsce. Ucieszył się: za tą osłoną nie powinni go z bunkra dojrzeć gdy będzie przekraczał tor. Doczołgał się do stosu opłotków. Spojrzał przed siebie: nareszcie! Cztery pasma szyn – granica okrążenia… Osłonięty stertą opłotków wyprostował się. Zastanawiał się: pełznąć, czy skuliwszy się przebiec? Wybrał bieg. Wyskoczył zza osłony. Gdy przenosił nogę nad pierwszą szyną, ta dźwiękła od krótkiej serii. Momentalnie przypadł na płask do kamiennej powłoki torowiska. Nie strzelali. Nie widzą… Przeczołgał się na druga stronę. Ześliznął po zboczu nasypu. Tuż za nasypem płynął strumień. Szedł środkiem, po kolana w wodzie jeszcze kilkadziesiąt kroków w lewo. W wysokich brzegach strumienia wyprostował się na cały wzrost. Jeszcze, jeszcze w lewo! – nakazał sobie. Wreszcie wygramolił się na drugi brzeg.  Wczesny poranek. Pole – świeżo zorana ziemia, bruzda. W bruździe leży ktoś twarzą ku niebu. Partyzant. Pewnie z oddziału Sokoła, bo w niemieckim mundurze, z mauserem u boku. Zmęczył się i odpoczywa. Paweł pochylił się nad leżącym: śpicie, kolego? Ale spojrzawszy uważniej drgnął: oczy żołnierza były otwarte i nieruchome. – Aha! – powiedział głośno do siebie. Ruszył tą bruzdą w pole przed siebie.  W oddali w szarym brzasku cichego poranka widniał las. W pewnej chwili błysnął nad nim wznosząc się w górę maleńki czerwony punkt. Wskazując go oczyma strzelec Morus – wyrósł nagle obok Pawła jakby z pod ziemi – uśmiechnął się surowo i podniósł z lekka rękę w tym kierunku:  chodźmy, Jantar. Znowu – któryż to już raz – do lasu spływały z pól grupki – zwycięzców czy niedobitków? Las. Dorodny, gęsty. Niewielki jednak, zewsząd otaczają go kilometry otwartych pól. Wyczerpani walką i marszem partyzanci siadają pod drzewami. Znajomi zbierają się  w grupy. Paweł z Morusem położyli się na trawie. Rozglądają się – żadnej znajomej twarzy. Po twarzach widać – niespokojnie tu… O co chodzi? – nie wiadomo, to pewne jednak, że nie tu jeszcze odpoczynek. Ze swoich oficerów widzieli tylko Olszynę. Poruszenie w sąsiednich grupkach. Jakiś obcy oficer każe wstawać. I co? No tak! Znowu obsadzać brzeg lasu. No tak! Już jacyś dwaj przechodzą z rusznicą. Już przelatuje wołanie: Broń automatyczna do przodu! Już słychać kędyś z pola zbliżanie się czołgu. W oczach strach, blade, wylękłe twarze… Milczenie. Jakże się nie chce wychodzić na linię na brzeg lasu. Nie obronią go. Za mały. Czyżby czołówka zmyliła drogę? Tak niewielu ludzi widać    w tym lesie.  Jednak nie! Nie będą bronić. Wychodzą na łąki. Za łąkami widnieje właściwy las – cała ogromna ściana. Zaroiła się łąka. Teraz dopiero widać jaki ogromny tłum przeszedł tej nocy przez tory. Szybko, ku tamtemu wielkiemu lasowi! Uszli ze trzysta metrów – bezładną gromadą, kto z kim chciał – i wtedy… Wtedy Paweł widzi to, czego tylekroć z kolejnych stanowisk strzeleckich w linii upatrywał: sylweta samochodu pancernego na wzgórku z boku łąki. Widoczna na całą wysokość na tle nieba. I w tejże chwili bije do rojowiska ludzkiego na łące z tego samochodu cekaem. Kogoś biegnącego przed Pawłem już podejmują pod ramiona towarzysze – krwawi kolano, po chwili bieleje chusteczką nałożoną w biegu. Pancerka sterczy na wzgórzu, ma setki uciekających jak na dłoni. Nabije ludzi! – myśli Paweł podbiegając pod osłonę sporego wału darniny. Dziwi się, że tak niewielu biegnących robi to samo – uciekają na ślepo. Widocznie tracą głowę z przerażenia.  Ale – co za dziw! – pancerka milknie, choć ciągle ma uciekających w zasięgu. Zawraca. Doprawdy zawraca. Odjeżdża! Już jej nie ma!  Mogła narobić jatek na tej łące. Odjechała nie atakowana. Cud?  Marsz, marsz, jak najprędzej! Jeszcze, jeszcze trochę wysiłku. Nie zwalniać tempa. Pół łąki, trzy czwarte. Koniec. Już las. Nareszcie bezpieczni. Z nowego boru wychodzą na spotkanie  łącznicy. Prowadzą.  O, jeszcze  kawałek  drogi!  Bagnisty  teren.  Całe  sosny  leżą rzucone przez bajora. Jeszcze marsz, jeszcze. Pierwsze placówki. Jeszcze marsz. Las, ciągle las. Dopiero późno po południu ogrody i wieś zewsząd otoczona lasami. Smolary. Paweł odnajduje część swojej drużyny. Jest Natan, Grzmot, Szpic, Zuch. Mają chleb. Udało im się przejść tory w pierwszym rzucie. Drużyna ma osobną chatę. Paweł dostał  gorącej strawy. Rzucił się na legowisko. Co za stara, stęchła, aż czarna słoma! – kwaterowali tu partyzanci sowieccy. Zasypia, śpi kamiennym snem bardzo długo.


Fragment  niepublikowanych wspomnień Stanisława Nikoniuka bez tytułu.

Za: www.wdpka.btx.pl
Zobacz równiez:





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.