Eryka Mistewicza znam w stopniu dosłownie minimalnym, a mówiąc "minimalnym" mam na myśli jego imię i nazwisko, wygląd, głoszona przez niego koncepcję tak zwanej "story", jego występ w jednym programie Janka Pospieszalskiego "Warto rozmawiać" i parę ? dosłownie parę ? najnowszych felietonów w tygodniku "Uważam Rze". A więc naprawdę niewiele. To już pewnie kimś bardziej znaczącym jest on dla mojej żony, która na przykład pamięta go jako redaktora peerelowskiego tygodnika "Na przełaj", w którym prowadził rubrykę mającą na celu młodzieży oazowej wskazać lepsza, bardziej nowoczesną drogę.

Siadając do tego tekstu, pomyślałem sobie więc, że warto by może było się o nim dowiedzieć czegoś więcej, a zatem zajrzałem do Wikipedii. Tam jednak okazało się, że najważniejszą informacją jest to, że historię życia i zawodowej kariery Eryka Mistewicza można znaleźć na jego stronie prywatnej. Wszedłem więc na stronę prywatną. A tam ? nic. Zero. Paręnaście linijek biografii, z których może pięć to informacja o tym, co Mistewicz osiągnął w życiu i w zawodzie, z czego z kolei i tak jedna stanowi jedynie nazwę jakieś francuskiej uczelni, którą on podobno ukończył, a reszta to już praktycznie tylko informacja, że on doradzał Zbigniewowi Relidze w jego kampanii prezydenckiej w roku 2005. No, być może tam jest jeszcze coś, jednak nawet jeśli tak, to ja już zapomniałem, a zaglądać mi się tam ponownie zwyczajnie nie chce. W każdym razie, o redaktorowaniu w "Na przełaj" nie ma mowy. A szkoda, bo wówczas tych linijek byłoby o jedną więcej.

A więc pozostaje uznać, że to co wiedziałem na początku to i tak właściwie wszystko. A więc jego głowa, jego nazwisko i imię, to "story", i te parę tekstów u Lisieckiego, czy Lisickiego, a może Lisiewicza...? Nigdy tego nie potrafiłem zapamiętać, a szukanie tego za każdym razem mnie nudzi. Skąd mi wpadło do głowy, żeby dziś pisać o Mistewiczu? Otóż ja się do tego zabierałem już od pewnego czasu, a konkretnie od dnia, kiedy zauważyłem, że Mistewicz już nie jest "ich", lecz "nasz", jednak proszę sobie wyobrazić, że bezpośrednią tego przyczyną był Coryllus. Byłem wczoraj z psem na spacerze i śmy się zdzwonili. W pewnym momencie Coryllus wspomniał, że mamy w Polsce tych dwóch doradców od wizerunku, a więc Tymochowicza i Mistewicza, którzy ? bardzo paradoksalnie ? jak idzie akurat o wizerunek swój własny, potrafili tyle tylko, że jeden wygląda jak "pół kartofla na pieńku", a drugi nie wygląda w ogóle, a mnie się ten żart z pieńkiem i kartoflem tak spodobał, że pomyślałem, że nadeszła i moja pora.

Pamiętam więc, że mój pierwszy prawdziwy kontakt z nazwiskiem Mistewicz nastąpił wtedy, kiedy to w roku 2007 Donald Tusk wygłosił swoje pamiętne pierwsze expose, w którym zainaugurował nową erę w polskiej polityce, a więc coś co od razu zostało nazwane post-polityką. Przemówienie, które trwało chyba bite dwie godziny i stanowiło kompletnie pustą paplaninę o niczym. Przemówienie, które ? jestem tego całkowicie pewien ? gdyby zostało pokazane w całości dziś, cała Polska zamarłaby z trwogi, widząc co to do nas tamtej jesieni zawitało. A pamiętajmy, że pięć lat to w dzisiejszych czasach naprawdę kupa czasu, i taki Donald Tusk wtedy, a Donald Tusk dziś, to dwie kompletnie różne osoby. W końcu te pieniądze na coś poszły, prawda? A zatem, wygłosił Tusk owo straszne przemówienie, a Mistewicz ogłosił nadejście nowej epoki, a więc epoki w której nie jest ważne nic poza ładną historią, napisana przez specjalistów od tego typu metod, a przez władzę zaledwie zgrabnie, w eleganckim stroju i z ładnym uśmiechem opowiedzianą. Czy Mistewicz ogłaszał tę rewolucję ze smutkiem, czy choćby troską w głosie? Ależ skąd! On był tym czego wszyscy doświadczamy autentycznie zachwycony. Czy on nie widział tego cynizmu i tego kłamstwa? Ależ jak najbardziej. On widział i jedno i drugie, tyle że on wyłącznie głosił owego kłamstwa i cynizmu pochwalę. On w pełnym uniesieniu twierdził, że tak właśnie ma być. Że współczesny obywatel nie potrzebuje ani prawdy ani konkretów. On czeka wyłącznie na jasne światło i ładną historię. I że Donald Tusk jest pierwszym politykiem, który dokładnie to człowiekowi daje. Ładne światło i ładną historię. Story. I to taką story, którą zrozumie idiota. Bo to właśnie jest oferta dla nich. Dla tych, którzy decydują. I to jest naprawdę fascynujące.

Później zaczął się długi okres tak zwanego rządzenia, a z tym rządzeniem przyszło to wszystko, co wielu z nas świetnie pamięta, a co ostatecznie doprowadziło nas do miejsca, w którymśmy się znaleźli dziś. I też Donald Tusk z każdym dniem stawał się coraz bardziej tym, czym jest dziś, robił się coraz bardziej gładki, coraz pełniejszy, coraz bardziej zbliżony do owego potwora, jakim go widzimy, a którego nadejście z takim entuzjazmem Mistewicz pięć lat temu ogłaszał, a on sam nie opuszczał go ani na krok, i czym większe było to kłamstwo, tym większe zachwyty wypływały z jego ust. W pewnym momencie doszło już w praktyce do tego, że Mistewicz niemal jednoznacznie przyznawał, że tak, to wszystko z czym mamy do czynienia to brutalne, bezczelne i bezlitosne kłamstwo, tyle że my musimy to przyjąć, dlatego, że innej drugi nie ma. Bo świat taki właśnie jest i inny już nie będzie nigdy. I że nie dość że musimy to przyjąć i zaakceptować, my musimy to kłamstwo polubić, bo ono tak naprawdę jest dla nas, żeby nam było lepiej. Wszystkim. Liczy się bowiem tylko historia. Tylko to story. A jedynym możliwym jak na dziś dostarczycielem owych historii jest Donald Tusk. I dopóki nie pojawi się nikt od niego lepszy, będzie już tylko on.

Powiem uczciwie, że nie umiem znaleźć momentu, kiedy Eryk Mistewicz, wciąż głosząc tę swoją afirmację kłamstwa, przestał być "człowiekiem Systemu", a stał się "nasz". Wiem jednak, że przez jakiś czas tak to właśnie wyglądało. On nadal opowiadał jak to dzisiejsze czasy nie tolerują niczego poza kłamstwem i że innej drogi nie ma, a jednocześnie był już po naszej stronie, jako nasz brat i nasz kolega. Na pewno tamtego wieczoru, kiedy to w programie Pospieszalskiego próbował razem z Hartmanem mnie zniszczyć, on już był "nasz". On, Dorn i Karnowski ? nie wspominając o Pospieszalskim ? z całą pewnością byli wtedy "nasi". Wrogiem pozostawał wówczas już tylko ich kolega Hartman.

Wiem też na pewno, że Mistewicz jest "nasz" również dziś, i że dziś on jest tak bardzo i do końca "nasz", jak nigdy chyba wcześniej. Dziś Mistewicz jest już do tego stopnia "nasz", że w jednym ze swoich ostatnich felietonów w "piśmie autorów niepokornych", czyli "Uważam Rze" ogłosił, że bycie specjalistą od politycznego marketingu, a więc tym czym Mistewicz się od kilku dobrych lat próbuje zajmować i z czego żyje, jest zajęciem bardziej kompromitującym od pracy jako "pianista w domu publicznym". Że to jego mentor, francuski ekspert i zawodowy kłamca, człowiek o nazwisku Seguela ukuł to powiedzenie, i to jest strasznie fajne. To jest niesamowite! To jest wręcz cudowne!!! Eryk Mistewicz pisze w tym "naszym" tygodniku co tydzień. On ma tam swój stały felieton. I on tam jest po to, by nam to wciąż objaśniać: Porzućcie nadzieje. To nie jest świat dla ludzi o prostych zasadach i gorących sercach. To jest świat dla biednych idiotów i wyniosłych zawodowców. I uwierzmy mu. W końcu on nas nie oszuka. On jest przecież dziś już tylko "nasz". I ma na to bardzo poważny glejt. Glejt który otrzymał od innych "naszych". "Naszych" niepokornych.

Naprawdę nie wiem, co mogę powiedzieć więcej, bo i tak już zrobiło się bardzo niebezpiecznie. Może powinniśmy się zastanowić, kim w końcu jest ten Mistewicz? Czy to tylko "doradca w zakresie zintegrowanych strategii marketingu i PR [?], promotor narzędzi komunikacji masowej 2.0. [?], pasjonat reklamy i świadomego wpływania na rzeczywistość poprzez media", czy może jeszcze ktoś? I czego on od nas chce? Po co on się tu kręci? Co nam chce zakomunikować? Czy on ma za zadanie nas tylko upomnieć, byśmy porzucili nadzieję, czy może tu chodzić o coś jeszcze? No i wreszcie, cóż on ma w sobie takiego, że go "nasi" tak bardzo polubili? A coś przecież mieć musi. To nie ulega wątpliwości. To musi być naprawdę fajny gość.

toyah.pl





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.