„Budzono nas rano o wpół do szóstej przez zaświecenie świateł — wspominał Jan Gwiazdomorski z Wydziału Prawa UJ. — Te »światła« to były bardzo słabe lampki elektryczne, w dodatku zamalowane czarną farbą. W Sachsenhausen obowiązywało oczywiście zaciemnienie. Tymczasem rolety na okna, zresztą zrobione z koców, były tylko w izbach dziennych, w umywalni i w ustępie; nie było ich natomiast w sypialniach. Lampy w sypialniach były tak słabe dlatego, aby mogły się świecić wieczorem i rano, pomimo że rolet w oknach nie było”.
Zaciemnienie
Zaciemnienie obowiązywało na wszystkich terenach, które znalazły się pod władztwem Adolfa Hitlera i tysiącletniej Rzeszy Niemieckiej. Zaciemnienie całkowite i definitywne, ciemność, którą niosły na tereny Rzeczypospolitej — a w latach czterdziestych jeszcze dalej, na Wschód — oddziały w czarnych hełmach, którą rozpylały trupie główki z otoków esesmańskich czapek. Mrok ten nigdzie nie był jednak tak głęboki, jak w obozach koncentracyjnych i w obozach zagłady, organizowanych przez niemieckie władze zarówno w Niemczech, jak i w państwach okupowanych.
Stanisław Urbańczyk, wybitny językoznawca, dał w swojej książce Uniwersytet za kolczastym drutem następujący opis sachsenhauseńskiej scenerii: „Tuż za murem rósł wysoki sosnowy las. Czarny kolor sosen i jęczący ich szum pogłębiały przygnębiający ogólny nastrój obozu. Sosny nie pozwalały oku wybiec nigdzie dalej; gdzie nie spojrzało wszędzie czarne ulice, czarne baraki i czarne wierzchołki drzew”. Obrazy te współbrzmią z opisem pozostawionym przez Jana Gwiazdomorskiego: „Wszystkie ścieżki w obozie i plac apelowy wysypane są pyłem węglowym czy żużlem. Wskutek tego cały obóz spowity jest w tumanach brudnego kurzu, który podnosi się za każdym krokiem. Zwarty oddział więźniów maszerujących w obozie wlecze za sobą brunatny obłok niczym samochód na źle utrzymanej szosie. Ścieżki nie są profilowane, stanowią zwykłe płaszczyzny. Wskutek tego już po małym deszczu jest w obozie nieopisane błoto”.
Pył węglowy, żużel, brunatny obłok. Czerń ścieżek, czarne ściany baraków, jęk czarnych sosen okalających koncentracyjny obóz. Sceneria iście piekielna. Nie dziw, że we wspomnieniach pozostawionych przez tych, którzy przeżyli, powracać będą skojarzenia z Dantejskim Inferno.
Przez ciemność tamtego czasu, przez mrok Sachsenhausen musimy się teraz przebić, by ujrzeć choćby kilka epizodów wstępnej fazy życia obozowego — tak jak widzieli je przybysze z Krakowa.
Powitanie
Pierwsza stacja za Oranienburgiem. Kiedy wychodzą na peron otaczają ich uzbrojeni esesmani. Zostają ustawieni w trójki, następnie w piątki. Czapki z głów przed Niemcem. „Ihr seid jetzt Knechte und wir sind Herren [Teraz wy jesteście pachołkami, a my panami]” — wyjaśnia jeden z esesmanów. Stanisław Urbańczyk, w 1939 roku asystent, a więc jeden z młodszych aresztowanych, rekonstruował wydarzenia tamtego listopadowego wieczoru w następujący sposób: „Z odkrytymi głowami, popędzani kolbami, dźwigając tobołki, przeklinając je, gdy zbyt ciążyły mdlejącym rękom, szliśmy w nieznane. Zapadał już mrok, potykaliśmy się więc na wybojach, taplali w kałużach. Doprawdy, trudno mi pojąć, jak tylu słabych i chorych zdołało wytrzymać tę drogę. Wiem, że ten i ów mdlał. Kto upadł, tego musieli następni deptać, bici przez eskortę, gdy psuli szyk piątkowy. Ci, co szli ostatni, musieli słabych prowadzić pod ręce. Tak prowadzono prof. Sternbacha i Taklińskiego. Gęsto otaczały nas straże z karabinami zwróconymi w naszą stronę, a oprócz tego esesmani gonili wśród nas jak wilki”.
Deszcz przechodzi w śnieg. Krakowscy wykładowcy mijają bramę obozu i zostają ustawieni pod barakiem administracyjnym. Jeden z esesmanów, dowiedziawszy się, że przybył transport aresztowanych w ramach Sonderaktion Krakau, stwierdza z sarkazmem: „Długo na was czekaliśmy”. Profesor Takliński, rektor Akademii Gorniczo-Hutniczej, który w trakcie drogi do obozu całkiem opadł z sił, mdleje i jest kopany przez strażników.
Uniformizacja
Czas na wstępne procedury obozowe — odbywa się strzyżenie i golenie, więźniowie rozbierani są do naga i kierowani pod wrzący prysznic, następnie otrzymują obozowe pasiaki i w karnych szeregach, na wietrze i w śnieżycy, oczekują na dalsze instrukcje. Marzną wszyscy, szczególnie ci, którym trafiła się odzież zdefektowana. Profesor Jerzy Lande, pięćdziesięciotrzyletni kierownik Seminarium Teorii i Filozofii Prawa UJ, nie ma guzików ani przy koszuli, ani przy bluzie. Zdobędzie je skądś po kilku dniach.
„Oglądali się nawzajem nasi magnifici i spectabiles [wspaniali i dostojni] — wspominał wybitny historyk Władysław Konopczyński, od którego pożyczyłem sobie tytuł dla niniejszego artykułu — w tych pasiastych myckach i spodniach, zeszpeceni. Trudno było się nie śmiać z tych osmyczonych twarzy, jak wyglądał Chrzanowski bez swej stalowosrebrnej czupryny, jak Siedlecki bez majestatycznej brody, Kutrzeba bez wąsów”.
Szczególnie bezwzględnie traktowani są księża — tak hitleryzm objawia swoje prawdziwe, antychrześcijańskie oblicze. Darte są brewiarze, zrywane z szyj medaliki. Konopczyński opisał następującą scenę: jednemu z kleryków kazano po wielekroć całować medalik, każdy pocałunek kwitowano uderzeniem w twarz.
Napis na ścianie jednego z baraków wychodzących na plac apelowy głosi, co następuje: „Istnieje droga prowadząca na wolność. Jej kamienie milowe nazywają się: posłuszeństwo, pilność, uczciwość, porządek, czystość, trzeźwość, prawdomówność, ofiarność i miłość ojczyzny”.
W baraku
Pierwszą noc spędzają w baraku numer 19. Jest on zbudowany identycznie jak baraki 45 i 46, gdzie krakowskim profesorom upłyną najbliższe miesiące. Drewniane ściany, grube na palec deski zbite w jedną płaszczyznę. Wprost na podłodze sypialni sienniki, szerokie na około 80 centymetrów. Na każdym sienniku muszą się zmieścić dwie osoby. Wobec braku dostatecznej ilości koców, więźniowie śpią wyjątkowo w odzieży wierzchniej. W pomieszczeniu nie ma pieców, górne okna były otwarte przez cały dzień, dlatego panuje tu chłód niemal tak wielki, jak na zewnątrz.
Kiedy podoficer SS wyraża zgodę na skorzystanie z ubikacji (od chwili opuszczenia pociągu nie było po temu sposobności), więźniowie ruszają gremialnie w stronę pomieszczenia w środkowej części baraku. „Esesman — wspomina Jan Gwiazdomorski — ten gwałtowny odruch zatrzymał, mówiąc, że w obozie wszystko musi się odbywać w porządku, sposobem wojskowym, a nie w polskim bałaganie”.
Przed snem ostatnie tego dnia dyrektywy: zachować dyscyplinę, okazywać posłuszeństwo wyznaczonej przez kierownictwo obozu barakowej starszyźnie.
Przez twarz strażnika przebiega cień ironicznego uśmiechu. Wskazuje na belkowanie ponad ogolonymi głowami profesorskiej kadry i mówi (jego słowa rozmaicie zapamiętały różne osoby, dlatego podaję dwie odmienne wersje — wzięte z zapisków Stanisława Urbańczyka i Władysława Konopczyńskiego): [1] „Tu każdy może się powiesić, na życzenie chętnie dajemy sznur”; [2] „Życie wasze tu nie będzie lekkie, są pod sufitem belki, można się wieszać. Trumny darmo”.
[prwdr.: "GPC", 22.03.2014]
O Autorze:
Przemysław Dakowicz ur. w 1977 r. w Nowym Sączu. Poeta, krytyk literacki, historyk literatury; doktor nauk humanistycznych; adiunkt w Katedrze Literatury i Tradycji Romantyzmu Uniwersytetu Łódzkiego; w latach 2010-2013 wykładał literaturę współczesną na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie; stały współpracownik dwumiesięcznika literackiego „Topos”. Wydał zbiory wierszy Süßmayr, śmierć i miłość (2002), Albo-Albo (2006), Place zabaw ostatecznych (2011) i Teoria wiersza polskiego (2013), książkę krytycznoliteracką Helikon i okolice. Notatki o poezji współczesnej (2008) oraz rozprawę historycznoliteracką "Lecz ty spomnisz, wnuku". Recepcja Norwida w latach 1939-1956. Rzecz o ludziach, książkach i historii (2011). Redaktor tomu zbiorowego Moja Musierowicz. O twórczości autorki „Jeżycjady” (2008). Publikował m.in. w "Arcanach", "44", „Frazie”, "Frondzie", „Kresach”, „Odrze”, „Pamiętniku Literackim”, „Toposie”, "Twórczości", „Tygodniku Powszechnym”, "Wyspie" i „Zeszytach Literackich”. Tłumaczony na czeski, serbski i słoweński.