Wzrost bezrobocia i spadek aktywizacji zawodowej powodują powszechny strach przed zmianą miejsca pracy. Zaciskamy zęby i mamy nadzieję jakoś przeczekać ten nieciekawy okres. Pytanie brzmi: jak długo może trwać taki stan rzeczy i ile jeszcze jesteśmy w stanie znieść? Nie można stale udawać, że pada deszcz, gdy kolejny raz ktoś napluł ci w twarz.
Pracodawcy powtarzają swoją mantrę ? jest kryzys, jest kryzys? odmieniają to słowo przez wszystkie przypadki, a ty czytaj między wierszami, na nic nie licz, jest trudna sytuacja na rynku pracy, więc mi tu nie podskakuj. Kodeks pracy coraz częściej działa jednostronnie, jakby ktoś wydarł z niego wszystkie strony, na których mieściły się przywileje pracownicze i zostawił tylko te z obowiązkami.
Nieistniejące nadgodziny ? przychodzisz wcześniej, wychodzisz później ? chwała ci za to, ale na liście obecności jesteś i byłeś tylko osiem godzin i ani sekundy więcej.
Urlop - jak najbardziej można zostawić sobie na następny rok, lecz sugerowane jest, i mile widziane, aby w dniu 31 grudnia roku "00:00" stanowiło nie tylko zapis godziny, o której otworzysz szampana ale również stan twojego "starego" urlopu.
Dzień wolny na badania okresowe ? jest tyle prywatnych przychodni, czynnych w różnych porach, że na pewno uda ci się to załatwić poza godzinami pracy, ewentualnie minimalnie o nie zahaczyć.
Przerwa w ciągu dnia - jak najbardziej, ale tylko i wyłącznie wtedy, gdy nie ma klientów/petentów. Teoretycznie mogłaby się skumulować na kolejny, mniej oblegany dzień ? ale nie ma tak dobrze, to nie totolotek. Jedyna pozytywna rzecz, jaka może wyniknąć z takiego stanu rzeczy, to ograniczanie zużycia nikotyny przez osoby dotknięte tym nałogiem.
Pracodawcy podkreślają, że chcą pracować tylko z zaangażowanymi pracownikami, a jak ktoś podziękuje za angaż to potrafią zachować się jak pies ogrodnika.
Pracownik stający się o podwyżkę powinien wyjść z biura szefa uśmiechnięty, zadowolony i nie załatwiony, ale przekonany, że gdyby nie ten czarny lud w postaci kryzysu, to pracodawca by mu nieba przychylił.
Kiedyś straszono nas czarną wołgą, a obecnie kryzysem, który dostrzegają nasi pracodawcy, a w zasadzie powtarzają to za ministrem Rostowskim ? byłym entuzjastą Irlandii.
Ruszy rozbudowa domu poselskiego i w bardziej sprzyjającym otoczeniu, na nowiutkich tabletach znajdzie się recepta, jak ponownie zazielenić naszą wyspę. Tymczasem trzeba dalej bawić się w grę, którą każdy z nas pamięta z przedszkola, z małą modyfikacją zasad: słowo pomidor zastąpimy słowem kryzys.
(PC)