Może być oczywiście różnie, ale wygląda na to, że poniższy felieton stanowi największe z dotychczasowych wyzwań, a ja osobiście nigdy dotąd nie czułem takiej niepewności co do ostatecznego wyniku tego co tu przez te wszystkie lata robię. Dziś, kiedy się zabieram do poniższych refleksji, nie czuję nic poza lękiem, że tym razem temat mnie przerósł. No ale w końcu, kim byśmy byli, gdybyśmy się bali powiedzieć parę słów odnośnie tego, co nas dręczy, prawda?

Pamiętam jak kilka lat temu, po tym jak Bronisław Geremek zakończył życie w tym swoim mercedesie, a następnie ? ku zdziwieniu wielu z nas ? został pożegnany Mszą Świętą, koncelebrowaną przez trzech księży biskupów w Bazylice Archikatedralnej p/w Jana Chrzciciela w Warszawie, zamieściłem tu tekst , w którym napisałem, że tak jak jest, jest dobrze, a my ludzie wierzący, jeśli coś jeszcze możemy zrobić dla pogan, takich między innymi jak właśnie Bronisław Geremek, to akurat udostępnienie im tego świętego rytuału nie powinno być z naszej strony zbyt wielkim wyrzeczeniem. No bo, jak się zastanowić, co oni tak naprawdę mają na okazje tego typu jak śmierć? Tego pajaca przebranego za księdza i jakiegoś niedorobionego artystę z trąbką? Nie żartujmy. Jedyny autentyczny rytuał, jaki istnieje na tym świecie, jest w posiadaniu Świętego Kościoła Powszechnego, a reszta to żart.

Od tamtego czasu minęło kilka dobrych lat, i jeśli zaobserwowałem tu jakikolwiek ruch, to chyba tylko to, że moje przekonanie co do oczywistej nędzy ? wszelkiej możliwej nędzy ? czegoś takiego jak świecki pochówek wcale nie jest takie mocne i bezdyskusyjne. Od czasu gdy Żyd i ateista Bronisław Geremek został odprowadzony? na naprawdę wysokim poziomie ? do grobu, przy akompaniamencie modlitw o boże miłosierdzie na rzecz zbawienia jego duszy, tak zwane "świeckie pochówki" stały się nagle swego rodzaju modą. Dziś akurat chyba pamiętam tylko tę tak okropnie smutną uroczystość pogrzebową Zbigniewa Religi, ale jednocześnie mam wrażenie, że chyba jeszcze co najmniej parokrotnie mieliśmy wszyscy okazję patrzeć, jak dobrze ów cyrk jest przyjmowany przez opinię publiczną. Dziwne. Ale trudno jest mi się tu spierać. Każdy ma to co chce.

Osobiście jestem człowiekiem bardzo wierzącym, w tym sensie, że bardzo chcę wierzyć, że kiedy umrę, moja dusza trafi choćby do Czyśćca, a dzięki modlitwom moich dzieci i żony, Dobry Bóg przyjmie mnie to Swojej Chwały. Piszę, że "bardzo chcę w to wierzyć", bo ? jak już tu raz chyba wspominałem ? na tym akurat poziomie, mój racjonalizm wciąż walczy z przesądem i zwierzęcym lekiem co do tego, czy to wszystko rzeczywiście istnieje, czy może tak naprawdę nie ma nic, a moja wiara jest bzdurą i głupstwem. Boję się umrzeć i myśl o owej ewentualnej pustce autentycznie mnie obezwładnia. Ale jest jeszcze coś. Kiedy wspominam wiarę i męczeństwo tych, którzy dziś są już z pewnością w Niebie, myślę sobie, że moje szanse na zbawienie są w praktyce bliskie zera. Że tak naprawdę, jedyne co mi pozostaje, to wierzyć, że spekulacje niektórych teologów o pustym Piekle są jak najbardziej celne. No bo, oczywiście, ja rozumiem, że Pan Bóg jest nieskończenie sprawiedliwy, ale przy tym jednocześnie nieskończenie miłosierny, ale nie oszukujmy się. Tu żartów nie ma. No a potem i tak pojawia się znowu owa stara myśl, że może te moje dylematy są zwyczajnie śmieszne, bo tak naprawdę nie ma nic poza jakimś zgniłymi szczątkami, z którymi każdy może zrobić, co mu przyjdzie do głowy.

Moje myśli krążą wokół tego tematu właściwie stale, natomiast mam wrażenie, że ten ruch mocno przyspieszył od wczoraj, kiedy to doszło do kolejnego "świeckiego pochówku", tym razem w Krakowie. Od razu muszę się zastrzec, że w odróżnieniu od wielu komentatorów, dla mnie osobiście było i jest zupełnie obojętne, jaki pogrzeb sobie wybrała Wisława Szymborska. Powiem więcej ? było, i jest, dla mnie całkowicie obojętne, czy, za wstawiennictwem kardynała Dziwisza, Szymborska zostanie pochowana na Skałce, czy na Wawelu i czy ta uroczystość zostanie poprzedzona Mszą Świętą w Kościele Mariackim, lub w Katedrze na Wawelu, czy wesołą wyżerką w Jaszczurach. Śmierć to śmierć i ? uwzględniając choćby to, co napisałem w poprzednim akapicie ? nie moją sprawą jest się tu wtrącać. Stało się jednak tak, że ? jak słyszymy ? Wisława Szymborska nie pozwoliła sobie na żadne kompromisy, do końca zachowała postawę wyprostowaną, i zażyczyła sobie, by nad jej śmiercią nie wydziwiać, tylko normalnie ją spalić, a potem zakopać. Proszę uprzejmie. Jej sprawa, jej wola. A nam nic do tego.
I oto wczoraj też, czytając informacje na temat przebiegu owych uroczystości, dowiedziałem się paru rzeczy, które mnie najpierw autentycznie zadziwiły, a potem mną zwyczajnie wstrząsnęły. Bo oto, jak skądś słyszę, Wisława Szymborska, dzieląc się jakiś czas jeszcze przed śmiercią swoimi refleksjami z którymś ze swoich znajomych, wyznała, że ona sobie tak myśli, że jeśli trafi do piekła, to będzie musiała siedzieć przy jakimś piekielnym stoliku i rozdawać autografy. Owe spekulacje oczywiście mnie zdziwiły, bo przede wszystkim, z tego co wiem, nie ma absolutnie takiej możliwości, by Wisława Szymborska, gdyby w istocie miała trafić do Piekła, miała cierpieć tylko w ten sposób, że będzie musiała rozdawać autografy. Zwłaszcza gdyby jeszcze przy tej okazji mogła sobie porozmawiać ze swoimi, podobnie jak ona, potępionymi fanami. I trudno mi uwierzyć, żeby ona była w swoim zyciu aż tak tępa, by mieć tego typu nadzieje. Oczywiście, jest też możliwe, że, mówiąc to co mówi, a jednocześnie wiedząc, że tego Piekła w ogóle nie ma, Szymborska sobie tylko żartowała, a ponieważ ? co też słyszymy ? ona była bardzo inteligentną i wesołą kobietą, ów żart okazał się tak okrutnie przewrotny. A więc niech będzie. To był żart i swego rodzaju ironia pod adresem wszystkich tych naiwnych bałwanów, którzy uważają, że Bóg istnieje, a Jezus umarł za nasze grzechy. Ja to przyjmuję i, znów, tak jak poprzednio, nie mam więcej uwag. Nie moja sprawa.

Jednak stało się coś jeszcze. I to uważam za wydarzenie niezwykle dla nas wszystkich znaczące. Otóż podczas tych kuriozalnych uroczystości pogrzebowych, jakie każdy kto chciał, mógł sobie pooglądać w telewizji, osobisty sekretarz Wisławy Szymborskiej, a więc człowiek, który ją prawdopodobnie znał bardzo dobrze i miał z nią codzienny kontakt, wygłosił przemówienie, w którym opowiedział zebranym, jak to, jego zdaniem, Wisława Szymborska jest teraz w Niebie, siedzi sobie w tym fotelu i słucha Elli Fitzgerald, która ? oczywiście ? tez jest tam razem z nią. Mam nadzieję, że wszyscy rozumieją, o co mi chodzi. Umiera Wisława Szymborska, jej ciało, jak najbardziej zgodnie z jej wolą, niczym zużyta para butów, zostaje wywalone na śmieci, a na myśl o tym, by jednak jej zorganizować kościelny pochówek, przy akompaniamencie pobożnych modlitw i religijnych śpiewów, cała banda jej przyjaciół wybucha szczerym śmiechem, i proszę Andrzeja Seweryna, żeby coś ładnie z pamięci powiedział. I w tej sytuacji, ni stąd ni z owąd, jeden z nich przychodzi, staje przed nami, i, zupełnie na poważnie, zaczyna pleść jakieś farmazony na temat tego, jak to Wisława Szymborska jest teraz w Niebie i sobie chodzi na koncerty Elli Fitzgerald.
Przepraszam bardzo, ale co to się tu, do ciężkiej cholery, wyprawia? Ja nie mówię, że Szymborska poszła do Piekła. Że dla niej w Niebie nie ma miejsca. Z mojego akurat punktu widzenia, taka akurat ewentualność byłaby stanowczo bardziej interesująca, choćby przez to, że w ten sposób również i moje osobiste szanse, jak sądzę, znacznie by wzrosły. Tu w ogóle nie chodzi o to Niebo. To co mnie w tym miejscu uwiera, to sam fakt, że o tym Niebie gadają na tego akurat typu uroczystości. A jakiż to ich pieprzony interes? Co ich nagle obchodzi Niebo i Piekło? Skąd im w ogóle do głowy przyszło, żeby o tym w ogóle gadać? O swojej śmierci, ja, jak już wspomniałem, lękam się nawet myśleć, natomiast w ogóle sobie nie wyobrażam, żeby, kiedy już umrę, nagle jacyś moi znajomi uznali za stosowne publicznie się zastanawiać nad tym, w co ja się na przykład, drogą reinkarnacji, zamienię? I, konsekwentnie, skoro sama Szymborska z taką zawziętością lekceważyła sobie prostą ludową pobożność, a w swoim zapętleniu doszła wręcz do wniosku, że to wszystko "brechty i bzdury" (Barańczak), to niech się ci, co się nią zajmowali przez ostatnie lata, łaskawie odpieprzą od tego co do nich w najmniejszym stopniu nie należy. Jeśli im do czegoś koniecznie jest potrzebna jakaś bajka, bo nagle zauważyli, że zrobiło się dramatycznie sucho i byle jak, niech się właśnie na przykład zastanawiają, czy dziś dusza Wisławy Szymborskiej jest mrówką, czy kotem. To by było zdecydowanie bardziej na miejscu.

Z mojego punktu widzenia, Wisława Szymborska ? jak najbardziej zgodnie ze swoim życzeniem ? smaży się dziś w Piekle. Może też oczywiście być inaczej, ale tak sobie niestety rzeczywiście kalkuluję. Na ile się orientuję, ona ani przez jedną chwilę swojego życia ? a trzeba przyznać, że czasu na refleksję miała wystarczająco dużo ? nie brała pod uwagę, że kiedy umrze, zamieni się w cokolwiek innego, niż w kupkę śmieci. Tego swojego przekonania była tak pewna, że nawet nie wzięła pod uwagę możliwości, że dobrze by było na wszelki wypadek jakoś zabezpieczyć. Słyszałem jednak od ludzi znacznie bardziej wiernych niż ja, o tym, że podobno, kiedy człowiek umiera w jakiś szczególnie dramatycznych okolicznościach, może się zdarzyć, że w chwili śmierci jego wiara i miłość stają się nagle tak wielkie, że, choćby za życia był on największym zbrodniarzem ? zostaje bezdyskusyjnie zbawiony. Czy tego typu doświadczenie stało się udziałem Wisławy Szymborskiej? Może. Nie mam pojęcia. Mam nadzieję, że tak. Natomiast kompletnie nie rozumiem, co strzeliło do głowy temu bałwanowi, żeby na jej pogrzebie snuć tego typu spekulacje. I to mieszając w te swoje wizje osobę Elli Fitzgerald, która najpewniej rzeczywiście jest dziś w Niebie. Jak najbardziej. Dlaczego? Choćby z tego powodu, że była osobą wierzącą, a kiedy umierała, to ? jak mogę podejrzewać ? z imieniem Jezusa na ustach.

Czemu więc on się tak fatalnie wybezczelnia? W tym momencie niestety dochodzimy już do sedna. A ono jest dość ponure. Mam wrażenie, że to nie jest wcale tak, że to kulturowe napięcie, jakie mamy w sobie, każe nam ? wbrew wszystkim i wbrew wszystkiemu ? wierzyć, że coś tam jednak jest. To nie jest też tak, że my nie jesteśmy w stanie myśleć o życiu i śmierci inaczej niż przez pryzmat zbawienia, lub potępienia. Nie jest tak, że nawet najbardziej zawzięci ateiści tak naprawdę nie dopuszczają do siebie myśli o tym smrodzie i o tej nicości. Uważam że oni są szczerze i głęboko zanurzeni w swojej beznadziei. I jeśli dziś jeden z nich nagle zaczyna coś gadać o Elli Fitzgerald w Niebie, zwyczajnie sobie z nas stroi żarty. A robi to wcale nie dlatego, że tak mu nagle strzeliło do głowy, lecz dlatego, że jest emisariuszem czegoś, co ja bym określił jako Złą Nowinę. To jest bowiem, obawiam się, kierunek, który zaczyna obowiązywać. Nasza tradycyjna religijność nie ma być starta z powierzchni Ziemi i wyrzucona z naszej świadomości. O nie! Ona ma pozostać, tyle że w formie bajki. W formie pewnego rodzaju zabawy dla pokrzepienia czarnych serc. Obawiam się, że to wszystko zmierza w tym oto kierunku, że kiedy już Kościół będzie trwał jak ta ostatnia reduta, owe świeckie uroczystości pogrzebowe nagle staną się pełne niby-śpiewów, niby-modlitw, tyle że zamiast Pana Boga będziemy mieli jakiegoś wspominanego wcześniej Bronisława Geremka, Jacka Kuronia, a kto wie, czy nawet nie Wisławy Szymborskiej. I z tego co dziś mamy, pozostanie tylko wieczny Jerzy Owsiak ze swoimi światełkami do Nieba.
toyah.pl





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.