Jamci: Strzelił czy nie, rzucą czy nie ? czyli być albo nie być
data:10 stycznia 2012     Redaktor:

I tak kręci się ta karuzela nadzorców bez mała od 1945 roku. Miga kolorami, czasem opryska (nawet bywa, że krwią), ale w sumie tak zakręci, że już się nie chce dochodzić, co tam i kto tam.

net
Przyszedł Rywin do Michnika, albo strzelił sobie w głowę prokurator Przybył. Albo Michnik do Rywina, a prokurator strzelił nie w głowę ale w policzek. Tam minister i spółka na A, a tu naczelny prokurator wojskowy albo jeszcze prokurator generalny. A właśnie, może Przybył nie próbował popełnić samobójstwa, tylko chciał zaprotestować. Tu ludzie premiera a tam poprzedniego marszałka sejmu. Tu zaś może nie próba samobójcza lecz teatrum jakoweś. Itd. itd.

Stał, a może leżał? Strzelił, a może nie strzelił.
A 10 kwietnia sobotniego ranka pamiętnego wylecieli, ale kiedy? Jednym samolotem czy dwoma? A kto by to miał Panie wiedzieć. Mówią, że po pijaku kierowali. Cztery razy podchodzili. Ale o której to było albo jak tam z tymi ciałami? Pochowali potem, ale kogo?

Płakali my, a i owszem. Krzyż postawilim, ale okazało się, że jego miejsce tylko w kościele. A to pisze, żeby głosić na dachach a tu każą chybcikiem schować. Tu prezydent niczym ten Salomon i wtedy dobrze, a tu nagle nie dobrze i ochrzaniają w zakrystii. Panie, kto by się w tym połapał.

A dawniej? A to Bierut się znudził, a to Gomółka i 1956. Miało być pięknie a tu kolejni chętni i mamy "wypadki na wybrzeżu". Nowy pomazaniec Gierek, ale po czasie znowu kolejna zmiana. Gierek już be więc znowu jakieś niepokoje, ale "trochę" się wymsknęło, więc trzeba mocniej i to samemu, bo szefostwo się nie kwapi. Władza ocalona w grudniową noc, ale kto by to miał głowę do rządzenia krajem, jak tylko pilnować uczyli. A tu dają sygnały, że trzeba będzie się przepoczwarzyć z dobraną opozycją. Z jednej strony razem, ale za chwilę wojna na górze. Ale jak wylazło z teczuszkami, to znowu szastu prastu i myśmy górą. Namieszalim, namieszalim i w końcu nasi górą, ale się rozbestwili i przyszedł Rywin do Michnika itd. itd.

I tak kręci się ta karuzela nadzorców bez mała od 1945 roku. Miga kolorami, czasem opryska (nawet bywa, że krwią), ale w sumie tak zakręci, że już się nie chce dochodzić, co tam i kto tam. Albo dlaczego ci, a nie tamci. Niech się kręci, przecież czasem coś tam rzucą i da się pożyć. Bywa, że szarpnie. Tak nas ustawili, że tylko stoimy i patrzymy. Na dodatek wyznaczono nam wysokość i szerokość przestrzeni, po której możemy się poruszać. Strzegą jej represyjne podatki, sto ton idiotycznych przepisów stworzonych w celu ich dowolnego interpretowania i omijania ? nie przez nas, choć i tu mamy wyznaczony brodzik, bo przecież przy okazji można wielu zdemoralizować. Natomiast główna trasa biegnie od pracy przez seriale i podajnik wiedzy do większego lub mniejszego sklepiku, gdzie zasilimy naszym marnym groszem mocarzy rynkowych (w końcu najwięcej zarabia się na bazie drobnych sum). Niecierpliwym pokazuje się drzwi i zachęca do kariery zmywakowej gdzieś w świecie.

Czasem, jak to opisuje ostatnio Jan Pospieszalski, ten i ów nie może się nadziwić, że w mediach mówią, iż 2 x 2 = rz. Mam na myśli kolejne informacje, które całkowicie podważają tłumaczenie wprowadzenia stanu wojennego przez Jaruzelskiego zagrożeniem inwazją wojsk radzieckich. Normalnie byłaby to sensacja, ale u nas w systemowej karuzeli. Cisza.

Musimy pamiętać, że wchodzenie w dialog z systemową karuzelą nie ma najmniejszego sensu. Owszem opozycja winna wytykać błędy itp. ale niczego innego nie możemy sobie po takich działaniach obiecywać.

Trujący garb wrzucony nam na plecy w 1945 roku zrzucić możemy tylko poprzez zbiorowe zamanifestowanie jedności w dążeniu do odzyskania wolnej Polski. Trzeba najzwyczajniej na świecie odwrócić całą sytuację. To nie my mamy głowić się, jak zrozumieć tą karuzelową kręciołkę i nie my mamy się do niej dostosowywać. Przez nazwanie rzeczy po imieniu i powrót do ścieżki, z której nas przepędzono już w trakcie wojny mamy uzyskać sytuację, w której nasi "ukochani" przywódcy mają znaleźć się poza obrębem Polski. W przypadkach skrajnych w najlepszym razie muszą odsiedzieć swoje.

Odebranie Polski nadzorcom nastąpi dopiero wtedy, gdy wreszcie odważymy się być Polakami. Gdy weźmiemy na serio papieskie "Nie lękajcie się!", "Musicie być silni!" i "Ducha nie gaście!". Dopiero wtedy, gdy choć na chwilę dopuścimy do siebie myśl, że wyłączenie telewizorów, niepójście do marketów niczego nam nie odbierze i poświęcimy ten czas na spotkanie się z innymi Polakami, to dopiero wtedy odzyskamy godność obywateli wolnego państwa.

Ojczyzna jest miejscem zadanym a polityka jest polem działań w ramach troski o dobro wspólne ? czyli  2 x 2 = 4. Choćbyśmy nie wiem jak się wykręcali i chowali głowę w medialno-marketowy piasek, to nic i nikt nie zmieni obowiązywania tych zasad. Innej drogi nie ma. Przypomnijmy sobie tłumne stawienie się Polski na pielgrzymkach papieskich, po śmierci Jana Pawła II czy po 10 kwietnia 2010. Taka jest jedyna droga i tego najbardziej nadzorcy się boją. Przy czym wejście Polaków w przestrzeń publiczną nie oznacza anarchii, lecz wręcz przeciwnie, przywraca porządek, to znaczy pokazuje, że odbieramy to, co jest nasze.

Jak długo będziemy pozwalać tym żałosnym postaciom na niszczenie wszystkiego, co normalne, na włażenie nam z buciorami w nasze życie, tak długo będzie to oznaczało sytuację, w której będziemy stali naprzeciwko kręcącej się karuzeli i bezradnie rozkładali ręce usiłując po rzucanych nam ochłapach spreparowanych "informacji" dojść do jakichś sensownych wniosków.

Trzeba sobie w sercach odpowiedzieć na pytanie: Czy wolimy stać w potężnym zbiorowisku wolnych i pewnych siebie ludzi pośród lasu sztandarów, czy na przykład wybieramy upokorzenie bezładnej bieganiny za tańszymi lekami i "relaks" w ramach teleturniejowej rozrywki kalającej zdrowy rozsądek i drogie nam sprawy. Czy wolimy SAMI wybrać spośród siebie ludzi odpowiedzialnych do prowadzenia kraju, czy wybierzemy jednak cudzych nadzorców i bytowanie na nie swoim.

Bóg, Honor i Ojczyzna wytyczają drogę. Podajmy ręce pokoleniom sprzed 1945 roku i przełóżmy nasze wtyczki z kontaktu napędzającego żałosną nadzorczą karuzelę wkładając je na powrót do źródła Polskości.
Decyzja należy do nas, a do tego czasu będziemy się zastanawiać czy Przybył to, czy Parulski tamto, a gdzie premier, a co Prezydent, a jak Rosjanie, a co z receptami, a nuż coś rzucą itd.

Tekst pisany w rok i równe dziewięć miesięcy od dnia 10 kwietnia 2010 roku, dnia nie wyjaśnianej w ogóle tragicznej śmierci Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej z małżonką oraz pozostałych członków delegacji katyńskiej.

Jeszcze Polska nie zginęła / Isten, a*ldd meg a Magyart

Jamci





Informujemy, iż w celu optymalizacji treści na stronie, dostosowania ich do potrzeb użytkownika, jak również dla celów reklamowych i statystycznych korzystamy z informacji zapisanych w plikach cookies na urządzeniach końcowych użytkowników. Pliki cookies można kontrolować w ustawieniach przeglądarki internetowej. Korzystając z naszej strony, bez zmiany ustawień w przeglądarce internetowej oznacza, iż użytkownik akceptuje politykę stosowania plików cookies, opisaną w Polityce prywatności.