Kluczem do wyjaśnienia dzisiejszego tajemniczego zdarzenia, jakim było targnięcie się na swoje życie prokuratora wojskowego Mikołaja Przybyła, jest szef Naczelnej Prokuratury Wojskowej, Krzysztof Parulski.
Mikołaj Przybył jest jego najbardziej zaufanym i oddanym człowiekiem, dlatego też otrzymał do załatwienia m.in sprawę prok. Marka Pasionka.
Do tej pory prokurator Parulski dał się poznać jako ten, który pod byle pretekstem pozbywał się cywili z prokuratury. Jego pozycja jest wyjątkowo silna, ponieważ mając dostęp do śledztwa smoleńskiego ma dostęp do materiałów związanych z tą sprawą i jest dysponentem wrażliwej wiedzy, która daje mu uprzywilejowaną pozycję w porównaniu do Prokuratora Generalnego Andrzeja Seremeta ? co dało się zauważyć na dzisiejszej konferencji.
Parulski nie chce oddać nadzoru nad Prokuraturą Wojskową nie tylko ze względu na władzę, ale również wrażliwe dane o skręcanych śledztwach i sprawach karnych o przekręty w wojsku, o których mówił dziś prokurator Przybył. Jakość tych dochodzeń ilustruje najlepiej fakt, że do tej pory raczej skazywano "płotki" - do stopnia porucznika włącznie.
Sprawa PasionkaW czerwcu 2010 r. ma miejsce słynne spotkanie na zakończenie misji oficera łącznikowego z USA z Markiem Pasionkiem.
Pasionek chętnie idzie na spotkanie ponieważ uważa, że jest to świetna okazja żeby (na początek nieformalnie) wybadać, jakie są możliwości pomocy w sprawie śledztwa. Na spotkaniu Amerykanin deklaruje pomoc i kontaktach z jego następcą w Polsce.
Ponieważ jest to dopiero wstępna faza walki z Rosjanami o dostęp do jakichkolwiek materiałów, więc Pasionek nie ma czego ujawniać Amerykanom. Zadowolony Pasionek idzie jeszcze tego samego dnia do Parulskiego i mówi mu o wszystkim - że Amerykanie są chętni do pomocy i żeby napisać wniosek o tą pomoc. Z tej rozmowy prawdopodobnie i jeden, i drugi robi notatkę służbową.
Gdy Pasionek dogrzebuje sie do materiałów wskazujących, że istnieją ważne informacje obciążające BOR i MSZ w sprawie przygotowania wizyty prezydenta Kaczyńskiego, Parulski nagle "odpala" sprawę Pasionka - oskarżając go o kontakty z "agentami obcych mocarstw"- mimo ze sprawa ma już rok (!). Sprawa trafia do Prokuratury Okręgowej w Warszawie i tam, po przeprowadzeniu czynności, zostaje umorzona. Parulski nie daje jednak za wygraną i kieruje sprawę do Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie. Tam również sprawa zostaje umorzona, ale w trakcie wychodzi sprawa przecieków do dziennikarzy i następuje sprawdzanie nie tylko bilingów (to w opinii większości jest dopuszczalne) ale też wiadomości tekstowych sms.
Czego obawia się prokurator Parulski? Najprawdopodobniej boi się po prostu utraty stanowiska oraz poniesienia odpowiedzialności za rażące zaniedbania oraz złamanie przepisów w związku z katastrofą w Smoleńsku. Kwestie te obejmować mogą m.in. znajomość prawdziwej godziny katastrofy od samego początku (już w nocy z 10 na 11 kwietnia prokurator podpisał protokół, w którym została podana godzina katastrofy - 8:41, lecz zachował później tą wiedzę dla siebie mimo, że przez długi czas oficjalnie podawano inną godzinę wydarzenia); wyrażenie zgody na przekazanie czarnych skrzynek samolotu Tu-154 M w ręce Rosjan, a także brak wydania zarządzenia co do przeprowadzenia sekcji zwłok ofiar katastrofy, do czego w świetle przepisów polskiego prawa był zobowiązany jako Naczelny Prokurator Wojskowy.
Dziś Przybył przedstawia tę sprawę jako nagonkę i przykład wykorzystywania dziennikarzy w walce przeciw "jedynym sprawiedliwym", czyli prokuratorom wojskowym. Sprawa ma jednak chyba zupełnie inny charakter. Wydaje się bowiem, że to właśnie Parulski i Przybył używają dziennikarzy (a tym samym, opinii publicznej) do ratowania Prokuratury Wojskowej przed włączeniem jej do struktur cywilnych. Wszystko wskazuje więc na to, że mamy do czynienia z "samobójstwem", które wcale miało nim nie być ? i nie było (na szczęście).
Stevie Wonder